Ten rok od początku zapowiadał się interesująco. Już od maja miałem zapowiedzi... ba nawet naciski na szybki wyjazd i na niezwłoczny zakup biletów... Chętnych było aż 6 osób! Ostatecznie, jak to zwykle bywa zapał opadł, a życie bezlitośnie pokrzyżowało plany i z początkowego obfitego grona sześciorga chętnych pozostały tylko dwie osoby, czyli ja i Kinga. W ostatniej chwili, ale za to poważnie i skutecznie zgłosili się Adam i Jola.

    Dwa tygodnie przed odlotem zakupiliśmy bilety na samolot i rozpoczęły się ostateczne przygotowania do wyprawy: niezbędne zakupy, remonty, regulacje, sprawdzenia. Tym razem, jakby przeczuwając kłopoty wyjątkowo starannie skompletowałem zestaw narzędzi i części zapasowych, które zabrałem ze sobą na wyjazd.

Termin odjazdu 25VII zbliżał się szybkimi krokami... nadciągała kolejna, już siódma z kolei

Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa 2004

    Korzystając z promocji LOTu kupiliśmy bilety za nieco ponad 900 zł. Była to najtańsza taryfa na przelot do Paryża. Co prawda wszystkie pseudotanie linie lotnicze kusiły na pozór bardziej atrakcyjnymi cenami, lecz po podliczeniu wszystkich podatków i opłat lotniskowych LOT wychodził co najmniej 80 zł taniej. Walnie się do tego przyczyniła możliwość zabrania rowerów w cenie biletu. Można było również zarezerwować na rowery miejsce w naszym samolocie.
    Pomimo, że dla mnie nie była to pierwsza wyprawa, jeszcze w przeddzień biegałem po sklepach kupując różne rzeczy. Szczytem był wyścig z czasem, kiedy w sobotę o godzinie 19 okazało się, że w tylnym kole nie mam powietrza, dętka nie nadaje się do załatania, a ta co ją miałem przygotowaną na wyjazd ma niewłaściwy rozmiar (ktoś pomylił opakowania). Ostatecznie jednak, gdy wszystkie przygotowania zostały zakończone, 25 lipca o 630 rano wszyscy razem, czyli Kinga, Jola, Adam i ja pojawiliśmy się w hali odlotów na Okęciu. Rozpoczęło się mozolne rozkręcanie i owijanie rowerów folią z bąbelkami. Trzeba było poodkręcać wszystko co się mogło urwać w trakcie transportu. To czego nie dało się odkręcić trzeba było osłonić folią. Co ciekawe, tym razem nie kazano nam obniżać ciśnienia w oponach...
    Po godzinie spokojnej pracy wszystko było owinięte, zabezpieczone, pozaklejane i gotowe do rzucenia w żarłoczną paszczę taśmociągów i wykrywaczy metali, w zręczne i chwytne łapy obsługi lotniska. Wszystko zostało zważone, prześwietlone posegregowane i zabrane. W rękach zostały nam paszporty i kwitki bagażowe. Po naszych tobołach zaginął wszelki ślad. Wsiedliśmy na pokład samolotu. Punktualnie o 830 rozległ się szum silników. Samolot ruszył na pas startowy, a my wraz z nim na spotkanie nowej przygodzie!
    Po około dwóch godzinach lotu, zgodnie z planem wylądowaliśmy na Paryskim lotnisku De Gaulea. Bagaże (sakwy, karimaty, namioty) pojawiły się po kilkunastu minutach. Na rowery musieliśmy poczekać nieco dłużej. Po trzech interwencjach i około godzinie oczekiwania obsługa przywiozła nam nasze rowery troskliwie zezwałowane na wózku bagażowym w wielką stertę złomu. Oględziny, kolejna godzina pracy i sprzęt był gotowy do drogi, folia z bąbelkami schowana do sakiew, sakwy założone na bagażniki i przywalone namiotami, materacami i śpiworami. W odróżnieniu od poprzedniej wyprawy był dzień i o żadnym spaniu na taśmociągach nie było mowy. Kiedy wszystko było gotowe do drogi majestatycznie pojechaliśmy przez kilometry terminali w kierunku kolei miejskiej RER. Zgodnie z naszym chytrym planem miała nas ona przewieźć przez Paryż i wywieźć do Etampes - ponad 60km na południe od Paryża. Jak sie miało okazać, za trzy tygodnie mieliśmy te terminale przemierzać w nieopisanym pośpiechu ścigając się z czasem, niemal tratując innych pasażerów.... ale to za jakiś czas. Narazie chcieliśmy się z lotniska dostać do pociągu.

