To była już trzecia moja wyprawa rowerem po Europie.Tym razem przejechałem ponad 800km. Pojechaliśmy w zeszłoroczym składzie. Odwiedziliśmy Szwajcarię, Niemcy i Francję. Mapki pokazujące przejechaną trasę umieściłem na tej stronie Większe miasta na trasie to Zurich, Bazylea, Vesoul, Chattilion, Troyes i Paryż. Mimo że jeden dzień przesiedzieliśmy w deszczu pod namiotem, a przez kolejne dwa był tak silny wmordewind, że te dni powinny się liczyć podwójnie można powiedzieć, że pogoda nam w zasadzie dopisała. Cały czas wiatr wiał równiutko z zachodu, prosto w twarz, momentami z prędkością nawet do ok 30km/h. Któregoś dnia zdesperowany postanowiłem sprawdzić z jaką prędkością wieje. Odwróciłem rower i rozpędzałem się do momentu kiedy wiatr przestał mi szumieć w uszach... licznik pokazał liczbę 35. Tego dnia, mimo tak silnego wiatru w twarz przejechaliśmy w terenie górzystym ponad 90 km. W kategoriach dnia bezwietrznego było by tego pewnie tak około 150 - 180km. To że na zjazdach pod wiatr jechaliśmy max 25 km/h mówi samo za siebie. No ale do rzeczy!

    Wszystko zaczęło się 10 VIII 1999 o godz. 1600. Tym razem naszym przewoźnikiem do Zurichu była szwajcarska firma ChrobotReisen. Co prawda cena biletu nie była niska, ale za to przewóz rowerów był zagwarantowany i wpisany do biletów. Coś za coś. Płacę ale wymagam. W Zurichu byliśmy następnego dnia o 1600. Pogoda jaka panowała po drodze nie nastrajała optymistycznie: wichury, ulewy, padający w Alpach deszcz ze śniegiem to nie było to, co rowerzyści lubią najbardziej. Gdy przejeżdżaliśmy przez Niemczy nastąpiło długo przez astronomów zapowiadane całkowite zaćmienie słońca. Niestety grube burzowo - śniegowe chmury uniemożliwiły obserwację. Było więc ciemno jak po wieczór, a zrobiło się na chwilę jeszcze ciemniej. Na szczęście po przyjeździe do Szwajcarii trochę się rozpogodziło. Udało się nam więc rozpakować i poskładać rowery. Założyliśmy kbagaże i nauczeni doświadczeniami z poprzednich wypraw po krótkim zwiedzaniu miasta skierowaliśmy się na pobliski kemping. Odpoczynek po podróży i aklimatyzacja były niezbędne. Niepewna pogoda również nie zachęcała nas do rozpoczynania etapu i wyruszania w dalszą trasę.

    Pierwsze co mnie uderzyło to panujący w Szwajcarii porządek... nie, przepraszam pierwszy uderzył mnie w głowę zurychski przystanek akutobusowy. Porządek był drugi w koeljności. Trzeci był sposób poprowadzenia ścieżek rowerowych. Do tego po prostu trzeba się przyzwyczaić. Należy zacząć od tego, że ścieżki są w Zurychu praktycznie na wszystkich ulicach i wszędzie: Na chodnikach, na ulicach, na torowiskach tramwajowych, w parkach... Na skrzyżowaniach wymalowane są oddzielne pasy rowerowe, ułatwiające im manewr skręcania. Ścieżki rowerowe przeplatają się z pasami dla samochodów. Z początku, mając w pamięci traktowanie rowerzystów na polskich ulicach podchodziłem do tego z ogromną rezerwą. Nie miałem zamiaru dostać się pod koła jakiegoś szajbusa. Wkrótce jednk okazało się, że rowerzyści są tu pełnoprawnymi uczestnikiami ruchu. Ba! Na oko mają nawet większe prawa niż samochody. Jeżeli sygnalizujesz zamiar skrętu w lewo a jesteś na ścieżce kierowcy niezwłocznie zatrzymują się i przepuszczają Cię nawet przez szybkie pasy. Margines bezpieczeństwa i zasadę ogranicznego zaufania należy jednak i tu bezwzględnie stosować. Zawsze może się trafić idiota albo turysta spoza Szwajcarii. Zaczynamy jazdę na poważnie: Zurich, Brugg, Bazylea.() i wjeżdżamy do Francji. Tu pogoda zmienna: od upału po zimny deszcz i silny wiatr. Wsie francuskie podobne są trochę do Polskich czy Włoskich. Wiele budynków jest mocno zaniedbanych... ().

    Docieramy do Vesoul. Tu łapie nas deszcz. Namiot Adama, Marabut (model Poligon) spisuje się świetnie: pomimo silnego deszczu i wiatru, wewnątrz jest ciepło i sucho. Rano próbujemy wyruszyć w trasę. Niestety pogoda zmusza nas do pozostania na miejscu. W przerwie deszczu robimy tylko zakupy i do wieczora obżeramy się w namiocie. Nasze rowery nie po raz pierwszy wzbudzają zainteresowanie sąsiadów. Tym razem musimy opowiedzieć o naszej wyprawie niemieckiej szkolnej grupie rowerowej. Są głęboko wstrząśnięci długością naszych etapów. Ale to w sumie nic dziwnego - sami przywieźli rowery samochodami :-)). Wieczorem chmury odsuwają się i oglądamy piękny zachód słońca nad jeziorem nad brzegiem którego leży nasz kemping ().

    Kolejne dni jazdy i kolejne kilometry nawinięte na koła. Torcenay, Colmier le Haut, Chattilion, Troyes (). Mijamy kolejne miejscowości, zjadamy kolejne bagietki... Po przejechaniu Troyes wyjeżdżamy na równiny. Tu wiatry są zdecydowanie silniejsze. Ostatnią noc spędzamy na podparyskim kempingu (). W nocy robi się nadspodziewanie zimno.

    W końcu, po przejechaniu 870km dotarliśmy do Paryża(). Kolejne trzy dni spędziliśmy na zwiedzaniu Paryża. Relację z tego pieszego etapu wyprawy umieściłem na specjalnej stronie. Zapraszam do obejrzenia.

    Nadchodzi dzień powrotu do Polski. Niestety do Polski wracamy innym autobusem niż jechaliśmy do Zurichu. Z tego względu za bilety powrotne musieliśmy zapłacić znacznie drożej niż wyszło by to przy bilecie dwustronnym - zakupionym u jednego przewoźnika. Tak jak w poprzednich latach jedziemy z firmą EuropaExpress. Żeby nie było zbyt łatwo, w czasie załadunku bagażu okazuje się, że autobus jest całkowicie wypełniony i nie ma miejsca na nasze rowery. Po długich targach i "przekonywaniach", za "dodatkową opłatą" kierowcy godzą się na zabranie naszych rowerów, które bagażnika wchodzą wyłącznie dzięki zaangażowaniu obydwu kierowców. Wlazły dosłownie na wcisk... ale wlazły! Ruszamy do Polski!


Autorzy zdjęć: uczestnicy wyprawy