|
Po roku przerwy, po roku przejeżdżonym w okolicach Warszawy, udało mi się skompletować ekipę na wyjazd rowerowy do Grecji. Pierwotny plan był bardziej ambitny i obejmował również przejazd przez Włochy do Rzymu... jednak życie bezlitośnie zweryfikowało ten zamiar. Ostatecznie przejechaliśmy trasę zaznaczoną na mapkach. Podobnie plan dojechania do Aten autobusem okazał się całkowicie bez sensu: wobec ceny biletu lotniczego niewiele przewyższającej cene autobusowego oplacało się po prostu polecieć samolotem. |
|
Ostatecznie, 17 lipca 2003 o godzinie 19:00 wszyscy trzej czyli ja, Tomek i Łukasz pojawiliśmy się na Okęciu. Do naszego lotu do Aten zostały 3h i 20min. Przygotowania rowerów do podróży (Fot. 1) ograniczyły się do owinięcia ram folią z bąbelkami, odkręcenia pedałów, przekręcenia kierownicy i zmniejszenia ciśnienia w oponach (bezsensowny wymóg, ale kazali).
Dla pewności odkręciłem również tarcze hamulcowe. Sakwy owinęliśmy gustowną szaro-burą taśmą do pakowania, oddaliśmy na bagaż i dosłownie uginając cię pod bagażem podręcznym (który powinien ważyć max 7kg he he... ) oraz wzbudzając wesołość stewardess wsiedliśmy w kaskach do samolotu i o 22:20 wystartowaliśmy. Narastający szum silników i przeciążenie wgniatające nas w oparcia foteli jednoznacznie dowodziły, że: odwrotu już nie było...
Kolejna Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa zaczęła się na dobre. |
|
Przelot samolotem LOTu był całkowicie komfortowy. Po przylocie, czyli około godziny 01:20, odzyskaliśmy nasze bagaże i rowery. O całość tych ostatnich trochę się obawialiśmy. Jak się jednak okazało - doleciały z nami praktycznie bez żadnych dodatkowych usterek. Lekko odrapana goleń amortyzatora i urwany błotnik to i tak niezły bilans strat/zysków jeżeli odnieść to do 3 dób spędzonych w autobusie jako alternatywa przelotu. Przystosowaliśmy się więc do jazdy, umyliśmy i przespaliśmy chwilę jak kto mógł (ja na taśmociągu do walizek, Tomek i Łukasz na ławkach) po czym wyjechaliśmy na zewnątrz... to znaczy wjechaliśmy do pieca. O 4 nad ranem powietrze miało bowiem około 30oC. "No to ładnie!" pomyślałem i pojechaliśmy do Aten. |
|
Dobrze przespana noc przywróciłna nam nadwątlone poprzedniego dnia siły, optymizm i chęć dalszego poznawania Grecji. Z samego rana każdy przepakował swój bagaż tak, żeby maksymalnie obniżyc położenie środka ciężkości. Poskutkowało. Od tego czasu nasze rowery zachowywały się jak dobrze serwisowane czołgi |
|
Od rana oczywiście pełny upał. W nocy wilgotność była tak wysoka, że rano nasz namiot był cały mokry. Wystarczyło jednak, że słońce na chwilę zajrzało tam gdzie się rozłożyliśmy i wszystko wyschło w jednej chwili: i pranie i namiot. Koło południa wyruszyliśmy na trasę (Fot. 5). Po około 14 kilometrach byliśmy w Koryncie.
Praktycznie zaraz za Koryntem zaczęła się autostrada. Nie jakoś szczególnie: ot po prostu droga zakręciła, pojawiło się skrzyżowanie z drogowskazami: Korynt - Ateny - Patra - Argos, a za nim już znak autostrady. I nie ma zmiłuj! Nasza boczna droga oznaczona na mapie, w tym miejsu po prostu już nie istniała! Tak więc pojechaliśmy autostradą. Po kilku kilometrach zapytaliśmy zmieniającego koło kierowcę gdzie tu jest pierwszy zjazd i gdzie my tak naprawdę jesteśmy? Okazało się, że najbliższy zjazd jest za około 40km. Faktycznie, mijane miasteczka miały tylko wjazdy na autostradę. Wyjazdów brak. Nie wiele się więc zastanawiając wyjechaliśmy z tego badziewia pod prąd, wjazdem z Solomos. Jak się okazało, miał to być nasz pierwszy wieczorno-nocny etap. Pierwsze w tym roku góry widziane w świetle księżyca, pierwsza cisza i namacalny wręcz zapach ciemności rozpraszanej jedynie rowerowymi lampkami...
