Tym razem udalo nam się pojechać na urocze południe Europy, do miejsc z których wyrastała nasza współczesna kultura. Odwiedziliśmy miejsca w których przenikały się wielkie cywilizacje tej części Świata - kultura starożytnej Grecji i starożytnego Rzymu. Ale konkretnie dokąd pojechaliśmy? Szczegółowe mapki przejechanej trasy umieściłem na tej stronie. Ale zaraz..., wszystko po kolei. Już piąty raz zdecydowałem się na letnią włóczęgę rowerową. W lutym zaplanowałem trasę.
Plan leżał sobie cichutko w czeluściach komputera aż do maja, kiedy to postanowiłem, że trzeba zacząć działać. Rozesłałem maile do dotychczasowych współwłóczęgowiczów: do Alfreda, Adama i do Tomka - który jeszcze nie pokosztował uroków obozowego życia. Odpowiedzi nie były zachęcające: nie moge, nie mam urlopu, inne plany, kasa... No to, myślę sobie, kiepsko. Pewnie Hiszpania2000 będzie ostatnim obozem na jakim byłem :-(. Pod koniec czerwca zadzwonił telefon. "Cześć, tu Tomek..." i się zaczęło.
W ciągu najbliższych dwóch tygodni wszystko zostało załatwione, kupione, wyremontowane, spakowane i 20 lipca o 1000 spotkaliśmy się na dworcu autobusowym Warszawa Zachodnia, na stanowisku 14. Podjechał autobus EuropaExpress do Neapolu przez Bolonię, Florencje, Rzym i Cassertę. 21 lipca o 1730 byliśmy na miejscu, w Neapolu - mieście położonym w cieniu potężnego Wezuwiusza. Tak zaczęła sie kolejna (i mam nadzieję, że nie ostatnia) wyprawa rowerowa po wakacyjną przygodę.
Pierwszą rzeczą która uderzyła nas po wyjściu z autobusu były upał i wszechogarniający zgiełk. Ulica pełna była chaotycznie poruszających się samochodów i włoskiej szarańczy w postaci wszelkiego rodzaju motorynek, skuterów i motocykli. Pilnie obserwowani przez tubylców (Fot. 1) poskładaliśny rowery, zapakowaliśmy bagaże i majestatycznie ruszyliśmy na nasz pierwszy w tym roku, z konieczności krótki etap do Pompejów.
Jak się okazało przejechaliśmy przez dzielnicę portową - chyba najuboższą dzielnicę Neapolu. Nawierzchnia drogi straszliwa dla rowerzysty: wulkaniczne, nieregularne płyty 30x30cm, powykrzywiane na wszystkie możliwe strony i porozdzielane głębokimi i szerokimi na kilka cm przerwami. Do wieczora udało się nam niczego nie złamać i przejechać 30km dzielących nas od kempingu. Cały czas po lewej stronie widzieliśmy Wezuwiusza.
Następnego dnia okazało się, że pomimo tego iż jesteśmy z rowerami, nie ma najmniejszego problemu z obejrzeniem starożytnych Pompei. Znalazło się miejsce na postawienie rowerów pod czujnym okiem sympatycznej strażniczki. Tego popołudnia na drodze do Salerno zaliczyliśmy pierwsze wzniesienia, zakończone pięknym zjazdem po monstrualnej estakadzie (Fot. 2).
Tu spotkaliśmy niezwykle energicznego sprzedawcę melonów. Ten, prawie że bez pytania wmusił w nas dwa dorodne melonami. Co było robic? Byliśmy głodni, chciało sie pić... a że melony pyszne to i zbytnio nie protestowaliśmy.
Następnego dnia od rana Powiało Historią. Dotarliśmy do Paestum-Anticum (Fot. 3)czyli miasta założonego jeszcze przez Greków. Wpływ ich kultury widać wyraźnie na każdym kroku "parco archeologico". Charakterystyczne kolumnady i zwieńczenia mówią same za siebie. Z drugiej strony całość otoczona typowo rzymskim murem. Tu zjedliśmy pizzę: pierwszą tego lata, najtańszą i jedna z najlepszych.
