Tym razem jeździliśmy z Adamem trzy tygodnie. Przejechaliśmy ponad 1000 km. W odróżnieniu od poprzedniej wyprawy (tej z 1997 roku) przemierzyliśmy wschodnie wybrzeże Italii. Podobnie jak w ubiegłym roku początkowa lista uczestników obejmowała więcej chętnych niż w końcu pojechało. Mieliśmy jechać w 5 osób, potem 4, 3 aż ostatecznie pojechałem tylko z Adamem.     Też było fajnie. Odwiedziliśmy Bolonię, Rimini, Asyż, Peruggię, Rzym. Przejechaną trasę szczegółowo opisałem na tej stronie. Ten przejazd oprócz składu osobowego, różnił się również tym, że góry były sporo wyższe, było cieplej i mieliśmy po drodze kraksę, trzy tunele których nie zampomnę już chyba nigdy... Dlaczego? Wszystko napiszę ale po kolei i od początku. Było to tak.....

    Podobnie jak w ubiegłym roku tak i w tym na naszego przewoźnika wybraliśmy firmę EuropaExpress. Celem naszej podróży autobusem była Bolonia. Celem wyprawy rowerowej był Rzym. Tym razem podróż do Włoch przebiegła bez najmniejszych zakłóceń, nieplanowanych przerw czy awarii. Na miejsce dotarliśmy z samego rana 13 VII o godzinie 750. Bez pośpiechu poskładaliśmy rowery ... i pojechaliśmy na boloński kemping położony w północnej części miasta. Co dziwne o tej porze roku był tani dobrze utrzymany i prawie zupełnie pusty. Postanowiliśmy więc, że po podróży jeden dzień warto przeznaczyć na aklimatyzację i przy okazji na ile można obejrzeć stare miasto.
    Widzieliśmy pomnik papieża Grzegorza XII (), Galvaniego (), mury miejskie, sukiennice, rynek...

    Jednak na drugi dzień, pomimo długiego odpoczynku cierpimy trudy etapu. Kilkadziesiąt kilometrów do Faenzy musieliśmy przejechać po rozpalonej asfaltowej drodze wdychając spaliny mijających nas co pewien czas samochodów. Etap był absolutnie płaski i dość monotonny. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Warszawy padał deszcz i od kilkunastu dni było zimno. Tu temperatura wahała się pomiędzy 25 oC w nocy i 37 oC w cieniu dzień. Nie był to jednak rekord tej wyprawy. Pod wieczór dojechaliśmy na nocleg. Nie znaleźliśmy jednak kempingu tylko skorzystaliśmy z gościnnści właściciela małej knajpy za miastem.

    Kolejny dzień okazał się szczególnie upalny. Rano o 800 teperatura z najgłębszym cieniu sięgnęła 38oC. Bez pośpiechu szykowaliśmy się do odjazdu obserwując przygotowania do wieczornego przyjęcia (). Jedziemy cały dzień. Po południu przy jednym ze sklepów termomentr ukryty na ocienionej scianie pokazuje 41oC. W gardle czuję dziwną suchość...

    Następnego dnia okolica niewiele się zmienia. Teren płaski, upał nieprzeciętny. Dojeżdżamy jednak do wybrzeża. Wieczorem kemping. Jest to pierwszy z rodzaju "rozrywkowch". Do późnej nocy trwa dyskoteka. Kemping jest przepełniony. Następnego dnia rano nie możemy wyjechać bo... jest niedziela i recepcja kemnpingu pracuje tylko w określonych porach. Tracimy trzy godziny. W końcu szczęśliwi płacimy i ruszamy. Cervia, Forli... Rimini i tu następuje przymusowy postój. Na wąskiej drodze wzdłuż wybrzeża nie zmieściliśmy się z wyprzedzającym nas samochodem. Adam doświadczył uroków Bliskiego Spotkania 3 stopnia z blachosmrodem. Efekt? Pogięte przednie koło, połamana lampka... i straszne klątwy rzucane za odjeżdżającym samochodem (nawet się cham nie zatrzymał). Doprowadzamy rower do stanu umożliwiającego jazdę. Co prawda bez przedniego hamulca, ale jechać można. Zatrzymujemy się na najbliższym kempingu w Rimini i dokonnujemy gruntowniejszej naprawy.

