Było tego ponad dwa tygodnie od 31 lipca. Przejechaliśmy blisko 1000[km] przez Włochy północne - częściowo, środkowe - całe i południowe również częściowo.
Odwiedziliśmy Florencję, Pizę, Rzym, Neapol, Pompeje, i Wezuwiusza. Było gdzie jeżdzić! Dla niedzielnych rowerzystów był by to Wędrowny Obóz Zagłady ( np. 14 km podjazdu chwilami 15%). Ale na poważnie - warto było trochę się pomęczyć. Mapki pokazujące szczegółowy przebieg trasy umieściłem na tej stronie.
Po długich bojach o bilety na autobus, po załatwieniu setek (no... może dziesiątków) spraw i zakupieniu sprzętu turystycznego niezbędnego na pierwszą wyprawę dnia 29 lipca 1997 o godzinie 1000 STAŁO SIĘ!: zapakowaliśmy wszystko i wyruszyliśmy autobusem do Włoch. Pierwotnie mieliśmy jechać we 4, potem w miarę zbliżania się terminu wyjazdu lista chętnych topniała... aż zostałem tylko ja i Alfred. Na miejsce dotarliśmy po ... 42 godzinach jazdy. Przyczyna była prozaiczna: w Katowicach popsuł się autobus - zgasł i już. Stał i stał... mijały godziny, zapadła noc a my ciągle staliśmy na stacji benzynowej. Na domiar złego włoski kierowca uparł się że sam naprawi silnik. W efekcie, rankiem dnia nastepnego pojechaliśmy dalej autokarem zastępczym podstawionym przez EuropaExpress i MazurkasTravel ... Tym razem juz bez przeszkód dotarliśmy do Florencji - miejsca startu naszego obozu. Wysiedliśmy ok godz. 2 w nocy na jakimś mroczym placu. W bramach spali bezdomni, narkomani, pijacy... W rekordowym tempie poskładaliśmy rowery, założyliśmy sakwy i w droge gdzieś się przespać!
Następnego dnia rano obejrzeliśmy ile się dało. Przez awarię mieliśmy już jeden dzień opóźnienia (na szczęscie w rezerwie pozostały jeszcze trzy).
Tak więc zamiast całego dnia oglądaliśmy Florencję przez jedno przedpołudnie. Ale dobrze, że chociaż tyle się nam udało. Oto rynek i ratusz we Florencji (Fot. 1). Wkrótce potem ruszamy na nasz pierwszy etap do Castell Franco. Okolica zupełnie płaska. Z nieba leje się żar. Warunki wręcz wymarzone na szybką aklimatyzację. Po drodze mijamy szczątek jakiejś góry z ruinami (Fot. 2).
Następnego dnia docieramy do Pizy. Upał podobnie jak i poprzednio nieprzeciętny (38 oC). Pod wieczór odnajdujemy śliczny i przytulny kemping jeszcze w samym mieście (tuż za przejazdem kolejowym). Cena za noc od osoby wręcz symboliczna, a mimo to jest idealnie czysto. Warto się tam zatrzymać.
Następnego dnia rano - jeszcze w Pizie oglądamy pomnik Wiktora Emanuela często spotykany w różnych miastach we Włoszech. Na pierwszym planie rower autora, czyli mój :-). W tym czasie jeszcze nie miałem amorka... nie wiedziałem co tracę. Niedaleko za Pizą zaczynają się pierwsze podjazdy. Ten dzień - trzeci z kolei dzień jazdy - to nasze pierwsze spotkanie górami - z ogromnymi jak na nasze ówczesne pojęcia. Odpoczywamy na szczytach. Wtedy dopiero wypracowywałem technikę pokonywania wzniesień.
Im bardziej zastanawiałem się ile to jeszcze jest jazdy w góre, tym bardziej dłużył się podjazd. Poza tym kwestia sposobu oddychania.... Tego trzeba się po prostu nauczyć na własnej skórze. Każdy jeździ indywidualnie. Ale o tym napisałem szerzej w dziale Technika. To była wyprawa na której wiele się nauczyłem. Również i tego, że ukształtowanie terenu może być zupełnie inne niż wynika to z mapy na pierwszy rzut oka. To co pokazuje Fot. 3 to był już pewnie ze 40-ty podjazd tego dnia. Na szczycie tubylcy ze śmiechem zakomunikowali, że dalej to już tylko....i tu znacząco pokazali w dół. Faktycznie było. Wtedy osiągnąłem rekordową w tego roku predkość z sakwami na krętej serpentynie... 68 km/h. He he ... dodam ze rozpędzić się można sporo więcej. Czy to jest mądre? Głupie. Wiem, ale pokażcie mi kogoś kto nie sprawdzi jak się jedzie rowerem szybciej niż samochody? Zresztą jeżeli jesteś czytelniku ciekaw co na ten temat sądzą inni rowerzyści, odezwij się na grupie pl.rec.rowery. Ale wracam do tematu :-). Wieczorem dotarliśmy do Fauglii W sąsiedniej wsi odbywało się doroczne święto wina.Pojechaliśmy tam coś zjeść. Tłum ludzi, muzyka, dobre jedzienie i... mnóstwo wina które w dużej ilości źle wpływa na zdolności motoryczne rowerzysty.
Kolejny dzień jazdy. Upał, górki ale i kondycja coraz lepsza. Jedzie się coraz lepiej i zaczynam zwracać uwagę na szczegóły otoczenia (Fot. 4). Na mniej uczęszczanych szlakach takich jaszczurek spotykaliśmy tysiące. Uciekając szeleściły w charakterystyczny sposób. Takie "szczszczszcz...". Te miłe malutkie stworzonka były wszędzie. Czasem wieczorem składały nam wiytę w namiocie.
