Po roku przerwy, po roku przejeżdżonym w okolicach Warszawy, udało mi się skompletować ekipę na wyjazd rowerowy do Grecji. Pierwotny plan był bardziej ambitny i obejmował również przejazd przez Włochy do Rzymu... jednak życie bezlitośnie zweryfikowało ten zamiar. Ostatecznie przejechaliśmy trasę zaznaczoną na mapkach. Podobnie plan dojechania do Aten autobusem okazał się całkowicie bez sensu: wobec ceny biletu lotniczego niewiele przewyższającej cene autobusowego oplacało się po prostu polecieć samolotem.

Ostatecznie, 17 lipca 2003 o godzinie 19:00 wszyscy trzej czyli ja, Tomek i Łukasz pojawiliśmy się na Okęciu. Do naszego lotu do Aten zostały 3h i 20min. Przygotowania rowerów do podróży (Fot. 1) ograniczyły się do owinięcia ram folią z bąbelkami, odkręcenia pedałów, przekręcenia kierownicy i zmniejszenia ciśnienia w oponach (bezsensowny wymóg, ale kazali). Dla pewności odkręciłem również tarcze hamulcowe. Sakwy owinęliśmy gustowną szaro-burą taśmą do pakowania, oddaliśmy na bagaż i dosłownie uginając cię pod bagażem podręcznym (który powinien ważyć max 7kg he he... ) oraz wzbudzając wesołość stewardess wsiedliśmy w kaskach do samolotu i o 22:20 wystartowaliśmy. Narastający szum silników i przeciążenie wgniatające nas w oparcia foteli jednoznacznie dowodziły, że:

odwrotu już nie było...

Kolejna Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa zaczęła się na dobre.

    Przelot samolotem LOTu był całkowicie komfortowy. Po przylocie, czyli około godziny 01:20, odzyskaliśmy nasze bagaże i rowery. O całość tych ostatnich trochę się obawialiśmy. Jak się jednak okazało - doleciały z nami praktycznie bez żadnych dodatkowych usterek. Lekko odrapana goleń amortyzatora i urwany błotnik to i tak niezły bilans strat/zysków jeżeli odnieść to do 3 dób spędzonych w autobusie jako alternatywa przelotu. Przystosowaliśmy się więc do jazdy, umyliśmy i przespaliśmy chwilę jak kto mógł (ja na taśmociągu do walizek, Tomek i Łukasz na ławkach) po czym wyjechaliśmy na zewnątrz... to znaczy wjechaliśmy do pieca. O 4 nad ranem powietrze miało bowiem około 30oC. "No to ładnie!" pomyślałem i pojechaliśmy do Aten.
    Pierwszą ciekawostką jest wyjazd z lotniska. Otóż jedyną drogą na i z lotniska jest autostrada. Nie wiele myśląc poturlaliśmy się nią podążając za wskaźnikami do miasta. Po około 15 km jazdy zostaliśmy schwytani na bramkach i odeskortowani do pierwszego wyjazdu. Jak się okazało, był to odjazd na Peanię/Spatę a więc idealnie na naszej trasie. Właśnie tu chcieliśmy skręcić do miasta. Jeszcze kilkanaście kilometrów jazdy po zaczęliśmy wjeżdżać do Aten. Zaczęliśmy, gdyż najpierw trzeba było pokonać gęstniejący ruch na przedmieściach, potem objechać przebudowywane i rozbudowywane ulice, budowane wiadukty... Późniejszy przejazd przez miasto był delikatnie mówiąc dość trudny, a to głównie z uwagi na zatloczone ponad wszelką miarę centrum miasta (Fot. 2). Jazda po Rzymie czy Bracelonie w ubiegłych latach była jedynie przedsmakiem intensywności ateńskiego ruchu, który jest swoistym połączeniem południowego temperamentu i arabskiego chaosu. Później, jadąc przez Grecję jeszcze wiele razy słyszeliśmy od samych Greków wyrazy zaskoczenia i niedowierzania że udało nam się cało przejechać rowerami przez Ateny. Może to codzienny warszawski rowerowy survival tak dobrze przystosował nas do ateńskich utrudnień?
    Na zwiedzaniu Aten, któremu tradycyjnie już poświęciłem osobną stronę zszedł nam cały pierwszy, wyjątkowo wcześnie zaczęty dzień. Pomimo że niezwykle interesujący, to kondycyjnie był to bardzo ciężki dzień. Z jednej strony złożyły się na to interesujące zabytki, a z drugiej nieprzespana noc, przejechane rano wzgórza i koszmarny upał. Co do upału, to tylko nam się wydawało, że był koszmarny. Jak się to dopiero miało okazać, jeszcze nie raz po drodze miało być nam znacznie cieplej. Tego dnia wydaliśmy też znaczną ilość gotówki. Każde wejście na teren do zwiedzania kosztuje 6 euro. Bardzo opłaca się wyrobić sobie kartę ISIC, albo Euro<26. Obydwie dają bardzo istotne zniżki, lub wręcz pozwalają na zwiedzanie za darmo. Czasem tylko trzeba się wykłócić o swoje . Jeszcze tego samego dnia zgodnie z pierwotnym planem zdecydowaliśmy się wyjechać z miasta w kierunku naszego pierwszego etapu podróży. Wyjazd z Aten nie należał jednak do łatwych. Wydostanie się z centrum miasta było wyzwaniem w sam raz dla nas. Niestety, cały dzień dawał się nam we znaki nasz bagaż: od przylotu ciągle jeszcze źle rozłożony w sakwach. Momentami było tragicznie: bagażniki się uginały, na nierównościach wszystko chodziło na boki... W zasadzie nie rozumiem dlaczego nie przepakowaliśmy się zaraz na miejscu. Wystarczyło przeciez tylko cięższe rzeczy przełożyć na dół sakiew i jechało by się normalnie. Cóż, myślę że to było zwykłe zmęczenie, zsumowane z nowym miejscem, z pustym żołądkiem, upałem... Następnym razem będzie na pewno lepiej )
    Wieczorem dotarliśmy więc do położonej (a może położonego?) na zachód od Aten Dafni. Tu spędziliśmy pierwszą noc na ziemi starożytnych Greków. Kemping znajduje się po prawej stronie trasy wylotowej pod koniec łagodnego podjazdu przed zakrętem. Niedrogi, bardzo dobrze utrzymany. Twarda ziemia. Kolejny kemping, zaznaczony na mapie parę kilometrów dalej nie istnieje, tak więc jeżeli się gdzieś zatrzymać, to trzeba właśnie tu.

    Dobrze przespana noc przywróciłna nam nadwątlone poprzedniego dnia siły, optymizm i chęć dalszego poznawania Grecji. Z samego rana każdy przepakował swój bagaż tak, żeby maksymalnie obniżyc położenie środka ciężkości. Poskutkowało. Od tego czasu nasze rowery zachowywały się jak dobrze serwisowane czołgi ). Nieopodal kempingu trafiliśmy na wielki market Auchan. Zaopatrzyliśmy się w nim w niezbędne rzeczy jak: wodę do picia, konserwy, chleb, koszyki na bidon (Fot. 3), dżem, dętkę i kilka innych mniej lub bardziej potrzebnych w podróży drobiazgów jak spawarkę, przetykaczkę do zlewu, półkę na książki, palmę w doniczce i walec do trawy ). A na poważnie, to zeszło się nam przy markecie aż do godziny 16! Czemu? Tak jakoś ). Może była to jeszcze spóźniona aklimatyzacja?
    Tak więc zgodnie z zaplanowaną trasą pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Zaczęło się od około 20 km przejazdu po autostradzie. No... może w tym miejscu jeszcze niezupełnie była to autostrada, a raczej czteropasmowa droga szybkiego ruchu prowadząca do Patry i obciążona jak sobie to tylko można wyobrazić. Na wysokości Aspropirgos zatrzymała nas pierwsza i tak naprawdę to jedyna poważniejsza awaria tej wyprawy. Okazało się, że bagażnik Łukasza zaczął się opuszczać pod naporem bagażu. Około dwugodzinny postój przy sklepie z wszelakiej maści śrubkami skutecznie rozwiązał problem. Pojechaliśmy więc dalej. Tuż przed Elsefiną zjechaliśmy z autostrady i zaczęła się droga wręcz wymarzona dla rowerów.
    Ciekawostką tej okolicy są liczne rafinerie. Przejechaliśmy pomiędzy nimi. Wrażenie paskudne: po bokach drogi ogrodzenie z drutu kolczastego albo 3m mur betonowy, do tego wszechobecny mdły odór rozgrzanej i parującej ropy naftowej unoszący się z dziesiątków gigantycznych (150m średnicy i ok 50m wysokości) zbiorników. Tak.. to nieszczególne wspomnienia odcinka. Minęliśmy Megarę (Fot. 4)i skierowaliśmy się na Korynt. Stara droga, którą wybraliśmy okazała się być jakby dla nas zbudowana. Niewielki ruch, dobra nawierzchnia no i piękne widoki rozciągające się z klifu po którym jechaliśmy na lazurowe morze... Jak się okazało wieczorem, oznaczenia w atlasie ponownie nie pokrywały się z rzeczywistością. Tym razem zanocowaliśmy dopiero w Agios Theodori gdzie tuż obok siebie znajdują się dwa niedrogie i dobrze utrzymane kempingi. Plaży nie było tam prawie żadnej, ale nastrojowa zatoczka, szumiące morze, ciepła woda i nadciągająca noc skutecznie nas tam zatrzymały. Tej nocy złapała nas grecka burza. Coś nieprawdopodobnego! ) Błysnęło się trzy razy i przez około 10 minut kropiło coś ciepłego... może to jeszcze ta parująca z rafinerii ropa? ) W każdym razie po chwili znowu było ciepło. Zrobiło się jednak bardzo duszno. Poszliśmy spać.