    Rankiem dnia następnego z mocnym postanowieniem odnalezienia warsztatu rowerowego rozpoczynamy kolejny etap podróży. Tym razem jedzie się fantastycznie. Lekko zamglone słońce, komfortowe 30oC i lekka bryza od morza. Po południu miła odmiana: pierwsze w tym roku wzgórza (190-240 m n.p.m). Gabice Mare to miasto w którym mieszkał i tworzył Dante Alighieri. Na wzgórzu ruiny zamku. Niestety robi się już zbyt ciemno na zdjęcia.... Wieczorem dojeżdżamy do Fano. Tu trafiamy na kolejny "rozrywkowy" kemping położony praktycznie na plaży. Tym razem do "uroków" nocnej dyskoteki dołączyła ruchliwa szosa na szczęście odgrodzona od kempingu wysokim .... nasypem kolejowym. Pierwszy pociąg wzbudził u nas sporo emocji gdyż brzmiał jakby miał przejechać przez środek namiotu. Na kolejne już nie zwracaliśmy uwagi. Podobnie dyskoteka... przerywana hukiem przejeżdżających pociągów i szumem mknących samochodów też nie przeszkadała tak bardzo. Naprawdę uroczo brzmiało tylko morze oddalone od naszego namiotu zaledwie jakieś 50 metrów.
Tym razem ostatni tego roku nasz etap nad morzem. Jedziemy do Marzocca. Pogoda podobna do wczorajszej. Ciepło. Słońce co pewien czas chowa się za rozmyte mgliste chmury. Wczesnym popołudniem poczuliśmy dziwne zmęczenie i zatrzymaliśmy się na obiad (tak to przynajmniej nazwaliśmy). Tuńczyk z puszki, bochenek chleba i soki zagryzane Snickersami jak codzień zaspokoiły nasz głód. Ok godz. 18 nagle zrobiło się ciemno. W ciągu następnych kilku minut zerwał się lodowaty wiatr i nadciągneły smoliście czarne chmury. Z gór nadciągęła jedna z najsilniejszych nawałnic jakie kiedykolwiek widziałem. Dowlekliśmy się na kemping.

    Ranek wstał piękny i upalny jak kiedyś. W słońcu wszystko wyschło momentalnie. Ruszamy. Zaraz za miastem odbijamy od wybrzeża. Po 500m zaczynają się pierwsze góry.... Fatalnie. Asfalt jest tak rozgrzany ze lepi się do opon, nachylenie takie, że ledwo jedziemy, a wiatr perfidnie wieje w plecy dokladnie z taka samą prędkością z jaką jedziemy. Po pierwszym podjeździe jesteśmy wykończeni. Na szczęście okazało się że tropikalne warunki panowały tylko tuż nad morzem. Za pierwszą górą było już fajnie. Po dwóch dniach docieramy do wyższych gór (). Tu zwiedzamy groty (m.in. największą w tym rejonie "Grota di Frascassi" ).

    Góry są coraz bardziej malownicze. Staramy się jechać po jak najmniej uczęszczanych drogach... do czasu. Do Gualdo Tadino jechaliśmy klasycznym żółtkiem, czyli podrzędną drogą oznaczoną na mapie jako żółta. Przed nami pojawiło się pasmo górskie. Jest tam już od dawna, więc nie było przyczyn dla których miało by zniknąć. Widziałem wcześniej, że będą nasz czekały trzy tunele. Alternatywą było nadłożenie ok 20 km po górach. Skusiliśmy się. Sęk w tym, że w tym właśnie miejscu od naszej drogi dochodziła ... autostrada. W tym miejscu się kończyła i można było sobie wjechać rowerem (TEORETYCZNIE). Niewiele myśląc założyliśmy i włączyliśmy CatEye i daliśmy nura do pierwszego tunelu, który wyłonił się zza zakrętu. Tuż przed wjazdem było już za późno na zatrzymanie gdyż za nami pojawiła się trąbiąca ciężarówka. Pomimo widocznego dopiero tutaj zakazu jazdy rowerami wjechaliśmy. Jak się okazało cały ruch autostradowy pakował się w tym miejscu w jednopasmowy, nieoświetlony ciąg tuneli. Tak....w środku był tylko jeden pas i wysoki krawężnik który ledwo widziałem w ciemności. W pierwszym tunelu gorąco poprzysiągłem sobie nie wjeżdżać w drugi. Niestety.....z tunelu wypadliśmy na wiadukt, również jednopasmowy i bez pobocza. Chcac, nie chcąc wpadliśmy w drugi tunel. Tym razem zakręcał i nie było widać wylotu. Tak ok 500m. Niemal sztywny z przerażenia wyjechałem na drugi wiadukt.....przed trzecim tunelem. Sytuacja sie powtórzyła i musieliśmy wjechac do trzeciego tunelu. Tym razem było jeszcze gorzej. Tunel byl blisko 1000m. Z początku zakręcał. Potem poszedł w górę i w dół. Tak więc trzy razy miałem nadzieję ujrzeć wylot, a widziałem......tylko kolejny załom. Nie wiem ile ciężarówek nas minęło, ile nas obtrąbiło, a ile brakowało nanm do zagłady...... Cały czas myślałem żeby tylko nie zawadzić o krawężnik i nie wjechać na coś co mogło leżeć w ciemnościach na asfalcie (np stara opona). Stojący u wylotu Carrabinierri kiedy zobaczyli nas wyjeżdżających z czeluści tunelu nie byli by bardziej zaskoczeni gdyby z tunelu wyleciało UFO... Pomimo zakazu jazdy rowerami nie zatrzymali nas. Pewnie uznali, że skoro nam się to udało, to nie warto nas zatrzymywać. Pamiętam, że długo jeszcze staliśmy po wyjechaniu z tych cholernych tuneli. Carrabinieri stojący na tym samym parkingu (ok 100m od tuneli) od czasu do czasu popatrywali na nas z niedowierzaniem i zgrozą. Nam było jednak wszystko jedno. Nogi mieliśmy jak z waty, serce waliło tak z 200 uderzeń/min. Do dziś jak o tym pomyślę to robi mi się zimno. Wszystkie kolejne tunele grzecznie już objeżdżaliśmy () po górach nie patrząc na to ile ndrabiamy. Szczęśliwie dojechaliśmy do Gualdo Tadino. Kemping na którym mieliśmy zaplanowany nocleg leżał za miastem. Lepszym określeniem jest tu raczej "nad miastem". Zawzięliśmy się ze dojedziemy tam. Przedtem jednak musieliśmy 5 km podjazdem pokonać 800m różnicy poziomów. Późnym wieczorem, po przejechaniu tego dnia 80km po górach osiągnęliśmy cel dzisiejszego etapu () - Camping Valsorda.