Momentami tylko szum opon rowerowych przecinał otulającą nas zewsząd noc. Droga rozświetlona blaskiem księżyca była nawet bardziej malownicza niż za dnia. Nieprzeniknione cienie kładące się na zboczach gór tylko dodawały tajemniczości mijanej okolicy. Ponad dziesięć razy nasza droga krzyżowała się z linią kolejową. W końcu, około pierwszej nad ranem dotarliśmy do Myken. Tuż przy wjeździe do miasteczka stała wielka, jasno oświetlona knajpa w której odbywało się greckie wesele. Jeśli ktoś nie był na filmie Moje wielkie greckie wesele to zachęcam do obejrzenia... dobrze oddaje nastrój tam wówczas panujący. Jakiś czas popatrzyliśmy na bawiących się weselników, posłuchaliśmy grającej im muzyki... Trzeba się było jednak gdzieś trochę przespać. Przecież jutro także czekał nas cały dzień jazdy! |
|
Rano obudził nas silny wiatr. Jak się potem okazało, miał on nam towarzyszyć cały ten i jeszcze następny dzień. Suchy, silny i gorący. Wysuszał wszystko na swej drodze i sypał nam do jedzenia piachem, pyłem z liśćmi, gasił palnik, demolował namiot i wywiewał z niego co lżejszsze bagaże. Podłoże na kempingu było na dodatek tak twarde, że nie udało się nam wbić w nie żadnego śledzia. Namiot tym bardziej powiewał więc i wydymał się jak żagiel w czasie sztormu. Na dodatek, kiedy się już pakowaliśmy, przyszli złośliwi sprzątacze i zaczęli wokół nas zamiatać liście z ziemi. Akurat koło nas! Pylili przy tym niemiłosiernie. Zwinęliśmy się więc jak się tylko dało najszybciej, odczytaliśmy temperaturę na termometrze w recepcji: zaledwie 41oC w cieniu, kupiliśmy zapas 12 litrów wody, 2 bochenki chleba, jakieś puszki, dżemy, masło i pojechaliśmy oglądać starożytne Mykeny. Przed zwiedzaniem czekał nas jednak wykańczający podjazd (Fot. 8): jeden z tych usytuowanych na południowym stoku, pokonywanych bez jednego metra cienia i dodatowo zupełnie bezwietrznych bo osłoniętych przez okoliczne wzgórza. Dopiero same położone na szczycie góry ruiny antycznych Myken wystawione były na poznany już rano wiatr. |
|
Wstał kolejny dzień naszej włóczęgi. Zaraz po przebudzeniu, kiedy reszta wyprawy jeszcze mocno spała wyszedłem na balkon. Poczułem się jakbym na chwilę wskoczył do pieca hutniczego. Taaaak... to był upał, który na najbliższe dwa tygodnie miał się dla nas stać normą. W takich warunkach w Polsce od dawna panowała by już medialna apokalipsa. Ubrałem się więc i poszedłem po zakupy do pobliskiego sklepu. Poczułem się trochę jak jeden z Greków, robiąc wraz z nimi zwyczajne poranne zakupy. Po powrocie zaobaczyłem, że ekipa już wstała. Zjedliśmy więc solidne włóczęgowe śniadanie i jako, że pokój trzeba było szybko zwolnić sprawnie się zebraliśmy. Opuszczając hotel naszymi bagażami szczelnie wypełniliśmy całą hotelową windę (Fot. 9).
Po wyjściu z hotelu trzeba było zrobić zakupy na cały dzień. Obejrzeliśmy też kościół stojący przy centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też sklep rowerowy. Jednak żadnych sukcesów tam nie odnotowaliśmy, gdyż ani lusterka ani opony ani lampki na przód dla Łukasza nie udało się nam kupić. Przeczytana w przewodnikach turystycznych opinia, że Tripolis to współczesne, nudne i pozbawione zabytków miasto potwierdziła się całkowicie. Wyruszyliśmy więc na trasę. To był długi i dość monotonny dzień. Praktycznie cały czas jechaliśmy po niewielkich choć jednocześnie bardzo malowniczych wzniesieniach po 100-300m. W połowie etapu dały mi o sobie znać zjedzone rano z mlekiem ośmiorniczki B A S E N ! Z tym postanowieniem zapadliśmy w mocny sen. |
|
Rano kolejny dzień tym razem bardziej upalny od poprzedniego. Taaak... w Polsce ogłoszono by już dawno stan klęski żywiołowej. Jako, że poprzedniego dnia kupiliśmy proszek do prania upraliśmy co się tylko dało. Proszek do prania na obozie rowerowym stanowi luksus związany z konicznością wiezienia przez kogoś około 1kg nadmiarowej substancji. Całe pranie wysychało około pół godziny Nareszcie płasko!!