    Od rana oczywiście pełny upał. W nocy wilgotność była tak wysoka, że rano nasz namiot był cały mokry. Wystarczyło jednak, że słońce na chwilę zajrzało tam gdzie się rozłożyliśmy i wszystko wyschło w jednej chwili: i pranie i namiot. Koło południa wyruszyliśmy na trasę (Fot. 5). Po około 14 kilometrach byliśmy w Koryncie.
    W sumie znaleźliśmy się tam dość niespodziewanie. Tak naprawdę to dopiero się rozruszaliśmy, pokonaliśmy jakieś niewielkie wzniesienia, dwa wiadukty i nagle - ku memu zaskoczeniu - stwierdziłem, że właśnie przejechałem nad kanałem! Niesamowite! Wyobrażałem sobie, że ten kanał jest duuuużo większy i głębszy, a tu siup! i prawie go przegapiłem (Fot. 6). Oczywiście zrobiliśmy tu dłuższy postój. Pamiątkowe zdjęcia, jakieś pocztówki... Tomek zastanawiał się czy nie skoczyć na bungee z mostu do kanału... ostatecznie nie skoczył ).
    W przewodniku opisana była jeszcze jedna atrakcja tej okolicy: most zwodzony przy wschodnim wejściu do kanału charakterystyczny tym, że na czas kiedy do kanału wpływa statek aby go przepuścić most ten nie podnosi się lecz opuszcza na linach pod wodę. Trzeba to było koniecznie zobaczyć. I faktycznie: kiedy podjechaliśmy - mostu nie było. Przepłynęło kilka stateczków, kutrów i żaglówek po czym most poszedł w górę! (Fot.75) Po obejrzeniu tylu atrakcji trzeba się było posilić. Kiedy już coś przekąsiliśmy zrobiła się godzina 17. Przed nami pozostawała nietknięta wciąż jeszcze na dziś zaplanowana trasa do Myken. Co było robić? Pojechaliśmy.

    Praktycznie zaraz za Koryntem zaczęła się autostrada. Nie jakoś szczególnie: ot po prostu droga zakręciła, pojawiło się skrzyżowanie z drogowskazami: Korynt - Ateny - Patra - Argos, a za nim już znak autostrady. I nie ma zmiłuj! Nasza boczna droga oznaczona na mapie, w tym miejsu po prostu już nie istniała! Tak więc pojechaliśmy autostradą. Po kilku kilometrach zapytaliśmy zmieniającego koło kierowcę gdzie tu jest pierwszy zjazd i gdzie my tak naprawdę jesteśmy? Okazało się, że najbliższy zjazd jest za około 40km. Faktycznie, mijane miasteczka miały tylko wjazdy na autostradę. Wyjazdów brak. Nie wiele się więc zastanawiając wyjechaliśmy z tego badziewia pod prąd, wjazdem z Solomos. Jak się okazało, miał to być nasz pierwszy wieczorno-nocny etap. Pierwsze w tym roku góry widziane w świetle księżyca, pierwsza cisza i namacalny wręcz zapach ciemności rozpraszanej jedynie rowerowymi lampkami...     Momentami tylko szum opon rowerowych przecinał otulającą nas zewsząd noc. Droga rozświetlona blaskiem księżyca była nawet bardziej malownicza niż za dnia. Nieprzeniknione cienie kładące się na zboczach gór tylko dodawały tajemniczości mijanej okolicy. Ponad dziesięć razy nasza droga krzyżowała się z linią kolejową. W końcu, około pierwszej nad ranem dotarliśmy do Myken. Tuż przy wjeździe do miasteczka stała wielka, jasno oświetlona knajpa w której odbywało się greckie wesele. Jeśli ktoś nie był na filmie Moje wielkie greckie wesele to zachęcam do obejrzenia... dobrze oddaje nastrój tam wówczas panujący. Jakiś czas popatrzyliśmy na bawiących się weselników, posłuchaliśmy grającej im muzyki... Trzeba się było jednak gdzieś trochę przespać. Przecież jutro także czekał nas cały dzień jazdy!
    Jak się okazało znalezienie kempingu w Mykenach pomimo, że na mapie były zaznaczone aż dwa nie było rzeczą prostą. Pierwszy na który natrafiliśmy położony był w centrum miasteczka po prawej stronie drogi. Niestety był zamknięty i wyglądał na pusty. Jak się okazało rano tylko wyglądał. SWoją drogą interesujący pomysł żeby na noc na głucho zamykać kemping wypełniony ludźmi! Jednak drugiego - za nic nie mogliśmy znaleźć: jedni mówili nam, że jest koło knajpy inni, że w górze miasteczka. No i przez godzinę jeździliśmy tak w tą i spowrotem odsyłani od Annasza do Kajfasza. Pod koniec zajrzeliśmy dosłownie w każdą boczną uliczkę, niemal na każde podwórko. No i okazało się, że kemping rzeczywiście był, trochę niewidoczny, ale za to TUŻ OBOK TEJ WIELKIEJ KANJPY weselnej z której obsługa kierowała nas w górę miasteczka, na drugą jego stronę!! Po rozstawieniu namiotu i spłukaniu z siebie całodziennego pyłu podróży zmęczeni ale szczęśliwi zapadliśmy w głęboki i mocny sen.