    Nie było to jednak takie proste ja by się mogło wydawać. Już na samym początku, przy próbie zejścia na peron trafiliśmy na opór bezmyślnej francuskiej materii: bramki przeznaczone były dla podróżnych z naprawdę niewielkim bagażem podręcznym. Jak się okazało w takim przypadku trzeba wzywać obsługę lotniska, żeby otwierała specjalne przejście... o ile takie w ogóle istnieje. Jeśli nie... to pasażer ma po prostu problem który nikogo nie obchodzi. W paryskim metrze, na starych liniach takich przejść niestety zazwyczaj nie ma. Sam przejazd koleją to nic nadzwyczajnego: cuchnący wagon, przycinające pasażerów drzwi, tłum. W Paryżu dodatkowy kłopot: stacja na której mieliśmy się przesiąść na drugą linię RER była akurat remonotwana. Musieliśmy więc ostro kombinować objeżdżając zamknięty obszar innymi liniami, dbając o to żeby wszędzie się dało przecisnąć z rowerami i żeby nie wyjść poza bramki metra (konieczność zakupu nowego biletu). Nie będę tu opisywał dziesiątków schodów ruchomych po których przerzucaliśmy nasze sprzęty i kilku przesiadek w metrze... To było naprawdę wielce upierdliwe i dziś, wolał bym chyba objechać Paryż rowerem niż jeszcze raz powtarzać te akrobacje. Wówczas ratował nas jednak Adam z jego doskonałą znajomością miasta i samego metra paryskiego.
    Udało się. Około godziny 16 cali i zdrowi wysiedliśmy w Etampes. Dopiero w tym momencie naprawdę zaczęła się jazda rowerami. Tego dnia mieliśmy za sobą już około przebytych 2000 kilometrów, przy czym rowery były tylko dodatkowym obciążeniem. Zaraz jednak pojawiły się pierwsze kłopoty: praktycznie wszystkie przerzutki wymagały drobnych regulacji. Hamulce ocierały się o obręcze... Tylko rower Joli od początku nie sprawiał problemów. Po kilkunastu kilometrach okazało się, że mam uszkodzoną manetkę od tylnej przerzutki, tylna przerzutka w rowerze Pil po raz kolejny się rozregulowała a przednia definitywnie odmówiła współpracy i przestała wrzucać wyższe biegi. Obserując moje zmagania z materią Adam wymyślił nawet zawołanie:

"A Grzesiek naprawia!",

które bardzo wszystkim przypadło do gustu. No bo ile razy u licha jednego dnia można naprawiać i regulować przerzutkę, hamulce?! Pod wieczór jesteśmy w Mereville. Tu, robimy pierwsze tego roku zakupy. W niedzielę otwarty był tylko prowadzony przez Turka InterSpar. Jeszcze parę kilometrów i mijamy Andoville. Po wyjechaniu z miasteczka, ostatnie kilometry dzielące nas od kempingu pokonujemy w promieniach słońca zachodzącego za naszymi plecami. W powietrzu czujemy pył nawiewany z okolicznych pól a wzniecony przez pracujące kombajny.

    Rano... no może względnie rano zbieramy się w dalszą drogę. Kolejny dzień i kolejne drobne regulacje i naprawy... Zaklęcie

"A Grzesiek naprawia!",

dalej ma swoją magiczną moc. Tym razem ponowna regulacja przerzutki Pil, tylnej przerzutki Adama, moje hamulce i zmagania z torbą na kierownicę Pil. Gotowe, ruszamy! Pierwsze 2 km i postój w Ecreville. Tym razem pompowanie kół i dalej w drogę.
    Dopóki jest to możliwe jedziemy bocznymi drogami. Potem, w miarę zbliżania się do Orleanu ruch zaczyna się zagęszczać. Po kilkunastu kilometrach jesteśmy w mieście. Na początku kierujemy się do centrum - Katedra, ratusz, biblioteka, muzeum, stare miasto. Tu spędzamy parę godzin. Z początku zwiedzamy i fotografujemy co się da i ile się da. Gdzieś w nastrojowych zakątkach Miasta Słynnej Dziewicy trafiamy na całkiem niestylowy bar szybkiej obsługi. Tu ceny są całkiem przyzwoite. Napychamy się trochę na zapas . Wobec coraz gorszego stanu mojej manetki coraz PILniej rozglądam się za sklepem z częściami rowerowymi. Musimy też kupić gdzieś butle z gazem do naszych kuchenek. Niestety, ze względów bezpieczeństwa nie mogliśmy zabrać ich ze sobą na pokład samolotu. Zresztą... nawet gdybyśmy mogli, dla obniżenia łącznej masy bagażu zapewne byśmy chcieli je kupić już na miejscu.
    Wyjazd z Orleanu nieskomplikowany. Wcześniej szukamy jednak sklepów: rowerowego i ze sprzętem turystycznym. Zasięgamy więc języka u umundurowanych tubylców, którym taka problematyka nie powinna być obca. Nie powinna i faktycznie nie była. Dowiedzieliśmy się gdzie jechać, lecz jednego nie wzięliśmy pod uwagę: wieczorem sklepy we Francji się zamyka. Zakupy odkładamy więc na następny dzień i postanawiamy poszukać noclegu.
    Przejeżdżamy na południową stronę Loary, mijamy ośrodek sportowy i kierujemy się na zachód. Zaczyna się robić późno i nasz pierwotny plan dotarcia tego dnia aż do Meung bierze w łeb. Szukamy więc czegoś bliżej. Ostatecznie, objeżdżając niezły kawałek drogi wracamy spowrotem aż do Oliviet, czyli praktycznie aż pod sam Orlean. Tu zatrzymujemy się na uroczym kempingu St. Hilaire w zakolach rzeki Loriet. Namioty rozbijamy na przytulnym i cichym cyplu, tuż nad samą wodą. Słyszymy ciche chlupanie rzeki, szum kołujących przed snem ptaków i rechot żab rozbudzonych wieczorną ciszą. W recepcji kempingu dowiadujemy się, że opodal jest ogromny Geant. Wkrótce też wyruszamy z Adamem na łowy. Jak się okazało, w naszym wykonaniu było to dosyć karkołomne zadanie, zważywszy na sposób w jaki dotarliśmy do sklepu. Najpierw przedzieramy się przez jakieś chaszcze wzdłuż jakiejś dwupasmówki, potem przy jakimś mostku przełazimy z rowerami przez ogrodzenie lokalnej obwodnicy i do marketu jedziemy już razem z samochodami...