Jest skrzyżowanie! Niestety - żadnego drogowskazu... Na poboczu stoi ceglana buda bez okien, ławka w środku... Stajemy! Trzeba się zastanowić gdzie dalej jechać: po lewej jaśnieje jakieś miasteczko... wygląda kusząco: droga idzie ostro w dół, ale główna (nasza) dalej pnie się w górę. Może ktoś będzie przejeżdżał: czekamy. Wchodzimy do budki... i zostajemy zaatakowani przez nietoperze. Po chwili my jesteśmy głównymi mieszkańcami ceglanej budki bez okien. Dalej jest zimno... Wyjmujemy jakieś cieplejsze okrycia... (Fot. 14). Wygrzebujemy z czeluści sakw jakieś batony na czarną godzinę. Pochłaniamy je skwapliwie. Nikt się nie pojawia... Patrzymy w gwiazdy...i podejmujemy decyzję: jedziemy w górę. Jeszcze kilkaset metrów i pojawia się zjazd...Chwila wahania... zjeżdżamy! |
|
Zjechaliśmy kilka kilometrów, niestety tylko po to by następnie pracowicie jeszcze raz wyjechać na dopiero co, przed chwilą zdobyty poziom ceglanej budkiByliśmy jednak już o kilka kilometrów dalej. Na dnie dopiero co przebytej rozległej kotliny w niebezpiecznej bliskości usłyszeliśmy wyjące wilki... To nam dodało sił... i podjazd pokonaliśmy więcej niż sprawnie. Była to jednak kondycyjna masakra! |
|
Tego dnia zarządziliśmy sobie urlop. |
|
To, że dzień wstał upalny... to oczywiste. Rano zafundowaliśmy więc sobie kilkugodzinne pluskanie w basenie. R E W E L A C J A! Około południa odkryliśmy, że nasz kemping, to tak naprawdę jeden wielki gaj pomarańczowy. Co prawda od ostatniego zbioru pomarańczy nie upłynęło wiele czasu i owoców praktycznie już/jeszcze nie było, lecz na niektórych drzewach poza zasięgiem rąk wisiały jeszcze niewyżarte przez turystów pomarańcze. Niewiele myśląc z tyczki od namiotu zrobiłem wnyki na pomarańcze i po kilkunastu minutch strącania i zrywania, u naszych stóp leżało kilkanaście dorodnych okazów. Pomarańcze okazały się być wyborne. Nabrzmiałe sokiem, naturalnie dojrzałe, nieprawdopodobnie słodkie i wręcz gorące - bo rozpalone prawdziwym południowym słońcem smakowały cudownie! Po chwili w nasze ślady poszli i inni obecni na kempingu turyści |
|
Kolejny dzień i kolejna poranna plaża. Potem kąpiel w morzu i zwiajmy się do drogi. Po drodze widzimy wielkie pole pełne dojrzałych arbuzów... (Fot. 17) Hmmm.... jak by to powiedzieć... dobre były! |
|
Rano okazało się, że z zębem rzeczywiście nie jest źle a przynajmniej już nie dokucza. Poszliśmy na plażę, lecz niestety z racji licznych glonów nawianych z morza musieliśmy zrezygnować z kąpieli. Trochę opalania, uświęcona tradycją IceCaffe w plażowej kafejce i pomknęliśmy w kierunku Patrasu. Ten odcinek postanowiliśmy nieco urozmaicić. Po pobieżnym obejrzeniu portu, stwierdziliśmy że ten dzień był zdecydowanie chłodniejszy od pozostałych (Fot. 18) |
|
Pomijając mrówki i gryzące nas komary spało się doskonale. Ranek wstał - co zadziwiające - rześki jak na greckie możliwości. Dzień zaczęliśmy od czynności gospodarczych: podstawowe zakupy w pobliskiej piekarni, pranie, śniadanie, serwis rumaków... Potem kąpiel w krystalicznie czystym i ciepłym morzu. Dzisiejsza kąpiel była jednak odmienna od dotychczasowych, a to z racji małych rybek, które każdą chwilę bezczynności pływającego natychmiast skrzętnie wykorzystwały do podgryzania go. Uczucie niezbyt przyjemne i na początku całkowicie zaskakujące. No i te kolczatki... Bez butów nie dało się po prostu wejść do wody by nie poranić stóp. Dopiero dalej od brzegu robiło się przyjemnie miękko... tylko co było wtedy zrobić z butami?! |