Jedziemy dalej.... Santa Maria di Castellabate... Zaczyna się wybrzeże klifowe... Pisciotta... Zbliżamy się do Palinuro... Tu na kemping zjeżdzamy z klifu ok 300m w dół aż nad samo morze. Na końcu zjazdu już na kempingu słyszę puk... klap.... szzzz.. klap... puk.. puuuukk... To Tomek złapał gumę. Trudno, zdarza się.
Im dalej przemieszczamy się na południe, tym klimat staje się gorętszy, słońce mocniej praży. Ludzie są jednak do nas ciągle jednakowo przychylnie nastawieni. Co jest charakterystyczne dla Włoch, to postępująca na południe coraz mniejsza zamożność mieszkańców. Widoczne jest to zarówno w stanie dróg, markach i wieku samochodów, stanie zabudowań, jak również i stopniu rozwinięcia bazy turystycznej. W tym roku pierwszy raz trafiliśmy na kempingi-widma istniejące jedynie na mapie. W rzeczywistości nawet mieszkańcy o nich nie wiedzieli. Siłą rzeczy my również... Niejako dla równowagi, te istniejące odosobnione zdarzało się, że za nocleg liczyły sobie podwójną stawkę.
Koniec dygresji :-).
Jesteśmy przed Palinuro. Przed wyjazdem okazało się, że na wieczornym zjeździe na kemping, w czasie hamowania Tomkowi udało się skutecznie przegrzać dętkę. Wymieniamy na zapasową. Etap zaczynamy od morderczego podjazdu. Poprzedniego wieczora niepoatrznie zjechaliśmy na nadmorski kemping. Teraz musimy za to odpokutować. Przed nami 300m wzniesienia, jesteśmy na południowym stoku... Czuję jak powolutku zaczynam się wytapiać. Pot kapie mi z butów, okularów, łokci. Rower z bagażem bezwględnie chce wrócić nad morze. Temperatura przekracza granice przyzwoitości (>>45oC). W końcu wyrywamy się z morderczego tropiku naszej kempingowej zatoczki. To jednak nie koniec atrakcji na ten dzień.
Docieramy do Palinuro i - o zgrozo - ponownie zjeżdżamy nad samo morze. Po prostu nie ma innej drogi. Juz w miasteczku nagle słyszę znajome puk... klap.... szzzz... klap... puk... puuuukk... Stajemy (Fot. 4). Tomek złapał drugą (i nie ostatnią :-) ) gumę. Dziurkę było łatwo zlokalizować - morskiej wody mieliśmy wszak pod dostatkiem - jednak jej załatanie (tuż koło wentyla) jak się okazało nie było zadaniem banalnym. Zajęło nam to calutkie trzy godziny (sic!). Doszła do tego jeszcze moja badziewna pompka, za krótki wentyl do grubej obręczy... W końcu pełen sukces: koło napompowane, bagaże założone, ruszamy do portu. Z mapy wynikało, że są tu warte zobaczenia groty. Zostawiamy rowery pod opieką biletera i płyniemy na dwugodzinny rejs po klifowych grotach. (Fot. 5,Fot. 6). Warto było. Po powrocie, rowery zastaliśmy oczywiście tak jak je zostawiliśmy. Jak zazwyczaj sciągnęliśmy na siebie uwagę miejscowych, którzy tradycyjnie dopytywali się skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, podziwiali i życzyli buone viaggio. Miłe!
Tak więc etap zaczęliśmy dopiero teraz, czyli o 1830. O 1930 jesteśmy w Marina di Camerotta. Kemping jest, ale zgodnie z planem do końca dzisiejszego etapu zostaje nam jeszcze ok 20km do przejechania. Pełni otuchy, że klif się już skończył, decydujemy się machnąć jeszcze te brakujące pare kilometrów. Po godzinie jesteśmy wyżej (Fot. 7), po kolejnej jeszcze wyżej... i tu zatrzymujemy się zrobić zakupy na kolację. O 2110, w sklepie okazuje się, że przed nami jest jeszcze 9 km ciągłego podjazdu, czyli w dotychczasowym tempie ok 3h ostrego dymania pod górę. O 2340 zdobywamy przełęcz (1100mnpm).
