Dziennikarze lubią niekiedy dociekać, kto spośród "wielkich" tego świata odznaczył się na polu sportu. Kto spośród polityków lub aktorów był (lub byłby) najlepszym piłkarzem? A tenisistą lub narciarzem?
Szeregowemu miłośnikowi szachów zapewne duży kłopot sprawiłoby pytanie: kogo uznać za najlepszego szachistę (w perspektywie historycznej oczywiście) wśród polskich leśników? Tymczasem istnieje nader poważny kandydat do tego zaszczytnego tytułu; pokrótce postaram się przedstawić jego sylwetkę zarówno zawodową, jak i sportową.
Profesor Andrzej Szujecki (rocznik 1929) w latach 1970-1975 i 1984-1990 pełnił funkcję dziekana Wydziału Leśnego SGGW, a w latach 1975-1981 - prorektora tej zasłużonej uczelni, w której zresztą rozpoczynał pracę zawodową jako asystent w Katedrze Ochrony Lasu w 1954 roku. Andrzej Szujecki jest autorem około 200 publikacji naukowych. Pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji w nauce polskiej, a w latach 1993-1997 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa.
Los nie szczędził Profesorowi dramatycznych przeżyć. Wywieziony przez organa sowieckie w 1940 roku ze Lwowa wraz z matką do Kazachstanu (ojca NKWD zdążyło aresztować wcześniej...), wyzwolenie z zesłania zawdzięczał utworzeniu w ZSRR Armii Polskiej generała Andersa. Z "nieludzkiej ziemi" wydostał się z rodzicami do Iranu, a następnie przebywał w Indiach i w Rodezji (południowo-wschodnia Afryka). Po rozmaitych przygodach, których wystarczyłoby do nakręcenia wieloodcinkowego filmu, powrócił z matką do Polski w sierpniu 1947 roku.
W szachy nauczył się grać jako pięciolatek, od starszego brata. W Kazachstanie grywał w szachy ulepionymi z ciasta. Ważnym epizodem była podróż z Afryki do Europy w lipcu-sierpniu 1947 roku.
"Podróż upływała bez zakłóceń, gdyż ocean był spokojny i statek bez dużego kołysania i przechyłów łatwo pokonywał granatowe fale z białymi piuropuszami piany. Większość czasu upływała mi na pracach porządkowych na statku, do których byłem angażowany przez polskich organizatorów transportu, oraz na grze w szachy, początkowo ze współtowarzyszami podróży, których gładko ogrywałem, później z jednym z kucharzy, który obserwując nasza grę wyłowił mnie z grupki szachistów. Był Holendrem, nazywał się Henryk Stroockman, pochodził z Voorbugra i w szachy grał znakomicie nie dając mi szans na zwycięstwo. Niemniej moja gra mogła się podobać, bo gdy tylko miał czas wolny, zapraszał do messy i rozkładał szachownicę. Uczyłem się szybko i pod koniec podróży wykazywałem pewien postęp w rozumieniu tej fascynującej gry. Mój nauczyciel, z którym udało mi się zremisować jedną partię, całkiem poważnie radził, bym w Polsce wstąpił do klubu szachowego i dalej rozwijał umiejętności szachowe, rokując mi w tej dyscyplinie zachęcającą przyszłość" (cytat z książki A. Szujeckiego "Na rozstajnych drogach czyli rozliczenie z dzieciństwem", Wydawnictwo SGGW, Warszawa 1999, str. 263).
Prognoza Holendra okazała się trafna. Andrzej Szujecki w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku był wyróżniającym się zawodnikiem (choć może nie liderem) stołecznych klubów Ogniwo, Sparta i w końcu Drukarza, w którego barwach uczestniczył w rozgrywkach I ligi szachowej, mając wśród kolegów klubowych takie krajowe sławy jak Soleckiego, Szpotańskiego, Andrzeja Adamskiego, Rysaka i Zabierzańskiego. Kandydat na mistrza, w latach 1952 i 1958 grał w zamkniętych finałach mistrzostw Warszawy, raz uczestniczył w półfinale Mistrzostw Polski. Komu wyniki te będą wydawać się skromne, ten powinien pamiętać, że grę w turniejach łączył bohater tego szkicu ze studiami wyższymi, a następnie z wytężoną pracą naukową - jak już było powiedziane - w dziedzinie leśnictwa.

Zapytałem Profesora, czy bardzo przeżywał swoje występy przy szachownicy.
W latach pięćdziesiątych - usłyszałem w odpowiedzi - byłem wprost ogarnięty gorączką szachową. To był nałóg. A szachy są wymagające. Po powrocie do domu trzeba przeanalizować rozegraną partię. Trzeba też przygotować się do kolejnej. Ciągłe wizyty w księgarniach w poszukiwaniu literatury szachowej.
Udało mi się jednak zachować trzeźwy osąd, na co mogę liczyć jako sportowiec. Otóż stwierdziłem, że niezależnie od ilości włożonej pracy nigdy nie przekroczę poziomu mistrza. A to o wiele za mało, by dla szachów rezygnować z nauki. Zaczęła mnie ona wciągać coraz bardziej. W 1962 roku zrobiłem doktorat, w 1966 roku - habilitację. Ucieczką od szachów stał się brydż grany w kręgu nie czterech, lecz sześciu przyjaciół, by czasowa nieobecność jednego z nas nie uniemożliwiała spotkania przy brydżowym stoliku. Od 1964 roku prowadziliśmy bez przerwy zapis punktowy naszej rywalizacji.
W domowym archiwum Profesora zachowało się kilka wycinków z prasy codziennej, w których odnotowano jego występy turniejowe, oraz kilka fotografii i zapisów partii, które przytaczamy w artykule.


http://www.astercity.net/~vistula/