|
Tak jak było zaplanowane zdążyliśmy na prom. Tym razem trzeba było jednak zapłacić za przewóz coś koło 5 Euro. Tym razem rejs (Fot. 20) trwał jednak dobre 40 minut. Kiedy słońce wstało już na dobre, przybliliśmy do nabrzeża. Tu wysiadka i szybko do sklepu: rano nie zjedliśmy bowiem śniadania. Zgodnie ze sprawdzoną zasadą traperów |
|
Jako, że znowu nocowaliśmy nad morzem - nie omieszkaliśmy się rano wykąpać. Całkiem przyjemne to było zważywszy, że lokalną atrakcją były pływające w wodzie małe ośmiorniczki. Gryzące rybki również dały o sobie znać równie skutecznie jak poprzednio. Rano na kempingu spotkaliśmy kolejarza z Polski podróżującego z żoną po Europie. Bardzo sympatycznie się nam rozmawiało. Zabawna była konfrontacja naszej i ich skali odległości. Oni z racji jego zawodu jeździli kolejami (za darmo lub za jakąś symboliczną opłatą). My rowerami... To co nam zajęło tydzień oni obskoczyli jednego dnia |
|
Rozleniwieni perspektywą dobiegającej końca wyprawy, rano pozwoliliśmy sobie z Łukaszem nawet na grę w szachy i dla podniesienia morale szeregów |
|
Nie daliśmy rady. Uciekliśmy do miasta pierwszym odjazdem, który nas tam wyrzucił. I tu nagle wjechaliśmy w całkiem inny świat: dzielnica mieszkalna, cisza spokój, kwiatki, ogródki, PUBy... Około północy zgłodnieliśmy niemiłosiernie. Łukasz zastrajkował i powiedział że bez posiłku dalej nie jedzie. No i wrócił do ostatnio widzianej pizzerii (Fot. 24). Tam nabył największą pizzę jaką mieli i przywiózł ją spowrotem. Dobrze zrobił, że się zbuntował! Pizza była trafiona: ogromna i pyszna. Jak się potem okazało do kempingu mieliśmy jeszcze tej nocy baaardzo daleko i bynajmiej nie był to jeszcze koniec mocnych wrażeń! Kolejne miasta, które mijaliśmy to Glifada, Voula,Vouliagmenti. Tu zaczęły się kolejne dłuuugie podjazdy. Czas biegł nieubłaganie... w pewnym momencie zobaczyliśmy policję i jeżdżące radiowizy... Policjant, którego zapytałem o najbliższy kemping powiedział że nie wie, ale ostrzegł nas przed niebzpieczeństwem na drodze... Jak się okazało chodziło mu o bezmózgów urządzających sobie wyścigi samochodowe wzdłuż morza... Droga była wyjątkowo malownicza, dosyć szeroka, oświetlona, wiła się na wysokim na kilka-kilkanaście metrów brzegu. Niestety takich matołów jak spotkaliśmy po drodze w samochodach nie sieją lecz sami się oni rodzą, kupują sobie do samochodów umc-umc-umc, przyciemniają szyby, barwią migacze na niebiesko, pakują niebieskie jarzeniówki pod samochód i duszą z silników jakieś koszmarne setki koni mechanicznych... Kilku przeleciało obok nas z prędkością znacznie przekraczającą 200 km/h. Na szczęście udało się nam nie zginąć pod ich kołami. Po przejechaniu kolejnych 10 kilometrów okazało się, że kemping był tuż obok miejsca gdzie pytałem się policjanta! Tak więc musieliśmy się jeszcze raz przejechać szosą razem z tymi wariatami i dotrzeć spowrotem na kemping do Varkizy. Wyjątkowo nieprzyjemny, drogi, źle utrzymany i z chamowatą obsługą. Podobnie jak pamiętnego kampingu z Kalamaty tak i tego gorąco nikomu go nie polecam. Obiektywnie patrząc, dobrze jednak że był, bo pora na nocleg była już najwyższa. Zasnęliśmy około 3 nad ranem przy wtórze samochodów szalejących na pobliskiej szosie. |
|
