To najdłuższa i najbardziej wyczerpująca wyprawa spośród dotychczas zorganizowanych. Praktycznie do samego końca nie byłem pewien dokąd pojedziemy. Wobec problemów z załatwieniem transportu opracowałem cztery różne warianty różnych tras w Hiszpanii, Włoszech i Grecji. Mam nadzieję, że kidyś uda mi się je wszystkie zrealizować. W roku 2000 jednak szczęsliwie udało sie wybrać trasę i tradycyjnie urealnić i skonretyzować listę uczestników. Podobnie jak w 1997 roku pojechałem z Alfredem. Wybraliśmy najtańszą i najatrakcyjniejszą cenowo firmę Matuszek która zawiozła nas do Hiszpanii na wybrzeże CostaBrava do Lloret de Marr. Pomimo najniższej ceny komfort podróży był najwyższy i autokar najbardziej luksusowy z dotychczas spotkanych. Trasa jednak była też najdłuższa (38godzin).

    Na miejsce dotraliśmy z minimalnym opóźnieniem o 715. Rozpakowaliśmy się i w droge ... do marketu. Lloret de Mar o tak wczesnej porze było niemal zupełnie wymarłe. W sklepie, nieliczni klienci. Zdecydowaliśmy się przejechać tego dnia kilkadziesiąt kilometrów do Sant Feliu. Wybrzeże jest w tej okolicy skaliste, tak więc od początku zmagaliśmy się z górkami (). Urocze zatoczki odgrodzone od reszty świata pasmem gór, wijąca się nad wodą po serpentynach szosa, szleszczące jaszczurki i cykające świerszcze to krajobraz tej okolicy. Tak zaczęła się kolejna wyprawa rowerowa, której przebieg umieściłem na tej stronie. Wieczorem kemping w Sant Feliu - najlepszy, najbogatszy i najtańszy w tym roku.

     Następnego dnia góry oddaliły się od morza. Jedziemy po równinie. Tepmepratura w normie +36oC (). Aklimatyzacja tym razem nastąpiła bardzo szybko. Trzeciego dnia dojechaliśmy do pasma Pirenejów które dochodzą w tym miejscu do wybrzeża morza Śródziemnego. Przed nami było do przejechania kilka wzniesień po 300 m npm. Problem polegał na tym, że po każdym pracowicie zdobybym grzbiecie trzeba było zjechać do poziomu "0" do kolejnej zatoczki (). W przedzień spotkaliśmy rowerzystę-sakwiarza z Ohio. Samotnie jeździł sobie rowerem po Europie. Bez entuzjazmu wspominał te góry. W takich okolicach przejechaliśmy granicę Hiszpańsko-Francuską. Wjechaliśmy do Francji. Kolejne większe mijane miasto to Port Vendres. Tu spotkaliśmy rozmownego kolarza - jednego dziesiątków jeżdżących po tej części Europy. Na wieść o naszych zamiarach przejechania prze Andorrę powiedział: "Na tym sprzętcie to niemożliwe! Zastanówcie się". Podziękowaliśmy mu za dobre rady i z uśmiechami pojechaliśmy dalej naszą trasą. Piękny przykład niedocenienia możliwości rowerów innych niż taki na którym się samemu jeździ. Przeraziły go rozmiary bagażu, grubość opon, tempo najszej jazdy... Tempo trenujących kolarzy było rzeczywiście imponujące. Podjazdy które my zdobywaliśmy w tempie 6-10km/h, oni pokonywali przeciętnie 2x szybciej (ale ich rowery ważyły 6x mniej...).

    Ufff... Teraz kilka dni jazdy po płaskim. Te górki ostatnio, potraktowałem jako drobny trening prze Pirenejami. Argeles, Barcares, Narbonne. Cały czas wzdłuż wybrzeża. Pireneje zostały daleko z tyłu. Ostatnio nocleg spędzony jeszcze nad morzem to Narbonne. O dziwo kemping zapełniony w 100%. Tylko warunkowo zostajemy przyjęci na jedną noc.

    Oddalamy się od morza. Robi się upalnie. Nie jest bardzo gorąco (30-34oC) tylko sucho. Daje się to we znaki i trzeba sporo pić. Wieczorem jesteśmy w Carcassone(). Następnego dnia zawracamy na południe. Zbliża się nabardziej intereujący fragment trasy: Pireneje.Jedziemy do Quillan. Nocleg u pognóża Pirenejów i kolejnego dnia po uzupełnieniu zapasów wody przypuszczamy pierwszy szturm. (). Zaraz za kempingiem po wyjechaniu z miasta zaczyna się dłuuugi podjazd. W ten sposób wdrapujemy się na pierwszą naszą przełęcz Col du Chioula 1431 mnpm(). Zaraz potem zjeżdżamy ok. 830m w dół aż do Ax Les Thermes na poziom 600m npm. Tu nocleg i szturm na - tym razem - najwyższą przełęcz. Ruszamy wcześnie rano, jedziemy do l'Hospitalitet, a potem już tylko wyżej i wyżej....(). Przed grzbietem granica Andorry i pierwsze ogromne centra handlowe. Odpoczynek i w górę! Po kilku godzinach podjazdu osiągamy cel tego dnia: jesteśmy na przełęczy Port d'Envalira 2408m npm. Wieje bardzo silny (wręcz przewracający nas) wiatr i jest zimno ().
    Kiedy się już nasyciliśmy sukcesem :-) rozpoczynamy zjazd - najdłuższy i najbardziej szalony jakim kiedykolwiek jechałem: 65km bez przerwy w dół. Przejechaliśmy nim przez całą Andorrę i jeszcze kawałek w Hiszpanii. Po drodze spotkaliśmy dzikie konie które akurat zeszły na szosę. Fajnie pukały o asfalt niepodkutymi kopytami ().