    Rano obudził nas silny wiatr. Jak się potem okazało, miał on nam towarzyszyć cały ten i jeszcze następny dzień. Suchy, silny i gorący. Wysuszał wszystko na swej drodze i sypał nam do jedzenia piachem, pyłem z liśćmi, gasił palnik, demolował namiot i wywiewał z niego co lżejszsze bagaże. Podłoże na kempingu było na dodatek tak twarde, że nie udało się nam wbić w nie żadnego śledzia. Namiot tym bardziej powiewał więc i wydymał się jak żagiel w czasie sztormu. Na dodatek, kiedy się już pakowaliśmy, przyszli złośliwi sprzątacze i zaczęli wokół nas zamiatać liście z ziemi. Akurat koło nas! Pylili przy tym niemiłosiernie. Zwinęliśmy się więc jak się tylko dało najszybciej, odczytaliśmy temperaturę na termometrze w recepcji: zaledwie 41oC w cieniu, kupiliśmy zapas 12 litrów wody, 2 bochenki chleba, jakieś puszki, dżemy, masło i pojechaliśmy oglądać starożytne Mykeny. Przed zwiedzaniem czekał nas jednak wykańczający podjazd (Fot. 8): jeden z tych usytuowanych na południowym stoku, pokonywanych bez jednego metra cienia i dodatowo zupełnie bezwietrznych bo osłoniętych przez okoliczne wzgórza. Dopiero same położone na szczycie góry ruiny antycznych Myken wystawione były na poznany już rano wiatr.
    Podobnie jak poprzedniego dnia tak i dziś na trasę etapu wyruszyliśmy dopiero po godzinie 15. Początek udało nam się szybko pokonać i w niedługim czasie znaleźliśmy się w Argos. Tu zrobiliśmy uzupełniające zakupy i z braku czasu omijając ponoć zabytkowe i piękne Nafplio dotarliśmy do Lerny. Tu nastąpiły: dłuższy postój, konsumpcja kolejnego gigantycznego arbuza i drzemka na stacji. Poczuliśmy się trochę jak nocujący na dworcu kloszardzi . Nikt nas jednak nie zaczepiał. Nawet koczujący obok cyganie od których kupiliśmy dopiero co zjedzonego arbuza. Zrobiło się późno. Koło godziny 19 postanowiliśmy jednak dojechać dziś do Tripolis. Do pokonania pozostało tylko 60 km.... po górach. Pojechaliśmy. Na pierwszą osadę ludzką Agiorgitika - trafiliśmy dopiero po 40km.
    Ciężki to był etap. Naprawdę myśleliśmy, że nam to znacznie szybciej pójdzie. Z poziomu morza pracowicie wyjechaliśmy na przełęcz 1590 mnpm tylko po to, aby za chwilę z prędkością światła zjechać do położonego na około 600 mnpm Tripolis. Tu jednak okazało się, że nasz atlas znowu kłamie i żadnego kempingu tu nie ma. Łukasz kondycyjnie wykipiał i o 2 nad ranem już tylko mechanicznie przemieszczał się za nami. O braku entuzjazmu nawet nie będę wspominał he he... Na szczęście w samym mieście, w centrum znaleźliśmy tani hotelik gdzie za 50 Euro mieliśmy pokój na trzech. Mieliśmy tam wszystko: łazienkę, normalne łóżka, klimatyzację, prąd... Błyskawicznie zasnęliśmy kamiennym snem sprawiedliwych.

    Wstał kolejny dzień naszej włóczęgi. Zaraz po przebudzeniu, kiedy reszta wyprawy jeszcze mocno spała wyszedłem na balkon. Poczułem się jakbym na chwilę wskoczył do pieca hutniczego. Taaaak... to był upał, który na najbliższe dwa tygodnie miał się dla nas stać normą. W takich warunkach w Polsce od dawna panowała by już medialna apokalipsa. Ubrałem się więc i poszedłem po zakupy do pobliskiego sklepu. Poczułem się trochę jak jeden z Greków, robiąc wraz z nimi zwyczajne poranne zakupy. Po powrocie zaobaczyłem, że ekipa już wstała. Zjedliśmy więc solidne włóczęgowe śniadanie i jako, że pokój trzeba było szybko zwolnić sprawnie się zebraliśmy. Opuszczając hotel naszymi bagażami szczelnie wypełniliśmy całą hotelową windę (Fot. 9). Po wyjściu z hotelu trzeba było zrobić zakupy na cały dzień. Obejrzeliśmy też kościół stojący przy centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też sklep rowerowy. Jednak żadnych sukcesów tam nie odnotowaliśmy, gdyż ani lusterka ani opony ani lampki na przód dla Łukasza nie udało się nam kupić. Przeczytana w przewodnikach turystycznych opinia, że Tripolis to współczesne, nudne i pozbawione zabytków miasto potwierdziła się całkowicie. Wyruszyliśmy więc na trasę. To był długi i dość monotonny dzień. Praktycznie cały czas jechaliśmy po niewielkich choć jednocześnie bardzo malowniczych wzniesieniach po 100-300m. W połowie etapu dały mi o sobie znać zjedzone rano z mlekiem ośmiorniczki ) Dalej jechało mi się duużo lżej ). Pod koniec dnia pojawił się przed nami największy podjazd uwieńczony dłuuugim i bardzo szybkim zjazdem. Po zjeżdzie zatrzymaliśmy się dopiero na pierwszym skrzyżowaniu Sparty. Chłopakom na tym zjeździe normalnie odbijało. Na wzór dwukołowych dawców narządów ścigali się z samochodami. Przed wjazdem do miasta kolejne - trzecie tego dnia - zakupy, posiłek i jazda na kemping! Namiot rozkładaliśmy już po zmroku. Kemping był naprawdę spory, bardzo czysty, dobrze utrzymany, niedrogi i z basenem Żyć nie umierać! Już wiedzieliśmy co będziemy robić rano )


B A S E N !

Z tym postanowieniem zapadliśmy w mocny sen.

    Rano kolejny dzień tym razem bardziej upalny od poprzedniego. Taaak... w Polsce ogłoszono by już dawno stan klęski żywiołowej. Jako, że poprzedniego dnia kupiliśmy proszek do prania upraliśmy co się tylko dało. Proszek do prania na obozie rowerowym stanowi luksus związany z konicznością wiezienia przez kogoś około 1kg nadmiarowej substancji. Całe pranie wysychało około pół godziny Poszliśmy się więc wypluskać w basenie. Kiedy minęło południe z uśmiechami na twarzach, odświżeni i wyprani zwinęliśmy namiot i pojechliśmy zwiedzać Mistrę - największy zamek obronny w Grecji. Recepcjonista na kempingu powiedział nam tak:
- "chcecie jechać do Kalamaty? OK, pojedziecie w górę do Mistry, potem parę kilometrów w górę do Pikulianiki, no a potem dopiero pojedziecie w górę do Kalamaty".
- "No doooobra! Chyba jednak trochę przesadzał z tymi górami! To nie może być aż tak wysoko!"