Kilka minut po północy spowrotem jesteśmy nad morzem. W uszach jeszcze jakiś czas szumi wiatr szalonego 5 km zjazdu. Przy okazji stwierdziłem doswiadczalnie, że dynamo rowerowe dobrze pracuje do prędkosci 40km/h, a pali się już po minucie jazdy z predkością 50km/h. Pierwszy raz w życiu kończyłem zjazd goniąc za światłami samochodu (ok 50km/h). Nasze pojawienie się na kempingu i wiadomość, że właśnie przyjechaliśmy przez góry z Palinuro zrobiła niemałe wrażenie. Jesteśmy w Scario. Pomimo kamienistego podłoża, tego wieczora sen przyszedł natychmiast.
Przez kolejne dni przemierzamy niezwykle widokową trasę po wysokim i malowniczym klifie. Serpentyny wiją się całymi kilometrami w górę i w dół, przez kruciutkie tuneliki (Fot. 8) i przez nawet ponadkilometrowe tunele. Pomimo powziętego przed laty postanowienia, że nigdy więcej rowerem nie wjade do tunelu tym razem nie miałem najmniejszych obaw: wszystkie długie tunele były wzorowo oświetlone i miały szerokie pobocza.
Jak w kalejdoskopie zmieniają się kolejne mijane przez nas miasteczka: Praia a Mare, Diamante, Marina di Fuscaldo, Paola, Amantea, Gizzeria di Lido, Pizzo... STOP! To warto opisać. Godziny popołudniowe(ok 15). My oczywiscie głodni po całym dniu jazdy. Warto by zarządzić jakiś obiad. Kierowani wskaźnikami trafiamy na rynek. Setki stolików, knajpa przy knajpie ooo.... pasuje: jesteśmy w Pizzo (Fot. 9)
więc jak sama nazwa wskazuje zapewne tutaj coś zjemy! Niestety. O tak nieludzkiej porze do jedzenia mozna co najwyżej dostać podwójne lody. Na pytanie o coś konkretnego wszedzie słyszałem jednakową odpowiedź:
- "serdecznie zapraszamy wieczorem"
- "A teraz co?"
- "Tylko lody, napoje..."
Co bylo robic? Kilka zdjęć i głogni ruszamy dalej w drogę do najbliższego źródła żywności! Na szczęście w pobliskim Vibo di Valentia po dłuższych poszukiwaniach trafiliśmy na jedyny otwarty bar, pizzerię, pub... diabli wiedzą co. W każdym razie tam udało się nam przekonać obsługę, że do wieczora czekać nie będziemy i że stanowczo żądamy żywności! W drodze wyjątku, wzbudzając wśród personelu niepokój, po przeprowadzeniu tajemniczych pertraktacji na najwyższym szczeblu na linii bufetowa - kucharz dostaliśmy upragnioną pizzę z zimnym piwem. Smakowała wybornie. Repeta nie wymagała już dalszych pertraktacji i rokowań z personelem. Druga i trzecia pizza, kanapki i kolejne puszki z wilgocią pojawiały się już sprawnie na naszym stole.
W końcu nadeszła pora lokalnie przyjęta jako pora posiłku. Zapachniało żywnością, ale teraz to my już byliśmy napełnieni... :-).
Tropea(Fot. 10) - to miejsce naszego kolejnego noclegu na który doejchaliśmy późnym wieczorem. Z ciszy otulonej zmorkiem szosy dostaliśmy się do tętniącego życiem centrum miateczka. Tu zassało nas do pierwszego sklepu. Zanim się zorientowaliśmy, a już szybkostrzelny włoski sprzedawca zdążył nam sprzedać jakieś soki, sery i ogniste salami którego każdy plasterek wpiekał się w nasze wygłodniałe podniebienia i wgryzał w pamięć.
- "A gdzie kemping?" - pytamy tubylców.
- "Sempre diritto, sul mare" - padła krzepiąca odpowiedź. Rzeczywiście. Kemping był (Fot. 11), bardzo przytulny, choć nieco zbyt zatłoczony. Jego zaletą były: idealna cisza, zupełnie płaskie, ubite, piaszczyste podłoże i niewygórowana cena. Tu spotkaliśmy tajemnicze dwie rowewrzystki, które przyjechały po nas, a wyruszyły następnego dnia dłuuugo przed nami.