    Dziś będziemy w Asyżu. W imponującym tempie zjeżdżamy z góry na którą poprzedniego dnia z takim trudem się wdrapaliśmy na nocleg. Na tym zjeździe pierwszy raz przegrzałem hamulce przepalając dentkę (przewulkanizowała się, przykleiła do obręczy i zaczęła przepuszczać). Po zjechaniu w dolinę z w której rozłożyło się Gualdo Tadino wspinamy się na jej przeciwległy kraniec podziwiając () górę na której leży nasz kemping z takim mozołem zdobyty poprzedniego dnia. Przez cały dzień pokonujemy mniejsze i większe wzniesienia (po 150-200m). Pod wieczór na horyzoncie pokazał się Asyż... tajemniczy i urokliwy (). W ubiegłym roku było tu trzęsienie ziemi. Teraz w bardzo wielu miejscach widać jeszcze jego skutki. Począwszy od popękanych i popodpieranych ścian na wysiedlonych domach skończywszy. Sam Asyż jest niezwykły - jakby żywcem wyjęty ze średniowiecza. Kamienne domy, wąskie brukowane uliczki, mnóstwo zabytków.

    Po zwiedzeniu Asyżu ostatecznie żegnamy się z górami. Zjeżdżamy w dolinę Tybru którą powinniśmy już dostać się do samego Rzymu. No to w drogę: Perrugia, Attigliano, Todi, Corabara, . Po drodze jedziemy wzdłuż ogromengo zalewu i mijamy zaporę na Tybrze. W końcu w oddali pokazało się wyglądające jak garnek odwrócony dnem do góry, średniowieczne miasteczko Orte(). Cała starówka zbudowana jest skałach. Uliczki są niezwykle wąskie. Domy w dużej części mocno zaniedbane. Miasto ma swój niepowtarzalny klimat i styl. Podobnie zresztą jek większość zabytkowych miejsc we Włoszech. Każde jest inne i charakterystyczne.

    Nasza trasa dobiega końca. Zbliżamy się do Rzymu. Tradycją ubiegłego roku na ostatni nocleg przed Rzymem stajemy na kempingu nad jeziorem Bracciano niedaleko Anquillary. Dla odróżnienia od ubiegłorocznych doświadczeń, kemping jest prawie pusty, cichy ale przez to bardzo przyjemny. Z tego względu tym razem spędzamy tu dwa dni wykorzystując pozostału nam dzień rezerwy. Zwiedzamy okolicę. Anquillara podobnie jak Orte tez ma swój indywidualny charakter. Część położona na wzgórzu zachowała swój dawny wygląd. Nowoczesne domy, kasyna i hotele rozlokowały na stokach się wokół jeziora. Po przeciwnej stronie jeziora Bracciano jest baza wojskowa. Teren szczelnie ogrodzony, strzeżony. Wewnątrz ruiny zamku, do których nie udało się nam dotrzeć.

    To już ostatni dzień jazdy. Bez pośpiechu zbieramy się do drogi. Nasz namiot sprawdził się wyśmienicie.(). Było to dwuprzedsionkowe Tobago - Marabuta. W większym przedsionku można było bez problemów schować dwa rowery.
Kolejne trzy dni spędziliśmy zwiedzając Wieczne Miasto. Miła odmiana po dniach spędzonych na siodełku. Z początku dziwnie się czułem, kiedy wchodząc na schody podrywałem nieistniejące przednie koło, w autobusie szukałem hamulców a na ulicach brakowało mi lusterek...

     Jako że zwiedzaniu Rzymu należało poświęcić osobną strone, zrobiłem to w wolnej chwili. Tak więc, zapraszam do obejrzenia relacjirównież z tej, nie mniej pasjonującej części wyprawy.

Autorzy zdjęć: uczestnicy wyprawy