    Faktycznie, tak wysoko nie było: było jeszcze wyżej! Ze Sparty do Mistry jechaliśmy coś koło półtorej godziny. Podjazd naprawdę solidny, a przynajmniej jeszcze wtedy tak się nam wydawało. Po wyzwiedzaniu wszystkiego co się dało, pojechaliśmy dalej. Jak się okazało mapa znowu nie pokrywała się z rzeczywistością. Tym razem nie zgadzał się przebieg drogi, choć długość etapu zgodziła się niemal do kilometra. Tym razem, dla odmiany przebieg drogi był całkowicie różny od rzeczywistego i zamiast około 8 kilometrów pod górę, drapaliśmy się przez ponad 50km. Zasadniczy podjazd o którym rano wspominał nam recepcjonista zaczął się praktycznie natychmast po opuszczeniu Mistry. Zaprzątnął naszą uwagę na cały wieczór i połowę nocy.     Rozpoczęliśmy więc walkę z podjazdem. Pierwsze 10km poszło w miarę szybko: nachylenie nie było jakieś zabójcze, było jeszcze jasno, a upał nie dawał się nam we znaki, gdyż słońce zaszło już za otaczające nas szczyty. Niestety, wkrótce przyszły większe nachylenia i jazda po górskich serpentynach (Fot. 10). Jechaliśmy wzdłuż rzeki, ciągle jeszcze łudząc się, że może droga nie pójdzie na najwyższe z otaczających nas szczytów, że przecież musi istnieć jakiś przesmyk którym przejedziemy na drugą stronę pasma górskiego. Niestety, każdy kolejny zakręt coraz bardziej rozwiewał nasze złudzenia. Po raz kolejny góry z kamiennym spokojem udowadniały nam, że tego dnia prędko się spać nie położymy.
    Zapadł zmrok. Zrobiło się chłodniej... Mijające nas co kilkadziesiąt minut samochody miały już włączone światła. Niebo ciemniało coraz bardziej. Nie widzieliśmy już ani początku naszej drogi, ani jej celu... Nasza panorama zacieśniała sięcoraz bardziej. Z początku widzieliśmy równiny z których tu przyjechaliśmy, po jakimś czasie już tylko otaczające nas góry... Po kolejnych kilkudziesięciu minutach na niebie rozbłysły gwiazdy, a my zostaliśmy sam na sam z asfaltową drogą i szczelnie nas otulającym całunem ciemności. Jedynym dźwiękiem jaki do nas docierał było powolne chrzęszczenie dobrze nasmarowanych, lecz bardzo obciążonych łańcuchów rowerowch i monotonny szelest opon rowerowych toczących się po asfalcie (Fot. 11).
    Dochodziła północ. Nasza droga od kilku godzin nieprzerwanie pięła się w górę... Czasem, gdzieś daleko zakrzyczał echem jakiś zbudzony nagle ptak. Budziło się nocne życie... a my niestrudzenie nawijaliśmy na koła kolejne nocne kilometry. W pewnym momencie zobaczyliśmy niewyraźny kontur drogowskazu (Fot. 12). Po chwili zajaśniał upiornym światłem naszych lampek... Gdzieś w okolicy było chyba jakieś centrum wspinaczkowe, opodal był jakiś bardzo kamienisty parking. Niestety nic poza tym. W pewnym momencie obok nas zatrzymał się jadący półciężarówką Grek. Zapytał gdzie jedziemy, chciał nas podwieźć na przełęcz... powiedział, że zostało nam jeszcze około 12 kilometrów... Podziękowaliśmy za informację i raźnej depnęliśmy na pedały. Nie na długo jednak... po chwili masze tempo wróciło do dotychczasowej normy ustalonej przez dotychczasowe godziny jazdy. Po kolejnych dwóch godzinach okazało się, że owe 12 kilometrów było bardzo optymistycznym szacunkiem...
    Kolejny odpoczynek, bladym światłem zajaśniał księżyc. Dopiero wtedy zobaczyliśmy mroczny kontur otaczających nas masywów i niewyraźny zarys już przebytej drogi. Niestety, końca trasy ciągle nie było widać... W pewnym momencie gdzieś w oddali błysnęły światła samochodu:
- "zaraz zaraz... to jest na sąsiedniej górze... to pewnie jakieś skrzyżowanie zaraz będzie, może jakiś drogowskaz".
    Postanowiliśmy coś zjeść (Fot. 13) i trochę odpocząć. Posiłek trwał kilkanaście minut, a my ciągle podświadomie nasłuchiwaliśmy samochodu który dopiero co błysnął nam w odali... Po pół godzinie usłyszeliśmy charakterrystyczny wysoki ton hamującego silnikiem samochodu... To nas prawie kompletnie załamało. Oznaczało to, że przed nami są kolejne liczne i dłuugie kilometry podjazdu. Co było robić? Ruszyliśmy i dalej ciągneliśmy w górę.
- 00:00
- 01:00
- 01:30
    Zerwał się wiatr. Niebo bezchmurne i pełne gwiazd. Jedziemy dalej, podjazd wyraźnie złagodniał... ale ten wiatr... zimny... bardzo zimny... koszmarnie zimny... Niestety ostatnie puszki pożarliśmy już parę godzin temu, a przed chwilą podzieliliśmy się ostatną butelką wody... Pomimo ciągłego wysiłku jest nam zzzzziiiiimnoo.... Nikt jednak nie chce sie zatrzymywać.....

Nareszcie płasko!!

    Jest skrzyżowanie! Niestety - żadnego drogowskazu... Na poboczu stoi ceglana buda bez okien, ławka w środku... Stajemy! Trzeba się zastanowić gdzie dalej jechać: po lewej jaśnieje jakieś miasteczko... wygląda kusząco: droga idzie ostro w dół, ale główna (nasza) dalej pnie się w górę. Może ktoś będzie przejeżdżał: czekamy. Wchodzimy do budki... i zostajemy zaatakowani przez nietoperze. Po chwili my jesteśmy głównymi mieszkańcami ceglanej budki bez okien. Dalej jest zimno... Wyjmujemy jakieś cieplejsze okrycia... (Fot. 14). Wygrzebujemy z czeluści sakw jakieś batony na czarną godzinę. Pochłaniamy je skwapliwie. Nikt się nie pojawia... Patrzymy w gwiazdy...i podejmujemy decyzję: jedziemy w górę. Jeszcze kilkaset metrów i pojawia się zjazd...Chwila wahania... zjeżdżamy!
- 02:00
- 02:30

    Zjechaliśmy kilka kilometrów, niestety tylko po to by następnie pracowicie jeszcze raz wyjechać na dopiero co, przed chwilą zdobyty poziom ceglanej budkiByliśmy jednak już o kilka kilometrów dalej. Na dnie dopiero co przebytej rozległej kotliny w niebezpiecznej bliskości usłyszeliśmy wyjące wilki... To nam dodało sił... i podjazd pokonaliśmy więcej niż sprawnie. Była to jednak kondycyjna masakra!
    Ostatecznie, kiedy ujrzeliśmy światła mety naszego dzisiejszego etapu - Kalamaty - stało się oczywiste, że góry się właśnie skończyły i teraz pozostało nam jedynie zjechać przeszło półtora tysiąca metrów w dół. W oddali, na horyzoncie widzieliśmy światła statków stojących na redzie. Zjazd zajął nam kolejne dwie godziny. Średnia z samej jazdy była zabójcza, lecz zmęczenie solidnie dawało się nam już we znaki i częste postoje stały się koniecznością. Upał dnia poprzedniego, dziesiątki kilometrów przejechane pod górę, nieprzespana kolejna noc, znaczne wychłodzenie na przełęczy i pusty żołądek w połączeniu ze znacznym wysiłkiem sprawiły, że momentami przysypialiśmy na rowerach. Nad morzem znowu zrobiło się cieplutko i po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy jakiś kemping. Nawiasem mówiąc pomimo, że naprawdę drogi to o najniższym standardzie pośród odwiedzonych w tym roku. Gangrenowate, śmierdzące prysznice, syfiaste sanitariaty i nierówne podłoże nie zostawiły w nas dobrych wspomnień. Na domiar złego w nocy pękł mi materac... co tego poranka jeszcze bardziej mnie dobiło. Dopiero koło 6 nad ranem poddałem się. Położyłem się i zrezygnowany natychmiast zasnąłem na sflaczałym materacu.

    Tego dnia zarządziliśmy sobie urlop.
- Dzisiejsze góry przejedziemy pociągiem! - tak brzmiał zgodny werdykt.
   O godzinie 10:40 mieliśmy pociąg do Pirgos. Zwinąwszy więc sprawnie nasz namiot, skwapliwie podążyliśmy na stację. Po drodze w mieście nieco się jednak zagubiliśmy. Przygodny kierowca zapytany o drogę na dworzec zamiast nam tłumaczyć co, jak, gdzie, kiedy i dlaczego - po prostu wsiadł do samochodu i zaprowadził nas na dworzec. To było naprawdę miłe i okazało się bardzo przydatne! Na stacji zjawiliśmy bowiem chwilę przed odjazdem naszego pociągu. Jednak uczynny kasjer specjalnie dla nas pociąg zatrzymał, po czym spokojnie i bez najmniejszego pośpiechu sprzedał nam niezbędne bilety. Nasze rumaki zostały sprawnie umieszczone w przedziale bagażowym, a my w wagonie drugiej klasy (Fot. 15). Pociąg ruszył. Jak się okazało warunki w wagonie były po prostu tropikalne. Temperatura osiągała jakieś absurdalne poziomy wobec których 40C na zewnątrz wydawało się być po prostu chwilowo nieosiągalnym szczytem komfortu. Chwilami nie wiedzieliśmy już jak siedzieć na siedzeniach. Jako ciekawostkę warto dodać, że klasa I od II oprócz liczby i modelu foteli różni się również oknami: w klasie I otwierają się całkowicie, podczas gdy w klasie II można zrobić jedynie niewielką, około 10cm szparę.     Po kilku godzinach podróży wysiedliśmy w Pirgos. Co za ulga! To było coś! Uderzyliśmy prosto do marketu. Tu zakupy: nareszcie coś do picia. Potem konsumpcja przed sklepem i dalej w drogę! Udało mi się także kupić nowy meterac na którym wytargowałem cenę 10 Euro zamiast 20 . Tym razem naszym celem była Olimpia. Tutejszy kemping okazał się być wyjątkowo tani i przyzwoity. Na dodatek były tu aż dwa baseny: większy i mniejszy, a także bardzo dobrze utrzymany węzeł sanitarny. Uwagę zwracały gekony, które wieczorem biegały po ścianach natrysków. Rozbiliśmy namiot, a ja po królewsku wyspałem się na nowonabytym materacu.