Zmordowani trudami dnia poprzedniego, lecz znów tradycyjnie pozbawieni surowców na śniadanie (sklepik na kempingu otwierali dopiero o 14! Skandal!) dosyć wcześnie wyruszyliśmy do miasta na zakupy. Niestety jaki był kemping na taki też trafiliśmy i sklep. Był prawie tak badziewny jak niemiecki PLUS - spotykany tu jak i gdzieniegdzie u nas. Totalny chaos i badziew: skarpety z dżemem i materace z jajkami. Syf! Kupiliśmy tam jednak prawie wszystko co chcieliśmy. Posiedzieliśmy trochę w kafejce nad morzem, po czym pojechaliśmy w dalszą drogę. Po chwili - jeszcze w miasteczku - z zamiarem dotarcia do wybrzeża po drugiej stronie półwyspu skręciliśmy na drogę do Koropi i Markopulo. Dzisiejszy nocleg planowaliśmy w Loutsie. |
|
Tak więc został nam jeden dzień! Łukasz odlatuje dziś, ja z Tomkiem jutro. Od rana całkowity relaks. Zakupy w sklepie, solidne śniadanie, prysznic, kąpiel w morzu opalanie się, znowu prysznic, obiad. Jedziemy do miasta kupić pamiątki i zrobić zakupy. Po powrocie znowu plaża... i coś na kształt drugiego obiadu |
|
Tym razem dla nas to również jest ostatni dzień. Podobny do poprzedniego. Najpierw zakupy, potem pamiątki i na końcu plaża aż do oporu. Zwijamy namiot (Fot. 29), pakujemy sakwy, płacimy za kemping i ruszamy do miasta. Nie chce się nam po raz drugi telepać tą samą drogą na lotnisko. Siadamy więc w autobus jadący z Rafiny na lotnisko. Na miejscu jesteśmy około 17:30! No i się zaczęła... śmiertelna nuuuuuuuda (Fot. 30). Nasz samolot startowł dopiero o 4 nad ranem! Musieliśmy jednak tak wcześnie przyjechać, żeby nie ryzykować jazdy rowerami po autostradzie i nie jechać znowu po nocy. Ostatecznie po zwiedzeniu wszystkiego na lotnisku i w okolicy a także po przeczytaniu wszystkich możliwych ulotek, napisów, i informacji, po dwukrotnej wizycie w MacDonaldzie doczekaliśmy się odprawy. Rowery zostały potraktowane jako sztuka i nikt ich nie ważył. Same bagaże z zapasem spełniały normy lotnicze. Nie dopłaciliśmy więc ani grosza. Samolot wystartował punktualnie. |
|
Przed 6:00 rano byliśmy w Warszawie. Tu montaż rowerów i pozostał już tylko ostatni odcinek: z lotniska do domu.
I tak zakończyła się moja kolejna Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa Powstaje teraz tradycyjne pytanie: gdzie za rok? Może południowa Hiszpania? Kto wie czy, kiedy .... i z kim?
|
| Etap | Z | Do | Dystans [km] | Data |
| 0 | Warszawa (dom) | Venizelos (Ateny) | 9 | 17 VII |
| 1 | Venizelos | Dafni | 67 | 18 VII |
| 2 | Dafni | Aigos Theodori | 65 | 19 VII |
| 3 | Aigos Theodori | Mykeny | 78 | 20 VII |
| 4 | Mykeny | Tripoli | 84 | 21 VII |
| 5 | Tripoli | Sparta (Mistra) | 64 | 22 VII |
| 6 | Sparta (Mistra) | Kalamata | 68 | 23 VII |
| 7 | Kalamata | Olimpia | 28 | 24 VII |
| 8 | Olimpia | Paralia | 68 | 25 VII |
| 9 | Paralia | Kato Ahaia | 72 | 26 VII |
| 10 | Kato Ahaia | Nafpaktos | 48 | 27 VII |
| 11 | Nafpaktos | Aigos Nikolas | 70 | 28 VII |
| 12 | Aigos Nikolas | Perigiali (Lehaion) | 101 | 29 VII |
| 13 | Perigiali (Lehaion) | Aigos Theodori | 40 | 30 VII |
| 14 | Aigos Theodori | Varkiza | 110 | 31 VII |
| 15 | Varkiza | Rafina | 80 | 1 VIII |
| 16 | Rafina | Rafina | 75 | 2 VIII |
| 17 | Rafina | Ateny (Venizelos) | 7 | 3 VIII |
| 18 | Venizelos | Warszawa (dom) | 9 | 4 VIII |
| Ilość dni | jazdy | 17 |
| łącznie | 18 | |
| Etap | najkrótszy | 23 km |
| najdłuższy | 110 km | |
| średnio | 67 | |
| łącznie | 1143 | |
| Prędkość | max | 70.2 km/h |
| średnia | 18.6 km/h | |
| Czas jazdy | łączny | 61h 23' |
| dziennie | 3h 35' | |
| Złapane gumy | 6 | |
| Pęknięte opony | 1 | |
| Urwane błotniki | 1 | |
| Zgubione lusterka | 1 | |
| Zużyte butle CampingGas-470 | 2 | |
| Pstryknięte zdjęcia | 600 |