    W Geancie udaje nam się jednak zakupić praktycznie wszystkie potrzebne rzeczy. Mamy już na czym gotować (dwie półkilowe turystyczne butle z gazem), ja znajduję upragnione manetki, Adam kupuje pierwszy na tej wyprawie ser "wędrujący" i ryzykujemy jakieś lokalne tanie wino. Uradowani zakupami, obładowani wracamy na kemping na kolację przy świecach. Po pierwszej degustacji wina porzucamy jednak pomysł dalszych zakupów tanich win. Problemem nie była ich lokalność i cena lecz piorunujący skład chemiczny. Okazało się, że nawet we Francji nie można schodzić poniżej 10 Euro za butelkę...
    Wieczorem długo nie mogę zasnąć. Strasznie korcą mnie nowe, jeszcze fabrycznie zapakowane manetki i nowe klamki hamulcowe. Nie mogę się doczekać montażu. Około północy nie wytrzymuję: budząc pół kempingu, z koszmarnym trzaskiem rozdzieranego grubego, plastikowego opakowania wyjmuję jedną manetkę i jak dziecko zaczynam nią pstrykać w górę i w dół. Po 10 minutach poważnie wkurzona Pil przywołuje mnie do porządku. W końcu, już nic dalej nie kombinując z manetkami spokojnie zasypiam. Ale tylko do rana! W głowie układam sobie bowiem już chytry plan montażu nowych elementów... zasyyyyypiaammmmm....

    Zaraz po przebudzeniu ochoczo zabieram się za wymianę manetek. Cały kemping jeszcze śpi, ale w naszym namiocie już wre praca. Po około godzinie manetki są zamontowane i wyregulowane. Stare maksymalnie rozbebeszam i wyjmuję z nich jakieś absurdalne i nieprzydatne części. Nie wiem po co... ale wsadzam je do narzędzi a resztę...z ciężkim sercem wyrzucam. Tak, z ciężkim sercem... przejechałem z nimi grubo ponad 40 tysięcy kilometrów i były one ostatnim elementem roweru zakupionego w Wiedniu w 1990 roku. Będąc w domu nie wyrzucił bym ich, tylko wypucował i dołączył do kolekcji zajeżdżonych elementów...
    Dzień wstał piękny, upalny. Po śniadaniu zbieramy się do odjazdu. Pierwszym celem na dziś jest zamek w Meung. Na miejscu jesteśmy wczesnym popołudniem. Tu, naszym oczom ukazuje się ruina, jedno z koszmarnych dziedzictw rewolty francuskiej. Okazało się, że od jakiegoś czasu obiekt przeszedł w ręce dawnych właścicieli. Niestety, odtworzenie dawnej świetności bez gigantycznych nakładów jest po prostu niemożliwe. Zwiedzamy więc to co zostało udostępnione dla turystów. W hallu wejściowym można skosztować kilkunastu rodzajów konfitur - lokalnej specjalności.
    Ruszamy dalej. Jak się okazało, we Francji przejezdne dla rowerów sąpraktycznie wszystkie drogi. Zdecydowaną większość z nich posiada utwardzoną nawierzchnię mniej lub bardziej przypominającą asfalt. Większość trasy wzdłuż Loary przemierzyliśmy po takich właśnie bocznych drogach delektując się niedojrzałymi jabłkami z sadów, widokami na rzekę i rozległymi panoramami. Ruch samochodowy był tam naprawdę minimalny.
    Beaugency - to kolejne miasteczko na naszej trasie. Tu odpoczywamy nad rzeką podziwiając wielki labirynt dla dzieci zorganizowany na... ogrodzonym polu dwuipółmetrowej kukurydzy. Zwaliste ruiny starego zamczyska, charakterystyczny most i ruszamy dalej.
    Pod wieczór jesteśmy w Mer. Tym razem nie wjeżdżamy do miasta lecz mijamy je bokiem. Kierujemy się na Muides. Na naszych mapach mamy tam zaznaczony kemping na którym planujemy się zatrzymać na noc. Faktycznie, znajdujemy kemping rozlokowany na bardzo dużym terenie, na terenach zalewowych Loary. Jest on dosyć drogi, ale z ciepłą wodą i czynnymi do północy prysznicami. Za sprawą naszych sąsiadów, zaraz po przyjeździe przypomniał mi się kemping w Aigos Nicolas z 2003 roku. Podobnie jak wtedy dostaliśmy dwie butelki Coli. Wówczas od bardzo przyjaźnie nastawionej rodziny włoskiej, tym razem od nastawionego na jakąś imprezę starszego francuskiego małżeństwa.
    Zjedliśmy kolację, obejrzeliśmy zachód słońca po drugiej stronie rzeki i poszliśmy szybko spać. Co prawda to nie był zbyt męczący dzień, lecz na następny dzień mieliśmy zaplanowany całkiem spory program.