    To, że dzień wstał upalny... to oczywiste. Rano zafundowaliśmy więc sobie kilkugodzinne pluskanie w basenie. R E W E L A C J A! Około południa odkryliśmy, że nasz kemping, to tak naprawdę jeden wielki gaj pomarańczowy. Co prawda od ostatniego zbioru pomarańczy nie upłynęło wiele czasu i owoców praktycznie już/jeszcze nie było, lecz na niektórych drzewach poza zasięgiem rąk wisiały jeszcze niewyżarte przez turystów pomarańcze. Niewiele myśląc z tyczki od namiotu zrobiłem wnyki na pomarańcze i po kilkunastu minutch strącania i zrywania, u naszych stóp leżało kilkanaście dorodnych okazów. Pomarańcze okazały się być wyborne. Nabrzmiałe sokiem, naturalnie dojrzałe, nieprawdopodobnie słodkie i wręcz gorące - bo rozpalone prawdziwym południowym słońcem smakowały cudownie! Po chwili w nasze ślady poszli i inni obecni na kempingu turyści
    Odpoczynek musi się jednak kiedyś skończyć. Tak i tym razem koło południa pojechaliśmy zwiedzić ruiny starożytnej Olimpii (Fot. 16). Wszędzie widać przygotowania do olimpiady 2004 roku. Nowe hotele, nowe punkty informacyjne, nowe knajpy w budowie... Wszystko na przyszły rok. Po kilkunastu minutach jazdy stanęliśmy u bramy parku archeologicznego starożytnej Olimpii. Tym razem ja zostałem na straży z rowerami. Podczas gdy Tomek z Łukaszem zwiedzali ruiny, mi udało się napisać kilka kartek pocztowych... Potem zmiana i Tomek jeszcze raz poszedł zwiedzać - tym razem ze mną. Lechaion, Stadion, Świątynia Zeusa, miejsce gdzie jest zapalany Ogień Olimpijski, dom Fidiasza, domy mieszczańskie i mnóstwo kolumn przewróconych jakimś dawnym i silnym trzęsieniem ziemi... Robię kilka pamiątkowych zdjęc. Jeszcze zakup pamiątkowych kart pocztowych i ruszamy do miasteczka. Tu postój i jako, że to była niedziela - z konieczności - uproszczone zakupy. Potem specjalność Greków - kawa lodowa z bitą śmietaną. Późnym popołudniem wyruszamy na właściwą, zaplanowaną na ten dzień trasę. Pirgos, Gastouni... i chwilę po północy - finisz: jesteśmy w Paralia. To małe i senne miasteczko jest położone na zboczu góry. Robimy kolejne zakupy, a ja przy pomocy kilku batonów doraźnie opanowuję kryzys energetyczny. Tomek zapytał o jakieś dobre lokalne wino. Właściciel specjalnie dla nas przyniósł więc z domu 5 litrową butlę wina własnego wyrobu... Ostatecznie kupujemy litr. W smaku okazało się być niecodzienne. Mocą... o procentach chwilowo nie wspominajmy... W każdym razie nie był to cienkusz Kemping okazał się być prawie pełny. Klasą wyraźnie na plus odstawał od swych poprzedników. Najwidoczniej nastawiony na niemieckich turystów. Przecież to było już bardzo blisko Patrasu - greckiego okna na świat! Prysznice prawie jak w domu: czyste, z lustrami, z ciepłą wodą, ogromne i z pełnym wyposażeniem. Pierwsza klasa! Jedynie gleba znowu była twarda i zwarta jak beton.

     Kolejny dzień i kolejna poranna plaża. Potem kąpiel w morzu i zwiajmy się do drogi. Po drodze widzimy wielkie pole pełne dojrzałych arbuzów... (Fot. 17) Hmmm.... jak by to powiedzieć... dobre były! Na ten dzień zaplanowaliśmy zwiedzanie Kastro - kolejnego zamku obronnego, który jak się potem okazało, z racji swej zwartości, niezwykłej siły obronnej i odporności nigdy nie został zdobyty. Aby jednak dojechać do zamku należało pokonać jeden upiorny podjazd. Kolejny bardzo stromy, kilkukilometrowy rozpalony słońcem i szczelnie przez góry zasłonięty przed jakimkolwiek wiatrem. Dużo sił nam pochłonął. W samym Kastro zanim jeszcze pojechaliśmy zwiedzać zamek zrobiliśmy sobie dłuższy postój w małej przydrożnej restauracyjce. Zamówiliśmy dwie pizze i ośmiornice. Ośmiornica niestety była mrożona, nieco zleżała i raczej bez smaku. Pizza zaś wyborna!
    Około godziny 18 tradycyjnie wyruszyliśmy na trasę. Już drugi dzień podążaliśmy trasą E55. To bardzo ruchliwa droga, wyjątkowo paskudna dla rowerzysty. Jakoś jednak przejechaliśmy. Odcinek był szybki ponieważ udało się nam utrzymać regularny schemat zmian prowadzącego. Każdy z nas na czele jechał kolejno po około 8 minut. Potem następowała zmiana, pierwszy spadeł na tył, drugi wychodził na prowadzenie i tempo trzymało się na niezmiennym poziomie 30-35 km/h. Jak na koniec etapu i jazdę z ciężkimi sakwami jest to niezły wynik. Kolejne kilometry szybko nawijały się na koła, a zmrok ogarnął nas równie szybko jak i dnia poprzedniego. Vardę - jedyne większe miasto w okolicy - ominęliśmy z boku dużym łukiem. Na horyzoncie widoczne były jedynie migoczące światła miasta. Nas jednak oświetlały tylko światła mijających samochodów. Przejeżdżaliśmy też przez stanowiące rezerwat przyrody tereny bagienne: pełne komarów i innego gryzącego i jadowitego stworzenia. Na wysokości Sageiki niespodziewanie zatrzymał nas ból zęba Łukasza. Sieknęło go tak, że dalsza jazda chwilowo wydawała się po prostu niemożliwa. Po dwóch końskich dawkach środka przeciwbólowego, które Tomek na szczęście zabrał ze sobą z Polski jakoś zmęczyliśmy jeszcze tych kilka brakujących kilometrów. Dotarliśmy więc do kempingu w Kato Ahaia. Jak się okazało skutecznym zabiegiem, który pomógł Łukaszowi było położenie na bolącym zębie watki nasączonej spirytusem. Z początku Łukasz prawie odpłynął z bólu... ale do końca wyjazdu z zębem był spokój. I całe szczęście!

    Rano okazało się, że z zębem rzeczywiście nie jest źle a przynajmniej już nie dokucza. Poszliśmy na plażę, lecz niestety z racji licznych glonów nawianych z morza musieliśmy zrezygnować z kąpieli. Trochę opalania, uświęcona tradycją IceCaffe w plażowej kafejce i pomknęliśmy w kierunku Patrasu. Ten odcinek postanowiliśmy nieco urozmaicić. Po pobieżnym obejrzeniu portu, stwierdziliśmy że ten dzień był zdecydowanie chłodniejszy od pozostałych (Fot. 18) . Sam Patras jest miastem żyjącym z transportu morskiego. Widać to w każdym miejscu. Tak więc przeczytana w przewodnikach opinia o braku zabytków do obejrzenia i niewielkiej wartości historycznej miasta potwierdziła się całkowicie. Wykorzystując również nadrobione ostatnio pociągiem kilometry dla odmiany dojechaliśmy do Rio skąd promem przeprawiliśmy się na drugi brzeg. W samym Rio (nawiasem mówiąc mieście mocno odpychającym, zimnym i całkowicie pozbawionym charakteru) naszym oczom ukazała się budowa ogromnego mostu wiszącego w poprzek całej zatoki Korynckiej. Ogromne zamierzenie! Wzdłuż budowanego mostu kursowały promy - w tym również i nasz. Piesi i rowerzyści płynęli za darmo (ale na szczęście nie wpław! ). Kemping znaleźliśmy po konsultacji z sympatuczną grecką policjantką. Jest on położony niedaleko za przystanią promową na drodze prowadzącej w kierunku Nafpaktos. To był kolejny pusty, dobry i świetnie położony kemping. Na miejscu byliśmy nieprzyzwoicie wcześnie - bo jeszcze za dnia. Kąpiel, prysznic i kolacja ugotowana na plaży, a w oddali błyskające kakofonią świateł pobliskie Rio i rozświetlający łuną horyzont odległy już Patras. Bliżej oświetlone pylony jeszcze w takcie budowy. I wszystko to migające jak gwiazdy, nieme, ciche, stłumione odległością i delikatnym szemraniem łagodnie falującego morza...