Jesteśmy coraz dalej na południu. Z każdym dniem zbliżamy się do Sycylii. Z każdym dniem robi się coraz cieplej. Miamy kolejne miejscowości. Nicotera, Taureana di Palmi, Bagnara....Koniec drogi na półwyspie. Jesteśmy w Villa san Giovanni. Teraz trzeba przedostać się na Sycylię. Tylko kiedy? Dziś wieczorem, czy jutro? Jedziemy dziś, w końcu nie jest tak późno, dopiero 1900! Kasa, bilety i ostatnim tego wieczora promem płyniemy na Sycylię. Wjeżdżamy razem z samochodami (Fot. 12). Dołem, przez otwarty dziób na prom wjeżdża pociąg. "Cumy rzuć!" i już pokład zaczyna kołysać, krajobraz przesuwa się i obraca... W połowie rejsu zrobiło się gorąco. Wyraźny powiew powietrza innego niż na półwyspie zwiastował temperaturę odmienną niż dotychczas. Po ok. 30 minutach wpływamy do portu w Messinie.
O 2230 temperatura spadła w końcu poniżej 35oC.
Kolejny dzień wstał wyjątkowo upalny. Temperatura szybko przekroczyła granice przyzwoitości. Na szczęście morska bryza nie pozwoliła nam całkowicie się wytopić. Wieczorem zrobiło się całkiem znośnie. Nawet zachciało się nam zwiedzać okolice (Fot. 13). Tak więc weszliśmy do kilku kościołów, obejrzeliśmy z zewnątrz ruiny zamku z którego rozciąga się fantastyczna panorama
(Fot. 14) na sycylijskie wybrzeże. Późnym wieczorem zza zakrętu wyłoniła się dymiąca Etna(Fot. 15). Jesteśmy w Taorminie. Tu informacja dla tych, którzy wybierali by się w nasze ślady. Kemping jest na wysokości miasta, ale na urwisku nad morzem. Miasto góruje wznosząć się ponad 300m nad okolicą. (Fot. 16) Wjechać do niego można kolejką linową znad morza.
Następnego dnia już wracamy. Po południu wsiadamy w pociąg i jedziemy kolejno do Messiny, promem do Villa San Giovanni. Tu długo szukamy noclegu. W nocy poznajemy nocne życie jakim w lecie tętnią ukryte nadmorskie miasteczka, zapomniane przez Boga i ludzi. Rano jedziemy do Reggio di Callabria - największego miasta w tej okolicy. Treściwe zakupy, ostatnie zdjęcia i siadamy w pociąg do Neapolu. Cały dzień spędzany w pociagu, szczegółowo przyominając sobie każdy niemal fragment odbytej do tej chwili podróży. Rozpoznajemy mijane miasteczka, wzgórza, tunele, kempingi, fragmenty wybrzeża... czasem poszczególne domy. Wszystko się jakoś kojarzy:"Oooooo!!... patrz to tu odpoczywaliśmy", albo "Szybko! Popatrz, po lewej był chyba ten zarośnięty kemping!"... Wysiadamy w Pompejach. Tu już jak na swoim terenie, w ciemno walimy na znajomy kemping na którym spędziliśmy pierwszą w tym roku noc na włoskiej ziemi.
Kolejny etap okazał się nadzwyczaj męczący. Przeprawa przez Neapol to był zdecydowanie nietrafiony pomysł. Kilka godzin przedzierania się w nieopisanym skwarze, wśród rozszalałych motorynek i kierowców opętanych manią szybkości, wśród niekończących się klaksonów dało by radę najtęższym zawodnikom. Nic dziwnego, ze kiedy koło 15 dotarliśmy w okolice dworca byliśmy brudni, głodni, spragnieni i wykończeni fizycznie i psychicznie. Godzinę spędziliśmy koło MacDonalda.