    Po dwóch relaksowych dniach zjeżdżania zatrzymujemy się w La Seu d'Urgell już w Hiszpanii. Cały ten odcinek (aż do Andorra la Vella) tyle, że w przeciwnym kierunku należał do trasy wyścigu Vuelta Espania 2000. Wysokie Pireneje zostały za nami. Nie oznaczało to jednak, że nie będziemy już w tym roku jeździć po górach. Odcinek z La Seu d'Urgell do Orgen był szczególnie malowniczy (). Rzeka el Segre wypłukała głęboki kanion którym prowadziła również nasza trasa. Coś fantastycznego. Króciutkie tunele mijaliśmy dosłownie co chwila(). Wczesnym popołudniem w Ogern znaleźliśmy kolejny miły, cichy pusty i niedrogi kemping. Zatrzymaliśmy się na nim, gdyż upał zrobił się ponadprzeciętny.

     Kolejny dzień przniósł nieoczekiwanie jeszcze jedną niespodziewanie trudną przełęcz. Teoretycznie było jej tylko 880mnpm a my podjeżdżaliśmy ok 680m. Jednak upał podobny do tego z poprzedniego dnia (ok 40oC) i nieprzeliczone roje wielkich czarnych bzyczących much skutecznie uprzykrzyły ten fragment trasy ().
Po uporaniu się z ostatnią już przełęczą pogoniliśmy do Manresy. Tu nocowaliśmy w schronisku młodzieżowym w ruinach zamku. Nowoczesne wnętrze, zabytkowe mury, nastrojowa starówka. Tej nocy przeszła bardzo silna burza. Rano solidne śniadanie wliczone w cenę noclegu. Ruszamy. Po drodze skutki nocnej burzy - powyrywane z korzeniami drzewa, podmyta w wielu miejscach droga.... dobrze, że nie spaliśmy dziś na dziko.

    Jesteśmy u podnóża góry Montserrat. Budzi respekt. Zaczynamy podjazd. Droga częściowo zamknięta dla ruchu. Lekceważymy objazdy i jedzieny zamkniętymi dla ruchu odcinkami. Oglądamy klasztor i dalej w drogę... () do Barcelony.

    Tu, podobnie jak co roku na końcu wyprawy zwiedzamy miasto. Poprzednio były to Rzym, Paryż. Tym razem była to Barcelona.

    Kolejne dwa dni spędzamy na zwiedzaniu tego miasta. Opisałem je na osobnej stronie. Trzeciego dnia zmęczeni miastem i znużeni kłopotami ze znalezieniem noclegu, ruszamy do Lloret de Mar, skąd za parę dni odjeżdża autobus do Polski. Podobnie jak dwa tygodnie temu tak i teraz na ostatnim naszym etapie przedzieramy się przez górzyste zatoczki. Następnego dnia robimy również krótki wypad do pobliskiego Tossa de Marr. Teraz jednak po przejechaniu całej trasy, górzysta droga do Tossa taka trudna dla nas pierwszego dnia obozu, teraz nie sprawia najmniejszych kłopotów. Bez sakiew z pirenejską kondycją śmigamy po górkach jak parowoziki, że aż miło. Morze ciepłe, spokojne, lazurowe, kamienne scieżki nad wodą... poezja (). Trzy noce spędzamy na kempingu w Lloret de Mar. Jest on gigantyczny i zapełniony prawie w 100% ale jednocześnie cichy. Rozlokowany na wzgórzu, opodal morza, na obrzeżach miasta.

    W końcu nadchodzi dzień odjazdu. Zwijamy nasz namiot () i o 1500 zaczynamy ostatni etap podróży: jedziemy autokarem do Polski.

Statystyka wyprawy

Ilość dni jazdy 13
łącznie 19
Etap najkrótszy 23 km
najdłuższy 110 km
średnio 77.69 km
Prędkość max 73.1 km/h
średnia 17.3 km/h
Czas jazdy łączny 58h22'
dziennie 4h29'
Przejechane przełęcze ?? 230 mnpm
?? 300 mnpm
Belcaire 1002 mnpm
Coll de Marmate 1361 mnpm
Coll du Chioula 1431 mnpm
Pass de La Cassa 2091 mnpm
Port d'Envalira 2408 mnpm
Coll de Clara 880 mnpm
Montserrat 721 mnpm


Autor zdjęć: Leukocyt