    Pomijając mrówki i gryzące nas komary spało się doskonale. Ranek wstał - co zadziwiające - rześki jak na greckie możliwości. Dzień zaczęliśmy od czynności gospodarczych: podstawowe zakupy w pobliskiej piekarni, pranie, śniadanie, serwis rumaków... Potem kąpiel w krystalicznie czystym i ciepłym morzu. Dzisiejsza kąpiel była jednak odmienna od dotychczasowych, a to z racji małych rybek, które każdą chwilę bezczynności pływającego natychmiast skrzętnie wykorzystwały do podgryzania go. Uczucie niezbyt przyjemne i na początku całkowicie zaskakujące. No i te kolczatki... Bez butów nie dało się po prostu wejść do wody by nie poranić stóp. Dopiero dalej od brzegu robiło się przyjemnie miękko... tylko co było wtedy zrobić z butami?!
    Po tak miłym poranku przyszedł czas na jeszcze milszą jazdę. Wyruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Aigos Nikolas do najbliższej na wschód od Nafpaktos przeprawy promowej. Cały dzień (lub raczej popołudnie) jazdy wzdłuż malowniczych zboczy i gór w głębi lądu. Pod wieczór dojechaliśmy do najładniejszego fragmentu tego etapu: do odległej zaledwie o kilkaset metrów od brzegu wyspy Trizonii. Bardzo urocza i nastrojowa wyspa, całkowicie zalesiona. Z daleka wyglądała jakby była porośnięta gęstą zieloną sierścią. Widać było wyraźnie trzy części wyspy od których zapewne pochodzi nazwa: jedną węższą, jedną wyraźnie wyższą i jedną znacznie szerszą i bardziej rozłożystą od pozostałych.
    Mijamy kolejne zatoczki, zakola. Obserwujemy wyraźne ślady po gwałtownej działalności rzek okresowych... Prawdopodobnie na wiosnę i na jesieni te całkowicie teraz wyschnięte i zakurzone rzeki bystro niosą w sobie znaczne ilości wody. Zbliża się zachód słońca... a my pracowicie pokonujemy kolejne wzniesienia. Słońce zwiesza się coraz niżej nad horyzontem, chwilami skrywając się już za górami (Fot. 19). Pod wieczór jesteśmy w Aigos Nicolas. Tu jednak okazuje się, że ostatni dziś prom odpłynął godzinę temu, a następny będzie dopiero rano.
- A kemping? - Nie ma tu żadnego kempingu! - usłyszeliśmy w knajpie w porcie - ale mamy tu pokoje gościnne.
    Posiedzieliśmy więc trochę nad brzegiem, zjedliśmy kolejne tego dnia lody, pogapiliśmy się tępo na mroczniejącą wodę i cóż... pojechalśmy na nieistniejący kemping. W sumie nie dziwię się, że frekwencję miał prawie żadną: antyreklama w porcie i ten podjazd! Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem! To nawet chwilowe nachylenie na pamiętnym podjeździe do Gualdo Tadino we Włoszech kilka lat temu wydawało się być zaledwie igraszką! W końcu jednak udało się! Wyczołgaliśmy się kolejno na szczyt: najpierw ja, potem Łukasz a na końcu zza zakrętu wyłonił się Tomek: sapiący jak parowóz, zlany potem jakby właśnie wyszedł z sauny ale i szczęśliwy, że podjęty trud jednak się opłacił! Kemping BYŁ! Nie był to jednak zwyczajny kemping: oprócz nas żyło tu mnóstwo różnych niecodziennych jak dla nas zwierząt: modliszki, dorodne pająki, wielkie ćmy, mrówki mutanty, a w krzakach tuż obok namiotu buszował wypasiony (może na pożartych turystach? brrr... ) szczur. Zjedliśmy szybko kolację, i poszliśmy spać. Rano o 8:30 odpływał przecież nasz jedyny prom do Egio!

    Tak jak było zaplanowane zdążyliśmy na prom. Tym razem trzeba było jednak zapłacić za przewóz coś koło 5 Euro. Tym razem rejs (Fot. 20) trwał jednak dobre 40 minut. Kiedy słońce wstało już na dobre, przybliliśmy do nabrzeża. Tu wysiadka i szybko do sklepu: rano nie zjedliśmy bowiem śniadania. Zgodnie ze sprawdzoną zasadą traperów poprzedniego dnia zjedliśmy wszystko co się tylko nadawało do spożycia i na rano zostały nam jedynie ostatnie krople wody mineralnej w butelkach i ćwierć małego bochenka chleba . Tak więc zrobiliśmy zakupy i na jednym z placów Egio zdecydowaliśmy się na dłuższy postój śniadaniowy. Tubylcy przyglądali się nam z nieskrywanym zainteresowaniem jak w zawrotnym tempie i w niewiarygodnych ilościach włanialiśmy to wszystko co udało się nam przed chwilą kupić. Potem krótka drzemka... i w drogę. Pierwotny plan zakładał w połowie dzisiejszego etapu wycieczkę kolejką do Kalavarity. Wyjątkowo oryginalny klasztor wbudowany w pionowe zbocze górskie na poziomie 1500 mnpm.
    Niestety, pomimo niewątpliwej atrakcyjności trasy, miejsca i okolicy okazało się, że kolejka została na to lato zamknięta do remontu. Cóż... widać nie tylko u nas są takie pomysły. Szkoda, bo rzecz jest podobno warta zobaczenia. Poza tym planowaliśmy na górę wyjechać kolejką, a w dól zjechać rowerami. Nie wyszło, no ale nic straconego... może jeszcze kiedyś realizując jakąś trasę po części kontynentalnej?
    W ciągu dnia udało mi się przez nieuwagę najechać na wyschniętą kolczatkę morską. Efekt murowany: ponadgodzinny postój i zabawa z wyciąganiem kolców z opony i pasjonującym łataniem dętki. Kolców było zaledwie 17! Dalsza trasa podobnie jak już to miało miejsce kilka razy w tym roku bezlitośnie zweryfikowała poprawność naszej mapy. Zaznaczonych kempingów... oczywiście nie było. Pomimo urokliwości wybrzeża, atrakcyjności okolicy, i krystalicznie czystego morza (w którym pod wieczór Łukasz nie wytrzymał i musiał się wykąpać) dojechaliśmy aż do Lechaionu leżącego tuż przed samym Koryntem. To kolejny dobrze utrzymany kemping spełniający w zasadzie wszystkie kryteria sanitarne. Wieczorem obowiązkowa kąpiel, kolacja i spać. Na następny dzień zaplanowaliśmy zwiedzanie starożytnego Koryntu, który z braku czasu pominęliśmy na początku wyprawy.

    Jako, że znowu nocowaliśmy nad morzem - nie omieszkaliśmy się rano wykąpać. Całkiem przyjemne to było zważywszy, że lokalną atrakcją były pływające w wodzie małe ośmiorniczki. Gryzące rybki również dały o sobie znać równie skutecznie jak poprzednio. Rano na kempingu spotkaliśmy kolejarza z Polski podróżującego z żoną po Europie. Bardzo sympatycznie się nam rozmawiało. Zabawna była konfrontacja naszej i ich skali odległości. Oni z racji jego zawodu jeździli kolejami (za darmo lub za jakąś symboliczną opłatą). My rowerami... To co nam zajęło tydzień oni obskoczyli jednego dnia ! Pożegnaliśmy się, życzyliśmy sobie udanych wakacji i pojechaliśmy zwiedzić Archea Korinthos. Najpierw tradycyjny (a jakże by inaczej!) dłuugi i silnie nasłoneczniony południowym słońcem podjazd. W miasteczku uzupełniamy płyny i za chwilę niemiłe zaskoczenie: wstęp na teren wykopalisk kosztuje kolejne 8 Euro. Wszedł więc tylko Łukasz ze swoją kartą ISIC. Po wykłóceniu się z bileterką w końcu mógł skorzystać z tego co mu się należało czyli z darmowego biletu. Ja z Tomkiem posiedziałem sobie oglądając to samo... zza siatki ogrodzenia (Fot. 21) .
    No i cóż... pętla się nam zamknęła. Po kilkunastu dniach jazdy dotarliśmy ponownie do Koryntu i stanęliśmy na moście nad słynnym kanałem. Pamiątkowe zdjęcie i dalej w drogę! Pomimo, że jechaliśmy tą drogą już po raz drugi, to jednak odkryliśmy, że wygląda ona zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Wiele miejsc wydawało się zajomych, ale wszystko było znowu nowe Może dlatego że jechaliśmy w drugą stronę? Po południu zatrzymaliśmy się - tak jak i za pierwszym razem - w Aigos Theodorios. Tyle, że teraz na drugim - konkurencyjnym - kempingu. To była trafna decyzja. W końcu choć raz wieczór spędziliśmy nie na siodełkach! . Kolacja na plaży, kuskus, uzo i tuńczyk z nutellą... to było to!

