lista dyskusyjna
FANTASY-PL - spotkania integracyjne

KRAKON 2002

Relacja Asfodel

Na Krakon przybyłam dopiero w piątek, o godzinie 11.40 Wyszłam na peron ale komitetu powitalnego nie zobaczyłam. Powędrowałam więc w okolice telefonu, aby ustalić, gdzie się tenże komitet powitalny podziewa. Okazało się ze powinien znajdować się w okolicach drugiego wyjścia z dworca. Udałam się w tamtym kierunku i zobaczyłam 5 osobową grupkę w składzie: dwie nie znane mi koleżanki (Kasia i Marta), dwóch kolegów znanych mi ze świętej pamięci Towarzystwa Hobbitycznego (Ghardin i Johann), oraz jak najbardziej znany nonFelix. Wszyscy oni patrzyli się na mnie, ale jakoś nie poznawali. Zawołałam wiec gromko "CZEŚĆ!"

mialo byc zbiorcze, ale nie wyszlo...

Nastąpiła część powitalna oraz prezentacyjna. Nabyto bilety powrotne do Warszawy. Następnie poczłapaliśmy w kierunku miejsca odbywania się Krakonu (szkoła podstawowa, ul. Blachnickiego), tworząc rozwleczony peleton. Tu wypada mi złożyć podziękowania osobom które zechciały wlec się taki kawał z Krakonu na dworzec żeby mnie odebrać.

Na miejscu dokonałam odpowiednich opłat i zostałam zaprowadzona do sali na samej górze gdzie znajdowało się nasze legowisko. Potem oczywiście kawka - kawkę dawali na samym dole w dziwnych styropianowych kubeczkach. Położenie sali sypialnej na znacznej wysokości w odniesieniu do miejsca wydzielania kawy stało się w ciągu następnych dwóch dni powodem znacznego podniesienia mojej kondycji fizycznej w związku z koniecznością ciągłego ganiania po schodach. Ufff...

Nastąpiło kilka godzin szwendania się po terenie imprezy połączone z próbą pójścia na jedną prelekcję, z której jednak zaraz wyszłam bo nF mnie do tego namówił, a nie miałam w tej sprawie żadnego poglądu. ;-) Szukaliśmy także Morgluma.

Dobra, dość próżnego ględzenia, przejdźmy do spraw bardziej istotnych. ;-)

Między godziną 17-tą a 18-tą byliśmy już umówieni ze znajomymi nF-a z netu (Miśkiem i Siobhan), na piwko, rzecz jasna. ;-) Oddzieliliśmy się zatem od konwentowej grupki aby podążyć na miejsce spotkania.

W ten sposób rozpoczął się Krakowski Maraton Piwny 2002. ;-) Misiek odebrał nas z przystanku tramwajowego, (nie ma to jak dysgeografia do kwadratu ;-))) doprowadził w okolice Poczty Głównej (podstawowy punkt zbiorczy) gdzie spotkaliśmy się z Siobhan.  Gawędząc wesoło pomaszerowaliśmy szukać odpowiedniego pubu. Rolę przewodnika przejęła Siobhan. Odwiedziliśmy ich jakoś 6 czy 7,  wreszcie w nieco pobocznym miejscu znaleźliśmy coś odpowiedniego. Piwiarnia zwała się "Cabaret", miała sympatyczny wystrój składający się z ciekawych malowideł ściennych (przełom wieków, secesja, impresjonizm, ok powiedzmy że było tam sporo mniej lub bardziej roznegliżowanych pań, oraz portret surowo spoglądającego Józefa Piłsudskiego)  i zacisznie umiejscowionych stoliczków. Dodatkowym plusem owego  miejsca było piwo po 3,80  (w Wawie nie da się nabyć piwka za mniej niż 5zł). Wieczór upłynął nadzwyczaj miło. Piwko przyjemnie rozgrzewało od środka, rozmowa wciąż zbaczała na tematy związane z treścią i formą malowideł naściennych lokalu...  Taak... ;-)))

Nie wiem która to była godzina - w dość rozbawionych nastrojach powróciliśmy na teren konwentu, częściowo odprowadzeni przez Miśka (nie zapominajmy o zbiorowej dysgeografii). Tymczasem czwórka naszych współ-konwentowiczów miała już ustalone plany na resztę wieczoru. Chodziło głownie o konwersacje filozoficzne i śpiewy chóralne (połączone z konsumpcją żurawinowego środka rozweselającego), zakończone około 3 w nocy ogólnym zachrypnięciem.