    Program miał być spory i intensywny? Miał być i taki też był od samego rana. Na początek pojechaliśmy do pobliskiego pałacu Chambord. To chyba najbardziej charakterystyczny z odwiedzonych zamków i pałaców nad Loarą. Od dłuższego już czasu jechaliśmy szlakami rowerowymi prowadzącymi przez najciekawsze turystycznie miejsca wzdłuż całej Loary aż do jej ujścia do oceanu. Tak i teraz szlak zaprowadził nas prosto na pałac. Gigantyczny teren pałacowych ogrodów... powodował uczucie zagubienia. Po około 6 km od bram posiadłości zobaczyliśmy pałac . Po drodze minęło nas kilka samochodów i autobusów. Wjechaliśmy na główny plac za pałacem. Pil od rana miała coraz większe kłopoty z rowerem. Zwiastowało to, że moc adamowego zaklęcia ciągle rosła. I faktycznie, zaledwie się zatrzymaliśmy okazało się, że bez solidnej naprawy Pil dalej nie pojedzie. Oczywiście trzeba było naprawić nie Pil ale jej rower.
    Tak więc postanowiłem dokonać kolejnego cudu i posiadając w swoim minimalnym bagażu praktycznie wszystkie narzędzia oprócz spawarki, walizkowej walcowni blach okrętowych i nożyc do pancerza zabrałem się za naprawę. Adam stwierdził, że nie ma sensu żebyśmy wszyscy tak siedzieli. Zostałem więc sam z Pil..., która wielkimi oczami z zaciekawieniem przyglądała się co robię jej rowerkowi. Po godzinie zmagania okazało się, że bez jednego z trzech brakujących narzędzi.... (nie... nie chodziło o walizkową walcownię blach okrętowych) nie ruszymy dalej. Żeby uciąć zmasakrowany w manetce pancerz pojechałem szukać pomocy u kierowców na pobliskim parkingu. Pil została na wielkim placu sama z rozgrzebanym rowerem. Po drodze przypomniałem sobie, że jeden z mijających nas autobusów był z Polski. Postanowiłem więc go poszukać. Znalazłem i po kilkunastu minutach pracy nożycami do blachy (a więc ciągle ta walcownia ;)) trzymałem w ręce luksusowo urypany pancerz do przerzutki. Robota była wykonana z wdziękiem piły łańcuchowej zastosowanej do operacji plastycznej. W każdym razie było wyraźnie lepiej niż na początku. Wróciłem do Pil... i im bardziej podjeżdżałem, tym Pil mocniej mnie wypatrywała a mnie tym mocniej nie było na miejscu. W końcu zabrałem się za montaż i okazało się po co tak irracjonalnie poprzedniego dnia rozbebeszałem swoje stare manetki. Skanibalizowałem jedną śrubkę i z usprawnionym pancerzem przerzutka zaczęła działać. Przeszczep z mojego roweru przyjął się znakomicie. W międzyczasie usłyszałem radosny okrzyk w nowej wersji:

"A Grzesiek ciągle naprawia!",

Oznaczało to, że Adam i Jola właśnie wrócili ze zwiedzania pałacu. Teraz była nasza kolej. Kłopoty techniczne się jednak jeszcze nie skończyły.

    Zaraz przy próbie zrobienia pierwszego dziś zdjęcia współpracy odmówił aparat fotograficzny. I tak miało pozostać praktycznie do samego końca wyprawy. Zrobiła się godzina 14, pora więc była wyruszyć w dalszą drogę. Teraz, naszym celem było Bracieux, Cour Cheverny, Sambin i Chaumont sur Loire. Wszędzie miały być kolejne zamki i pałace do oglądania.
    Pierwszy pałac w Villesavin niedaleko Bracieux odstręczył nas koszmarną ceną za bilety. Co więcej, bilet trzeba było kupić żeby się strażnik nie czepiał przy robieniu zdjęć z bramy. Pojechaliśmy więc sobie dalej. Po 10 kilometrach dojechaliśmy do Cour-Cheverny, gdzie zatrzymaliśmy się na dłuższy postój. Ogromny zewnętrznie zadbany kompleks. Wrażenie robiła psiarnia i ogromny zbiór trofeów myśliwskich. Tu spędzamy czas praktycznie do wieczora. Wtedy ruszamy do Chaumont. Postój i kolacja w Fougeres. Na praktycznie pustym kempingu lądujemy już po zachodzie słońca. Tu dłuuugie poszukiwanie tego najwłaściwszego miejsca na nocleg. Poszukiwania na miarę założenia nowego miasta i przeniesienia tu stolicy państwa trwają dobre pół godziny. W końcu dramatyczna decyzja: zostajemy tu - jakieś 200m od łazienki i 200m od rzeki. Co prawda to co najmniej 10 razy za blisko do łazienek ale co tam. Miejsce okazało się trafione. Pobliskie łazienki również były dobrze utrzymane, ciepła woda, światło. Sam kemping nadspodziewanie tani. Zestaw komarów na noc otrzymaliśmy całkiem gratis.