    Rozleniwieni perspektywą dobiegającej końca wyprawy, rano pozwoliliśmy sobie z Łukaszem nawet na grę w szachy i dla podniesienia morale szeregów na dwukrotną IceCaffe... Był remis Mankamentem naszego kempingu była paskudna, słona woda. Do picia był jeden specjalny kran z wodą z głębokiego odwiertu. Przy nalewaniu wody wydawał on jakieś przeraźliwe dźwięki przypominające lądujące awaryjnie UFO. Prysznice były jednak słone i trochę w nich capiło. Tak więc na trasę wydobyliśmy się dopiero po południu (Fot. 22). Ten fragment drogi wydawał się już wyraźnie znajomy. Minęliśmy więc klif przed Megarą i rozpoznaliśmy znajomo cuchnące rafinerie przed Elsefiną. Podobnie jak na początku wyprawy dwa tygodnie wcześniej na wysokości Elsefiny nasza trasa uległa gwałtownej przemianie. O ile poprzednio zjechaliśmy z wyjątkowo ruchliwej szosy na zaciszne nadmorskie szlaki, tak tym razem przeciwnie: wpadliśmy w koszmarny strumień rozpędzonych samochodów, gnających ciężarówek i opętanych manią prędkości popieprzonych motocyklistów. Na wysokości Aspropirgos początkowo planowaliśmy odbić na północ. Niestety przedostanie rowerami się na lewoskrętne pasy było teraz niepodobieństwem. Wogóle ten odcinek był zupełnie szalony i z racji gęstniejącego mroku dodatkowo jeszcze bardziej niebezpieczny.
    W końcu udało się nam zjechać w prawo odjazdem w Skaramangas. Tym samym nasze plany po raz kolejny uległy samoczynnej modyfikacji. Nasza nowa trasa wiodła teraz w kierunku Pireusu. Szeroka, dwupasmowa i praktycznie pusta! Prowadziła przez wygrodzone wysoką siatką z drutem kolczastym tereny wojskowe. Praktycznie to tylko taka przesieka była. Oczywiście na początku, dla rozgrzewki zaliczyliśmy 7km podjazd i 4km zjazd. Do portu trafiliśmy bez najmniejszych problemów. Ogromne promy stały zaparkowane prawie tak jak samochody na parkingu. Samych wodolotów Tomek naliczył kilkanaście. Największy prom (z reklamą VodaFone na burcie) był wysokości 10-12 piętrowego bydynku. Monstrum, kolos! W ładowniach trzy poziomy dla samochodów ciężarowych! W drugiej części portu stał pięknie oświetlony prom ucharakteryzowany na ogromny żaglowiec (Fot. 25) Piękny widok! No ale czas zaczynał nas już naglić. Całkowicie ciemno zrobiło się już ze dwie godziny temu jeszcze przed zjechaniem z drogi w Skaramangas. Postanowiłem skrócić drogę... no i wjechaliśmy w labirynt prostopadłych uliczek rozległej dzielnicy portowej. Po naprawdę długim błądzeniu wyjechaliśmy na właściwą drogę. Tyle, że ta właściwa droga była najmniej odpowiednim miejscem dla roweru, szczególnie w nocy! Okazało się, że to była tym razem prawdziwa autostrada miejska i na dodatek jeszcze w przebudowie. Liczne przejazdy, migające zapory, niedziałające latarnie, zamknięte wyjazdy, rozkopane pobocza, zawężone pasy... słowem rowerowy horror w najlepszym wydaniu! Na dodatek samochody jak to w Grecji - szalały! Trzeba jednak przynać, że nasza tam obecność była w pełni szanowana i respektowana: wszyscy kierowcy trzymali wzorowe odstępy, ale sama świadomość przewalających się tuż obok nas ton żelaza męczyła psychicznie.

    Nie daliśmy rady. Uciekliśmy do miasta pierwszym odjazdem, który nas tam wyrzucił. I tu nagle wjechaliśmy w całkiem inny świat: dzielnica mieszkalna, cisza spokój, kwiatki, ogródki, PUBy... Około północy zgłodnieliśmy niemiłosiernie. Łukasz zastrajkował i powiedział że bez posiłku dalej nie jedzie. No i wrócił do ostatnio widzianej pizzerii (Fot. 24). Tam nabył największą pizzę jaką mieli i przywiózł ją spowrotem. Dobrze zrobił, że się zbuntował! Pizza była trafiona: ogromna i pyszna. Jak się potem okazało do kempingu mieliśmy jeszcze tej nocy baaardzo daleko i bynajmiej nie był to jeszcze koniec mocnych wrażeń! Kolejne miasta, które mijaliśmy to Glifada, Voula,Vouliagmenti. Tu zaczęły się kolejne dłuuugie podjazdy. Czas biegł nieubłaganie... w pewnym momencie zobaczyliśmy policję i jeżdżące radiowizy... Policjant, którego zapytałem o najbliższy kemping powiedział że nie wie, ale ostrzegł nas przed niebzpieczeństwem na drodze... Jak się okazało chodziło mu o bezmózgów urządzających sobie wyścigi samochodowe wzdłuż morza... Droga była wyjątkowo malownicza, dosyć szeroka, oświetlona, wiła się na wysokim na kilka-kilkanaście metrów brzegu. Niestety takich matołów jak spotkaliśmy po drodze w samochodach nie sieją lecz sami się oni rodzą, kupują sobie do samochodów umc-umc-umc, przyciemniają szyby, barwią migacze na niebiesko, pakują niebieskie jarzeniówki pod samochód i duszą z silników jakieś koszmarne setki koni mechanicznych... Kilku przeleciało obok nas z prędkością znacznie przekraczającą 200 km/h. Na szczęście udało się nam nie zginąć pod ich kołami. Po przejechaniu kolejnych 10 kilometrów okazało się, że kemping był tuż obok miejsca gdzie pytałem się policjanta! Tak więc musieliśmy się jeszcze raz przejechać szosą razem z tymi wariatami i dotrzeć spowrotem na kemping do Varkizy. Wyjątkowo nieprzyjemny, drogi, źle utrzymany i z chamowatą obsługą. Podobnie jak pamiętnego kampingu z Kalamaty tak i tego gorąco nikomu go nie polecam. Obiektywnie patrząc, dobrze jednak że był, bo pora na nocleg była już najwyższa. Zasnęliśmy około 3 nad ranem przy wtórze samochodów szalejących na pobliskiej szosie.