Poranek zastał nas troszkę jeszcze zmęczonych, ale gotowych z podniesionym czołem sprostać kolejnym wyzwaniom! Poranne spotkanie z Miśkiem upłynęło pod znakiem dyskusji ogólnoartystycznej na przykładzie krzesła. Jeśli ktoś z was będzie chciał teraz rozbawić nF-a, niech zawoła "krzesło". ;-)

Wracając skonsumowaliśmy wzmacniający posiłek w przydrożnym barze mlecznym, a potem postanowiliśmy poszukać Morgluma. Nawet się udało. Uzyskaliśmy mglistą obietnicę, że ork pójdzie z nami wieczorem na piwo - niestety, w końcu nic z tego nie wyszło.... Aby złagodzić wyrzuty sumienia związane z brakiem merytorycznego wykorzystania konwentu poszliśmy na jedną prelekcję. A potem... no zgadnijcie... ;-)

Potem nastąpiła zbiórka integracyjna pod Pocztą Główną w Krakowie, w składzie: Merigold, burton, nonFelix i ja. O! A Morgluma nie było... Obeszliśmy kilka nie odwiedzonych wczesnej pubów, wreszcie osiedliśmy w "Popularnym". "Popularny" mieścił się w grubościennej wilgotnawej piwnicy.

nF ze swoją nową miłością

Leciał przyjemny dla ucha metal. Zajęliśmy miejsce na drewnianej ambonce (bardzo skrzypiała), zostało nabyte... no zgadnijcie co... piiiwo...

nF zaopatrzył się w miły litrowy kufelek i dłuższą chwilę spędził uśmiechając się do niego... No coż... potem ja też nabyłam sobie coś podobnego... Rozmawialiśmy i było miło. Przypominam sobie tradycyjną wymianę dowcipów, oraz konwersacje na temat oczyszczania scieków. Było tez coś o muzyce, szczególnie w aspekcie koncertowym, oraz o tym jak to nam jest miło...

Bo tez i kufelki opróżniały się powoli a nam było coraz bardziej milo... nF sprzedał Meri swoja tworczość, burton opowiadał o życiu młodego muzyka... Miło. ;-))

W końcu trzeba się było udać w drogę powrotną, na szczęście burton i Meriodprowadzili nas prawie pod szkołę. A potem odeszli w ciemność.

Ale okazało się ze to jeszcze nie koniec. Oto bowiem w wejściu do szkoły natrafiliśmy na czwórkę współkonwentowych znajomych, którzy wybierali się... no gdzie? No właśnie... A była to godzina mniej więcej 24... Dość powiedzieć, ze zaliczyliśmy jeszcze kilka pubów i kilka piwek, a po powrocie kolejna sesje wokalno-filozoficzną. Około szóstej rano padłam na nos i poszłam spać.

od lewej - nF, burton, Meri i Asfodel

Obudziliśmy się o jakiejś 11 i poszliśmy... dobra, do baru mlecznego... ;-) Potem spotkaliśmy się z Meri i burtonem w miłej knajpce, ale tym razem zrezygnowałam z piwa. ;-) Byłam jakaś zmęczona i niewyspana... Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poszliśmy na rynek. Były pożegnalne zdjęcia i plany kolejnych spotkań. Wreszcie nie pozostało nic innego jak powędrować na dworzec... Do ostatniej chwili wyglądaliśmy z okna odjeżdżającego pociągu...

na dworcu - Asfodel i nF jadą do domku

uff... to mniej więcej tyle.
Asf (15 pubów w dwa wieczory i dwa poranki)


Relacja burtona

W kazdym razie:

Ja do Krakowa zawitalem wczesnym sobotnim rankiem i moj komitet powitalny skladal sie z Merigold, a w pozniejszym etapie z jej rodzicow oraz psa, ktory mial mnie pozrec, a okazal sie moim wielbicielem ;]

Caly dzien uplynal na wypoczywaniu, aby juz wieczorem miec sile na integracyjne spotkanie z nonF i Asf. No to polezlismy. Rozpoznanie nie sprawilo klopotow. Tylko fantasowcy wygladaja tak oryginalnie :)

burton, pies Meri i jej komputer

Poszukiwalismy dosc dlugo odpowiedniego pubu, a ostatecznie zladawalismy w uroczej knajpce. Byla to podmokla i brudnawa piwnica, ktora wypelnialy metalowo klasyczne dzwieki. Cos przeboskiego :) Totez zajelismy miejsce na swego rodzaju balkoniku (no w kazdym razie bylismy wyzej od pozostalych uczestnikow biesiady) i rozpoczelismy rozmowy. Najpierw posluchalismy o Krakonie, ktory okazal sie byc denny, potem posluchalismy o wszystkim i niczym. Rozmowy oscylowaly glownie wokol zabawnych opowiesci, recesji na rynku fantasy, ciezkiej doli zycia artysty (glownie o muzykach, choc nF z tytulu zboczenia zawodowego napomknal o poetach), oczyszczaniu sciekow ;] oraz pewnej ilosci dowcipow.

Po jakims czasie nF i Meri poszli 'na priv' (to jest znikneli) a my z Asf kontunuowalismy rozmowe na kanale glownym. Nie obylo sie naturalnie bez zaciesnienia znajomosci. Podejrzewam, ze ten sam cel przyswiecal Meri i nF, ktorych potem bohatersko znalazlem i uratowalem przed niechybna angina i grypa (siedzieli na dosc zimnych schodach w nieprzyjaznie niskiej temperaturze otoczenia).

Chwile jeszcze pogadalismy i polezlismy do swych legowisk, to jest odprowadzilismy nF i Asf na Krakon, a sami udalismy sie, a raczej mielismy zamiar sie udac do domu Meri. Okazalo sie to dosc trudnym zadaniem, bo topografia Krakowa nagle stala sie dla Merigold zagadka, mimo ze mieszka ona w nim od zarania dziejow. Generalnie bladzilismy jakies kilkadziesiat minut, aby w koncu wrocic taksowka.

pod Kościołem Mariackim - od lewej - nF zbiera na piiwo, Asfodel Meri oraz burton

Nastepnego dnia juz przed poludniem umowilismy sie z nasza wesola ferajna. Ferajna niestety zaspala, a my z Meri zabunkrowalismy sie w jakiejs zydowskiej kawiarence, ktora byla bardzo fajna, gdyby nie muzyka (jakies tam Radio, ale nie -head). nF i Asf, wraz z pozostalymi znajomymi z Warszawy udali sie na sniadanie do Baru Mlecznego, aby w koncu do nas (z niemalymi klopotami) trafic. Ucielismy kolejna serie rozmw, tym razem znacznie mniej skladna, bo ludzie konwentowi byli dziwnie zaspani i umeczeni niewygodami konwentowego zycia. Potem odprowadzilismy ich wietrznym Krakowem na dworzec.

Potem zostalismy z Meri sami ;]

na dworcu - Meri i burton zostają sami

Dwa nastepne dni uplynely nam na zwiedzaniu Krakwa i Wieliczki. Myslalem, ze Smok Wawelski to bedzie SMOK, a to tak ico najwyzej smoczek, albo raczej szczur, w porownaniu z moimi wyobrazeniami ;]

We wtorek wieczorem zaczalem podroz powrotna wraz z tlumami rezerwistow. Okazali sie bardzo rozmownymi i zyczliwymi ludzmi, na co wcale nie wskazywalo ich zachowanie. Malo tego, czestowali mnie wszystkim co mieli. Na szczescie umialem zachowac powsciagliwosc, bo niektore rzeczy byly podejrzane ;]

burton zwiedza Wieliczkę burton zwiedził Wieluczkę
o fantasy-pl Zapisz sie archiwum regulamin ludzie spotkania tworczosc linki