    Kolejny dzień wstał przepiękny: bezchmurne niebo, słaby wiaterek i silne słońce. Z kempingu wyruszamy wczesnym przedpołudniem i kierujemy się do pobliskiego zamku położonego na wysokim wzgórzu Chaumont. Sam podjazd do zamku jest upiornie stromy ale dajemy radę. Na górze panorama na dolinę Loary. Zamek oglądamy z zewnątrz. Nie mamy bowiem zamiaru płacić kilkunastu Euro od osoby za samo wejście do wnętrza, które tak naprawdę nic nowego już nam nie przyniesie. Swoim rozmiarem imponują gigantyczne drzewa w ogrodzie otaczającym zamek. W ich cieniu urządzamy sobie krótki odpoczynek, po którym wyruszamy w dalszą drogę. Tego dnia oddalamy się od rzeki. Loarę mamy dopiero zobaczyć następnego dnia. Dziś kierujemy się na południe do kolejnego zamczyska w Montrichard oraz najbardziej chyba charakterystycznego i efektownie się prezentującego zamku w Chenonceaux. Po drodze mijamy jeszcze Vallieres les Grandes gdzie z racji narastającego upału Adam się zaczął gotować. Robimy więc dłuższy postój. W Montrichard zwiedzamy jedną z licznych w tej okolicy cave - czyli winiarni ukrytych w podziemnych jaskiniach. Po uiszczeniu stosownej opłaty za przewodnika wchodzimy do jaskini i oglądamy zarówno najstarszą jak i aktualnie czynną część zakładu. Korytarze ciągną się setkami metrów, z których my oglądamy tylko część leżącą najbliżej wejścia. Po opuszczeniu przyjemnego chłodu cave idziemy na degustację wina które przed chwilą widzieliśmy jak leżakuje. Adam kupuje dwie butelki na kolację.
    Jedziemy na zakupy do marketu i kupujemy głównie napoje i lody... No właśnie... lody. Adam wynajduje najlepszy z całej wyprawy sorbet gruszkowy: nie słodki, lekko kwaskowy, można się nim napić i delikatnie ochłodzić. Jedziemy więc nad rzekę Cher i siedząc w cieniu delektujemy się dobrodziejstwem sorbetu i śliczną panoramą na całe Montrichard .

    Po odpoczynku ruszamy wzdłuż rzeki do Chenonceaux. W międzyczasie oglądamy mniejsze i mniej znane pałace i zameczki, jak na przykład położony na zboczu góry zamek w Chissay. Do Chenonceaux docieramy późnym popołudniem, praktycznie tuż przed zamknięciem obiektu. Kupujemy więc szybko bilety i wchodzimy po kolei: najpierw Pil i ja a potem Adamowie.
    Założenie ogrodowe pałacu w Chenonceaux i sam pałac są imponujące. Ogromne, starannie zagospodarowane przestrzenie i pałac stojący na rzece Cher robią silne wrażenie. Zwiedzanie wnętrza dostarcza dodatkowych wrażeń. Spacerując po pałacu duchem można się przenieść do dawnej epoki i niemal namacalnie poczuć dotyk historii. Oglądamy doskonale zachowane wnętrza, wyglądamy przez te same - co kiedyś dawni właściciele pałacu - okna wychodzące na spokojne wody przepływającej tu dostojnie Cher. Jeden wspólny bilet uprawnia do wejścia zarówno do ogrodów jak i do samego pałacu.
    Wracamy do rowerów i teraz kolej Adama i Joli. Zostajemy na straży dobytku. Mijają godziny. Ja się już zdążyłem wyspać, Pil wyczytała wszystkie okładki gazet w wystawie pobliskiego kiosku. W międzyczasie niepostrzeżenie zamknęli pobliską creperię i kasę a my czekamy dalej. Stojaki na rowery pustoszeją. Jedyne rowery, które jeszcze zostały to nasze. Wypiliśmy całą wodę i czekamy dalej. W końcu na horyzoncie pojawiają się nasi exploratorzy. Krótka organizacyjna narada co dalej: ruszamy do Amboise czy szukamy noclegu tu na miejscu? Wszyscy jesteśmy głodni więc postanawiamy najpierw coś zjeść tu gdzie jesteśmy, a dopiero potem zobaczyć co dalej. Tu Adam wykazuje się szóstym zmysłem - zmysłem smakosza: bezbłędnie, jakby codziennie tam bywał - prowadzi całą naszą czwórkę do pobliskiej restauracji.

    Po dłuższym posiedzeniu zaczyna się już ściemniać. Decydujemy się zanocować gdzieć tu w pobliżu, a jutro rano wyruszyć w trasę trochę wcześniej niż dziś. Najbliższy kemping jest w odległości około 3 kilometrów na wschód - w Chisseaux. Mimo że to trochę nie po drodze, cofamy się o ten odcinek. tuż Położony nad rzeką Cher kemping okazuje się być bardzo sympatyczny. Podłoże jest równe, lecz dość twarde, raczej przeznaczone dla karavaningu. Tradycją dnia poprzedniego wybór miejsca na nocleg zajmuje dłuższą chwilę mimo, że tym razem dysponujemy poletkiem zaledwie 50 x 50 m. Postęp jednak jest widoczny i już po pół godzinie zabieramy się za rozbijanie obozowiska. Mnie znowu nachodzą traperskie wspomnienia tym razem z Włoch 1998. Jesteśmy na kempingu, w pobliżu jest woda i jest cicho. Brakuje nam tylko........ pociągu! Nie upłynęła minuta. Ze wspomnień wyrwał mnie pociąg podmiejski przejeżdząjący z hukiem w odległości jakichś 100 metrów od kempingu. Tak! Teraz do kompletu brakowało tylko pryszniców śmierdzących glonem morskim. Na szczęście do morza było jeszcze stosunkowo daleko.
    Kolejny wieczór, z - tym razem - dobrym winem, dobra kolacja i długa gawęda do późna w nocy. O północy zostaliśmy przez jakichś nawiedzonych Francuzów ochrzanieni za to że nie śpimy tylko rozmawiamy przyciszonymi głosami... Dla świętego spokoju poszliśmy więc spać.