W końcu szybka decyzja: Trzeba się co prędzej wydostać z tego piekła! Dalej jedziemy więc pociągiem. Po dwóch godzinach wysiadamy zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej. Itri, Fondi. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, a jaka zmiana, jak tu cicho, spokojnie, po prostu... pięknie. W promieniach zachodzącego słońca oglądamy pogążony w ciszy zameczek i szczątki jego murów obronnych.(Fot. 17) Nocujemy w pobliskiej Terracinie na przestronnym kempingu. Po porannym neapolitańskim zgiełku, cisza wieczora aż dzwoni w uszach. Wieczorem idziemy jeszcze nad morze. Księżyc prezentuje się niezwykle urokliwie. Na szczęście zaden z nas nie jest wilkołakiem :-))(Fot. 18)
Wszystko co miłe, szybko biegnie ku końcowi. Z dużego planu trasy pozostał nam już tylko dojazd do Rzymu. Mimo, że do powrotu do Polski pozostały nam jednak jeszcze całe trzy dni obaj już czujemy, że nasza wakacyjna przygoda nieubłaganie zbliża się ku końcowi.
Okolica i krajobraz inne niż na południu. Nie ma gór wpadających bezpośrednio do morza. Także i słońce jest inne i nie piecze tak bezlitośnie. Okolica (Fot. 19) zrobiła się zdecydowanie równinna. Mijamy kolejne miasteczka: Sabaudia, Aciarella, Anzio, Nettuno. Robi się ciemno, a my ciągle jesteśmy w jakichś miasteczkach, mijamy NATOwskie bazy wojskowe, koszary, poligony. W końcu jest: kemping monstrum - Lido di Pina. Kilometry kwadrotowe powierzchni pod namioty, przyczepy, karavaning. Szerokie aleje, znaki drogowe, sektory... brakło tylko posterunków na granicach stref. Długo wybieramy zaciszne miejsce pozbawione wydmowych kolczatek W końcu sukces: znajdujemy odpowiednie miejsce. "Jest! Tu się rozbijamy!". Kolacja i spać. Niestety sen nie przychodzi. Wszystko nas swędzi, ciągle coś uwiera i przeszkadza, zupełnie jakbyśmy się przez miesiąc nie myli.
Przyczyna poznaliśmy o 3 nad ranem, gdy zmęczeni bezsennością zdecydowaliśmy się czegoś napić. W strumieniu światła z latarki zobaczyliśmy, że nasz namiot jest dosłownie oblepiony milionami mrówek. My nie pozmywaliśmy po kolacji, a one przyszły zabrać do mrowiska to co jeszcze z niej zostało w garnku. Mrówki były dosłonie wszędzie! Przez godzinę dzielnie walczyliśmy. W tym czasie wywaliśmy kilka m3 wody z pozbliskiego, na szczęście czynnego hydrantu z gumowym wężem. W końcu namiot był czysty, w końcu nic nas nie gryzło i w końcu poszliśmy spać.
Dziś to już ostatni etap. Droga dość monotonna, ruchliwa. Sporo zakrętów, teren pofałdowany. Po kilku godzinach wjeżdżamy do Rzymu. Tym razem, pierwszy raz od południa. Przemiarzamy dobrze już znane ulice i arterie. Mijamy znane w całym świecie monumenty. Wizyta na Placu Świętego Piotra (Fot. 20)oficjalnie kończy rowerową część
5 Wielkiej Wyprawy Rowerowej 2001. roku.
Do obejrzenia kilku zdjęć ze zwiedzania Wiecznego Miasta zapraszam na specjalnie temu poświęconą stronę.
Mała statystyka wyprawy
| Ilość dni | jazdy | 15 |
| łącznie | 21 |
| Etap | najkrótszy | 15 km |
| najdłuższy | 95 km |
| średnio | 75 km |
| łącznie | 1131 km |
| Prędkość | max | 72km/h |
| średnia | 17,9km/h |
| Czas jazdy | łączny | 63h10' |
| dzienny | 4h15' |
| Różnica wzniesień w jednym podjeździe | | 1200 m |
| Najwyższa temperatura | powyżej | 45oC |
| Złapane gumy | :-) | 7 |
| Spalone dynama | :-) | 1 |
| Straty inne | bezczelnie skradziony w Messinie nóż | 1 |
Autorzy zdjęć: uczestnicy wyprawy