    Zmordowani trudami dnia poprzedniego, lecz znów tradycyjnie pozbawieni surowców na śniadanie (sklepik na kempingu otwierali dopiero o 14! Skandal!) dosyć wcześnie wyruszyliśmy do miasta na zakupy. Niestety jaki był kemping na taki też trafiliśmy i sklep. Był prawie tak badziewny jak niemiecki PLUS - spotykany tu jak i gdzieniegdzie u nas. Totalny chaos i badziew: skarpety z dżemem i materace z jajkami. Syf! Kupiliśmy tam jednak prawie wszystko co chcieliśmy. Posiedzieliśmy trochę w kafejce nad morzem, po czym pojechaliśmy w dalszą drogę. Po chwili - jeszcze w miasteczku - z zamiarem dotarcia do wybrzeża po drugiej stronie półwyspu skręciliśmy na drogę do Koropi i Markopulo. Dzisiejszy nocleg planowaliśmy w Loutsie.
    Jazda w poprzek przez półwysep była dość monotonna: niewielkie wzgórza, nielichy upał i ogromny ruch samochodowy. Po kilku godzinach dotarliśmy do morza. Tu, co prawda znowu przez płot, obejrzeliśmy (Fot. 26) antyczne ruiny Braurony. Chwilę póżniej, na wysokości Vravrony na drodze na kemping stanęło nam jednak niewzruszenie pasmo górskie. Wynosiło się na około 300 metrów i zagradzało całą drogę na północ. Co było robić?! My po prostu musieliśmy przejechać także i te góry! Nie było by w tym nic złego, gdyby nie nawarstaiwjące się od dwóch tygodni zmęczenie, niedospane kolejne noce, upał... Na dodatek nachylenie szosy było tu bezkonkurencyjne: mniej więcej jak stromy wyjazd z garażu! Normalna masakra! Dla złapania oddechu chwilami zatrzymywaliśmy się co 100-200 metrów! W końcu udało się i nasz trud został nagrodzony opętańczym zjazdem. Niestety, po dotarciu do Loutsy już na miejscu po raz kolejny w tym roku okazało się, że kempingu dawno tu już nie ma... to znaczy jest ale od lat zamknięty. Znowu zrobiło się późno, zapadł zmrok, a my - zapewniani przez mieszkańców - podążyliśmy do oddalonej o kilkanaście kilometrów Rafiny. Tam miał na nas czekać duży i popularny kemping. No i nie zawiedliśmy się: faktycznie był!

    Tak więc został nam jeden dzień! Łukasz odlatuje dziś, ja z Tomkiem jutro. Od rana całkowity relaks. Zakupy w sklepie, solidne śniadanie, prysznic, kąpiel w morzu opalanie się, znowu prysznic, obiad. Jedziemy do miasta kupić pamiątki i zrobić zakupy. Po powrocie znowu plaża... i coś na kształt drugiego obiadu Istna sielanka. Dobiega godzina 16. Pora się zbierać do drogi na lotnisko. W końcu to ponad 30 kilometrów. Robimy przegląd bagaży, i dzielimy masze łupy tak, żeby żaden z nas nie przekroczył lotniczego limitu. W końcu jeszcze nigdy nie lecieliśmy samolotem, a brak znajomości Greki mógł się dla nas okazać problemem w czasie odprawy bagażowej na lotnisku. Udaje się, bagaże rozdzielone i w końcu ostateczne postanowienie: ruszamy! Tu jednak powstał niewielki problem gdyż nasze rowery stały przypięte (Fot. 28)do latarni grubą linką, a klucza do niej nigdzie nie było!! No to ładnie! Szukamy jeszcze raz: klucza nie ma. Ciężko będzie ale trzeba ją jakoś przeciąć. Ku naszemu zaskoczeniu, droga, firmowa linka, z potężnym zamkiem, w antywłamaniowej osłonie po niecałych 10 sekundach poddaje się delikatnym obcążkom! Warto to zobaczyć, żeby już nigdy podobnego syfu nie kupić (a kosztowała o ile pamiętam sporo!). Finał zmagań z linką jest na Fot. 27.
    Droga na lotnisko to kolejny interesujący etap podróży. Jedziemy "czerwonką" z Rafiny do Aten. Zatłoczona i w całkowitej przebudowie. W końcu docieramy do zjazdu na lotnisko... Jest to jednak zjazd na... autostradę. Tą samą, którą wyjechaliśmy z lotniska pamiętnego dla nas pierwszego poranka w Grecji. Urzędniczki w bramkach na nasz widok wpadają w popłoch. W ich oczach widzę narastającą panikę po chwili wręcz graniczącą z obłędem! Zatrzymują nas i nie pozwalają dalej jechać. Cofnąćsię nam też nie pozwalają... Całkowity pat! W końcu dzwonią gdzieś i opodal zatrzymuje się liniowy miejski autobus jadący akurat na lotnisko. Kierowca kiwa na nas żebyśmy wsiadali i jechali z nim. Po kilkunastu minutach szybkiej jazdy autobusem jesteśmy w końcu na lotnisku. Tu koło północy zostawiamy Łukasza z rowerem i bagażem gotowymi do odprawy, a sami wracamy na kemping. Tym razem autostradę pokonujemy już w legalny sposób czyli autobusem, a pozostałe 28 kilometrów śmigamy z jakąś horendalną średnią. W każdym razie, po niecałej godzinie od wyjazdu z lotniska Venizelos jesteśmy na kempingu. Coś jemy i idziemy spać.

    Tym razem dla nas to również jest ostatni dzień. Podobny do poprzedniego. Najpierw zakupy, potem pamiątki i na końcu plaża aż do oporu. Zwijamy namiot (Fot. 29), pakujemy sakwy, płacimy za kemping i ruszamy do miasta. Nie chce się nam po raz drugi telepać tą samą drogą na lotnisko. Siadamy więc w autobus jadący z Rafiny na lotnisko. Na miejscu jesteśmy około 17:30! No i się zaczęła... śmiertelna nuuuuuuuda (Fot. 30). Nasz samolot startowł dopiero o 4 nad ranem! Musieliśmy jednak tak wcześnie przyjechać, żeby nie ryzykować jazdy rowerami po autostradzie i nie jechać znowu po nocy. Ostatecznie po zwiedzeniu wszystkiego na lotnisku i w okolicy a także po przeczytaniu wszystkich możliwych ulotek, napisów, i informacji, po dwukrotnej wizycie w MacDonaldzie doczekaliśmy się odprawy. Rowery zostały potraktowane jako sztuka i nikt ich nie ważył. Same bagaże z zapasem spełniały normy lotnicze. Nie dopłaciliśmy więc ani grosza. Samolot wystartował punktualnie.

Przed 6:00 rano byliśmy w Warszawie. Tu montaż rowerów i pozostał już tylko ostatni odcinek: z lotniska do domu.

I tak zakończyła się moja kolejna Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa

Powstaje teraz tradycyjne pytanie: gdzie za rok? Może południowa Hiszpania? Kto wie czy, kiedy .... i z kim?



Rozkład dzienny przejechanej trasy

Etap
Z
Do
  Dystans  
[km]
Data
0Warszawa (dom)Venizelos (Ateny)
9
17 VII
1VenizelosDafni
67
18 VII
2DafniAigos Theodori
65
19 VII
3Aigos TheodoriMykeny
78
20 VII
4MykenyTripoli
84
21 VII
5TripoliSparta (Mistra)
64
22 VII
6Sparta (Mistra)Kalamata
68
23 VII
7KalamataOlimpia
28
24 VII
8OlimpiaParalia
68
25 VII
9ParaliaKato Ahaia
72
26 VII
10Kato AhaiaNafpaktos
48
27 VII
11NafpaktosAigos Nikolas
70
28 VII
12Aigos NikolasPerigiali (Lehaion)
101
29 VII
13Perigiali (Lehaion)Aigos Theodori
40
30 VII
14Aigos TheodoriVarkiza
110
31 VII
15VarkizaRafina
80
1 VIII
16RafinaRafina
75
2 VIII
17RafinaAteny (Venizelos)
7
3 VIII
18VenizelosWarszawa (dom)
9
4 VIII
Dzień 0 Dzień 1 Dzień 2 Dzień 3 Dzień 4 Dzień 5 Dzień 6 Dzień 7 Dzień 8 Dzień 9 Dzień 10 Dzień 11 Dzień 12 Dzień 13 Dzień 14 Dzień 15 i 16 Dzień 17




Statystyka wyrawy

Ilość dni jazdy 17
łącznie 18
Etap najkrótszy 23 km
najdłuższy 110 km
średnio 67
łącznie 1143
Prędkość max 70.2 km/h
średnia 18.6 km/h
Czas jazdy łączny 61h 23'
dziennie 3h 35'
Złapane gumy 6
Pęknięte opony 1
Urwane błotniki 1
Zgubione lusterka 1
Zużyte butle CampingGas-470 2
Pstryknięte zdjęcia 600


Autorzy zdjęć: uczestnicy wyprawy