    Dzień wstał tradycyjnie piękny, lecz z uwagi na początki grypy, dla Adama miał to być jeden z najcięższych dni tego obozu. To się jednak dopiero miało okazać po jakimś czasie. Tego dnia chcemy z Pil pojechać prosto, bez zbędnego kluczenia i nadkładania drogi. I tak względem początkowego planu trasy mamy już cały jeden dzień w plecy. Ruszamy więc do Chenonceaux. Jola znowu zaczyna kluczyć w poszukiwaniu ścieżek rowerowych, więc odbijamy szosą na Amboise. Najkrótszą drogą dojeżdżamy do celu i czekamy na resztę peletonu.
    W międzyczasie oglądamy jeszcze wystawę latających maszyn Leonadra da Vinci. Rezygnujemy jednak z oglądania zabytkowego młyna. Żeby do niego dojechać trzeba było by nadkładać sporo trasy i jechać po ruchliwej dojazdówce do Tours. Pojechaliśmy więc dalej naszą szosą. Zatrzymaliśmy się w centrum miasta.
    Po trzech godzinach oczekiwania, pełni najgorszych przeczuć rozpoczynamy poszukiwania Adama i Joli. Przy kolejnym objeździe centrum spotykamy ich u podnóża zamku. Musieli przed chwilą przyjechać. Kupujemy więc pocztówki, oglądamy zamek z wierzchu i zbieramy się do dalszej jazdy.

Kierujemy się na St. Martin. W międzyczasie na mapie zobaczyłem, że powinien tam być kemping. W związku z marnym samopoczuciem Adama uznałem, że dobrze mieć dziś w rezerwie coś takiego. Adam był jednak twardy i powiedział, że możemy jechać dalej. Skierowaliśmy się więc na Tours. Po drodze wcinamy kolejne lody i sączymy kolejny sorbet - tym razem z Coca-Coli. Po przejechaniu na zachodnią stronę Tours zaczynamy się rozglądać za noclegiem. Zbliżamy się do zbiegu dwóch rzek: Loary i Cher. Tu musimy przejechać na południową stronę Cher. Szukamy kempingu w Savonieres. Niestety od lat jest on nieczynny i z biegiem czasu coraz bardziej zdewastowany. Mijamy więc tylko jego odpychające swoim wyglądem ruiny. Żeby nie forsować dystansu proponuję wrócić 4 km do Ballan-Mire. Jednak tamtejszy kemping jest nam całkowicie nie po drodze. Nie chcemy się wracać. Jedziemy więc do - leżącego tym razem na naszej trasie - kempingu w oddalonym o 15km Azay le Rideau. Po drodze mijamy kolejną cave udostępnioną dla zwiedzających i dziś już zamknięty kolejny kompleks pałacowy - Villandry. Jeśli chcemy to obejrzeć będziemy musieli tu wrócić następnego dnia

    Brakujące do kempingu 15 kilometrów pokonujemy z Kingą bardzo sprawnie. Złapaliśmy już niewielką kondycję i pomimo niewielkiego pofałdowania terenu na kemping w Azay le Rideau docieramy jeszcze długo przed zmrokiem. Kemping przestronny, stosunkowo mało zapełniony, a także bardzo dobrze utrzymany. Około godziny 21 na kemping docierają również Adam i Jola. Godzinę później ciszę nocną rozdzierają jakieś nieludzkie zawodzenia i kocia muzyka. W czasie kolacji ustaliliśmy, że dźwięki te pochodzą z pobliskiego pałacu i że jacyś lokalni artyści zapewne produkują się przed turystami. Przywiodło mi to na myśl wspomnienie włoskich i hiszpańskich kempingów, na których obowiązkowym punktem wieczornego programu było karaoke - tym głośniejsze im dany kemping cieszył się większym powodzeniem i miał więcej gwiazdek. Oczywiście szło to w parze z ceną, jaką trzeba było zapłacić za noc na takim kempingu. Kocia muzyka we francuskim wykonaniu nie dawała nam spokoju jeszcze długo po północy. W końcu udało się nam jakoś zasnąć. Następnego dnia nasze wieczorne domysły potwierdziły się: gdy nam udało się zasnąć, Jola poszła do pałacu na piechotę i sprawdziła co się tam dzieje. Wiedziona kocią muzyką obejrzała sobie pobliski pałacyk i miasteczko.