Docieramy nad morze. Tu klimat odmienny od poznanego ostatnio w górach. Wiatr nie wysusza już tak bardzo i nie jest też już tak koszmarnie gorąco. W górach wypijaliśmy dziennie po 8-10l płynów. Teraz jest znacząco lepiej. Nie na długo jednak...
Następnego dnia ponownie wjeżdżamy w teren pofałdowany. Są to góry nie tyle wysokie, co równie męczące góry "szarpane". To moje określenie kiedy zamiast kilku/kilkunastu długich podjazdów z dużą różnicą poziomów pokonujemy dziesiątki podjazdów po kilkadziesiąt metrów różnicy wysokości. W takich okolicach jedziemy jeszcze przez kilka następnych dni.
Nie wiedzieć czemu, Włosi mieli w zwyczaju budować swoje miasta na wzgórzach (Fot. 5). Żeby było ciekawiej, wszystkie drogi prowadzą przez te miasta. Efekt jest taki, że rowerzysta musi dziennie pokonać kilkadziesiąt takich górek. Na prawde jest to dobra szkoła cierpliwości, wytrwałości i wytrzymałości. Czasem również zapobiegliwości, gdyż przy temperaturach rzędu 35oC w cieniu wszelkie płyny schodzą błyskawicznie i nie można zostać bez picia w połowie drogi... Na szczęście zdarzają sie często krany z wodą "przeważnie" zdatną do picia. Tu (Fot. 6) widać taki nad sakwami pierwszego roweru. W tym miejscu spiekota była niemiłosierna. Z kranu płynął niemal wrzątek, asfalt parzył stopy, a o ścianę nie dało sie oprzeć - bo było za gorąca.
Krótki popas, zakupy w markecie, gotujemy obiad i jedziemy dalej. Pogoda cały czas przepiękna. Droga niestety nie zawsze. Tego dnia trafiamy na odcinek określony przez tubylca jako bianca strada. Co to oznaczało? Było to 15 km drogi ziemnej przygotowanej do położenia w przyszłości asfaltu. Była wysypana białym gruboziarnistym pylącym się tłuczniem. Jazda po czymś takim to po prostu koszmar: podjazdy, upał, pył, kurz, wszystko się trzęsie, telepie... Tego dnia dotarliśmy do Canino(Fot. 7). Stylowe miateczko włoskie o charakterystycznym południowoeuropejskim nastroju. Nietety mieszkańcy mało gościnni. Nocleg znaleźliśmy dopiero na pobliskiej wsi.
Pracowicie nawijamy kilometry na koła naszych rowerów (Fot. 8). Z dnia na dzień jesteśmy bliżej Rzymu - celu naszej podróży. Teperatury znośne - ok. 30 oC. Góry zostawiliśmy już raczej za nami. Zauważyliśmy też istotną zmianę w charakterze otoczenia. Mieszkańcy są tu wyraźnie mniej zamożni niż nieszkający na północy.
Co jednak znamienne, to że właśnie Ci są najbardziej gościnni. Wstępując do gospodarza zależnie od okoliczności dostajemy wodę, mleko, melony, arbuzy... Takie powitania pamięta się potem długo. W południe odpoczywamy w cieniu (Fot. 9). Na ostani nocleg przed Rzymem zatrzymujemy się na jeziorem Bracciano. Jest to jezioro wulkaniczne. Z tego względu na plaży jest czarny piasek, a woda - idealnie czysta. O pływaniu jednak ciężko mówić z uwagi na tepmeraturę wody - jest jak zupa.
No i w końcu dojechaliśmu do Rzymu. Niestety główne pamiątkowe zdjęcie (Fot. 10) mamy skopane. Dlaczego? Otóż "sprytny" japoniec przyzwyczajony do "idioten camera" zrobił doskonałe zdjęcie bruku na Placu Świętego Piotra obcinając czubek kopuły Bazyliki.... No conmment. Oczywiście bruk wyciąłem, ale kopuły nie miałem już skąd wziąć. Od tego czasu sam robię w takich sytuacjach jeszcze jedno zdjęcie na którym umieszczam to co się powinno na nim znaleźć. Potem najwyżej drobny fotomontaż....i jest kompletne zdjęcie ze wszystkimi newralgicznymi elementami otoczenia. Ale co tam! Ważne że dojechaliśmy!
W czasie tej pierwszej dla mnie i Aflreda tak dużej i długiej wyprawy rowerowej miałem sposobność poznać niezykle interesujący kraj jakim są Włochy. Kraj przyjazny turystom a w szczególności sprzyjający turystyce rowerowej. Ludzie i co najważniejsze również kierowcy (fajnie wyszło, nie?) uważają na rowerzystów bez porównania bardziej niż w Polsce. W znakomitej większości są (lub starają się) być pomocni. Wyprawa ta udowodniła mi również, że tak naprawde nie trzeba żadnych szczególnych predyspozycji żeby przejechać tego rodzaju trasę. Jedyne co jest potrzebne to dobry rower, trochę samozaparcia i ... pieniędzy. Wbrew pozorom wyjazd taki nie jest drogi. Co wiecej: jest to chyba najtańsza i najatrakcyjniejsza forma zwiedzania obcego kraju.
W samym Rzymie spędziliśmy 4 dni zwiedzając od rana do nocy. Była to interesująca odmiana po kilkunastu dniach spędzonych na siodełku. Zdjęcia z tego, nie mniej interesującego fragmentu wyprawy możesz obejrzeć na tej stronie
Autor zdjęć: Leukocyt