Następnego dnia Adam wyglądał na całkiem zdrowego. Tego dnia postanawiamy jednak zwiedzić liczne w tej okolicy zabytki. Cały dzień jeździmy więc bez bagażu. Na tym samym kempingu zostajemy na jeszcze jedną noc. Co prawda nasze opóźnienie wzrosło w tym momencie do dwóch dni i zaczęło zagrażać rezerwie przeznaczonej na zwiedzanie Paryża ale pomyślałem, że jakoś się to potem nadrobi. Z samego rana, zaraz po szybkim śniadaniu pojechaliśmy więc zwiedzać okolicę. Na pierwszy ogień poszło Sache - mała wiejska rezydencja Balzaca. Trzaskamy zdjęcia i kierujemy się na mijane wczoraj groty w Savonnieres. Okolica jest tak samo pofałdowana jak wczoraj, toteż do grot dojeżdżamy z Pil około 3 godziny wcześniej niż reszta peletonu. Po dłuższym oczekiwaniu groty i winiarnię decydujemy się zwiedzić we dwójkę. W lokalnym sklepiku można kupić "bardzo stare" rzeczy znalezione w jaskiniach. Jak się potem miało okazać, wszystkie te - pokryte wapieniem - "starocia" zostały poddane procesowi kilkuletniej petryfikacji. Wszystkie wystawione dziś na sprzedaż przedmioty przez dwa-trzy lata moczyły się w przepływających przez podziemia, przesyconych minerałami solankach. W głębi grot, na końcu zwiedzania degustujemy lokalne wina. Gdy my wychodzimy na powierzchnię po obejrzeniu pierwszej groty, Adam i Jola właśnie wchodzą do pierwszej z jaskiń. Nie czekając na nich kierujemy się w stronę Villandry. Tu z racji bardzo wysokiej ceny biletu wchodzimy tylko do pałacowych ogrodów. Na parkingu przed pałacem Pil znajduje 10 Euro. Tuż przed naszym odjazdem z Villandry na miejsce przybywają Adam i Jola.

    Z Villandry jedziemy obejrzeć pobliskie Langelais. Tamtejszy zamek zadziwia nas swoim majestatem i jeszcze bardziej niż Savonnieres przytłacza ceną biletów. Trzaskamy więc tylko fotki, pijemy zimną Colę z automatu i ruszamy w dalszą drogę. Na dłuższy odpoczynek pozwalamy sobie w Lignieres. Tu dopada nas największy upał. Zatrzymujemy się w pobliżu domu weselnego. Tuż za jego murami znajdujemy przytulny cień i sprawny hydrant z wodą. Odpoczywając w cieniu, głodni czekamy na chłodniejszą porę. O tej porze wszystkie sklepy są niestety zamknięte. Pozostaje nam więc tylko surowa woda z - na szczęście sprawnego - hydrantu.
    Jak się miało niebawem okazać, dzisiejszy upał był już jednym z ostatnich dni pięknej, upalnej i bezchmurnej pogody. Jak dotychczas pogoda dopisywała ponad normę. Na kemping wracamy wczesnym popołudniem. W samym Azay le Rideau robimy jeszcze zakupy na kolację. Wieczorem, już na kempingu robimy pranie, coś przegryzamy i do zmroku odpoczywamy pławiąc się w słodkim nieróbstwie, delektując się spokojem wieczora i śpiewem patków. W końcu kiedyś trzeba sobie też zrobić wakacje! Prawda? Tuż przed zmrokiem wracają pełni wrażeń Adam i Jola.

    Kolejny dzień wstał równie piękny jak poprzedni. Był jednak mniej upalny. Wieczorem przez telefon dowiedziałem się, że znad oceanu nadciągają do nas deszcze. U nas narazie było jednak słonecznie i trzeba to było wykorzystać. Dziś, na początek kierujemy się na pałac w Rigny-Usse. To bardzo interesujące miejsce. Tuż przed miastem wskaźnik na stary kościół. Pomimo dosyć długiego podjazdu decydujemy się z Kingą obejrzeć zabytek. Po około 3 kilometrach podjazdu w głębi lasu, przy zapomnianej i zarośniętej krzakami drodze do St. Benoit nad jakąś małą rzeczką stoi ogromny, nigdy nie wykończony kościół. W bezpośredniej okolicy tylko jeden dom. Poza tym pustka, cisza... określona na mapie jako Rigny. Jak się potem okazało, była to jedna najstarszych budowli w okolicy. Historia jednak spłatała wtedy figla mieszkańcom Rigny i osada rozwinęła się w zupełnie innym kierunku niż to zakładali budowniczowie kościoła. Dlatego stoi on do dziś z dala od Rigny-Usse: opuszczony, nigdy nie wykończony, z zamurowanymi drzwiami i oknami.
    Zaraz po wjechaniu do miasta natrafiamy na drugi - tym razem wykończony i używany kościół. Kilkaset metrów dalej - główną atrakcję miasta - pałac w Rigny-Usse. Tu jednak cena biletu jest tak absurdalna, że nawet Adamowie wymiękają i ze stoickim spokojem sączą kawę w przypałacowej kafejce. My z Kingą decydujemy się zjeść coś dalej - w tańszej okolicy. Na obiad stajemy więc dopiero w Huismes. Znajdujemy tu najpierw mały sklepik, a potem przytulny park, ławkę, kran z bieżącą wodą i sprawną toaletę. Spędzamy tu dłuższy czas.

    Posileni i wypoczęci ruszamy w kierunku Chinon. Następny odpoczynek urządzamy sobie w miniaturowym Rentille, a dokładnie to tuż za: na zacienionym, przydrożnym parkingu. Kolejne miasta na naszej drodze to Montsoreau i Candes. W Montsoreau podziwiamy panoramę na rozciągającą się na dolinę Loary. Z przewdodnika pamiętam zachęcający opis tej części doliny Loary. Pascal wychwala tą okolicę zuwagi na unikalny mikroklimat, wiele winnic i ukrytych w okolicznych pieczarach pownic winnych (tzw. cave). Tego popołudnia naliczyliśmy ich co najmniej kilkanaście.
    Zbliża się wieczór. Zaczynamy się więc rozglądać za noclegiem. Najbliższy kemping mamy jednak zaznaczony dopiero w Saumur. Postanawiamy więc tam sprawnie dojechać. Około godziny 19 jesteśmy w Saumur. Tu pobieżnie oglądamy miasto... tak naprawdę szukając czegoś do zjedzenia. Każda wyprawa ma jakiś mocny akcent. Tak było i tym razem. Przejeżdzając przez ulice miasta zahaczyłem sakwą o stojący na chodniku motocykl. Sakwa się rozdarła, motocykl się przewrócił... Problem zaczął się jednak dopiero kiedy chciałem bydlę podnieść... Przyzwyczajony do skali rowerowej nie zdawałem sobie sprawy ile może ważyć taki motocykl. Nie wiem ile ważył, ale mimo że nie jestem chucherkiem naprawdę ledwo go podniosłem. Sakwę prowizorycznie zawiązałem linkami swoimi i Pil. Zjedliśmy coś w lokalnym FastFoodzie i pognaliśmy na kemping... który jak się okazało leżał ładnych parę kilometrów za miastem. Nocny przejazd przez wymarłe dzielnice przemysłowe Saumur nie należał do najprzyjemniejszych. Szczególnie, że wskaźniki na kemping umieszczone były nader rzadko i nieprecyzyjnie. W końcu jednak udało się: około 2230 dojechaliśmy na kemping. Sprawnie rozłożyliśmy namiot, umyliśmy się. O tak późnej porze sklepik na kempingu był już zamknięty. Użyłem jednak całego osobistego uroku i po krótkich pertraktacjach z recepcjonistką udało mi się kupić trzy butelki coca-coli (niestety zwykłej wody nie mieli), tubkę koncentratu pomidorowego i dwa duże lody czekoladowe w papierku. Po dosyć egzotycznej kolacji złożonej z grochówki, koncentratu pomidorowego i lodów popitych colą pozostała nam jednak jedynie ochota na sen... Szycie sakwy odłożyłem więc na rano... Około pierwszej w nocy dobili do nas kierowani sms'ami Jola i Adam.

    Z rana okazało się, że na kempingu jest basen. Nasi współtowarzysze postanowili się radośnie popluskać podczas gdy mi przypadło w udziale mozolne zaszywanie sakwy. Pil dzielnie mi towarzyszyła. Otrzymałem "wskazówki na miejscu" ;) i praca ruszyła z kopyta. W międzyczasie doschło pranie. Koło południa upał zrobił się masywny, a powietrze ciężkie i duszne. Na horyzoncie pojawiły się czarne, burzowe chmury. Postanowiliśmy z Pil spokojnie poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. Kupiliśmy więc soczyste sorbety i usiedliśmy w cieniu. Ostatecznie mieliśmy dziś w planie i tak podróż pociągiem do Nantes. Adam i Jola postanowili dojechać rowerami do Angers.

    Wobec niepewnej pogody my zdecydowaliśmy się wrócić do Samur i obejrzeć to co poprzedniego wieczora zaliczyli już Adamowie. Tak więc bez pośpiechu dokończyliśmy lody i pojechaliśmy na zwiedzanie do miasta. Zaraz na przedmieściach złapała nas ulewa. Na szczęście w pierwszej fazie deszczu w pobliżu był wiadukt autostradowy. Za drugim razem schroniliśmy się w jakimś kinie. Jak się okazało repertuar mają identyczny jak w Polsce - tylko kino gorsze niż u nas. Na stacji kolejowej kupujemy bilety na godzinę 1800. Mamy więc całe sześć godzin na zwiedzanie. Oglądamy więc zamek i starówkę miejską. Robimy też zakupy i około godziny 16 na przyzamkowej polanie robimy sobie przrewę na obiad. Mamy miejscówkę z panoramą na całe Samur, Loarę i okolice.
    Po południu wsiadamy do pociągu który ma nas zawieźć do Angers. Tam mamy zaplanowaną przesiadkę na pociąg jadący do Nantes. Cały czas zastanawiamy się jak spotkamy się z Adamem, i czy przypadkiem nie złapali w Angers poprzedniego pociągu do Nantes. Kiedy już stoimy na peronie i czekamy na kolejny pociąg okazuje się że Adam i Jola czekają na ten sam pociąg co i my. Pozostałą część podróży odbywamy już wspólnie, w klimatyzowanym wnętrzu pociągu regionalnego. W Nantes jesteśmy około godziny 22. Tu szybki posiłek i jedziemy na kamping do pobliskiego St. Etiene. Niestety po ciemku brakujące 20km kończymy dopiero o 1 w nocy: wjeżdżamy na kompletnie ciemny, pogrążony we śnie kemping. Po rozstawieniu namiotów szukamy natrysków. Tu też wszystko wyłączone. Na szczęście jest woda. Około 2 nad ranem idziemy spać.

    Tego dnia odsypiamy poprzednią noc i w trasę wyruszamy dopiero koło południa. Na śniadanie zjadamy całe nasze zapasy. Jola jakimś cudem znajduje otwartą piekarnię i przynosi dla nas wszystkich pyszne bagietki. Gotujemy też kolejną zupkę, dopijamy resztki wody z dnia poprzedniego, zwijamy obozowisko i ruszamy w poszukiwaniu jakiegoś sklepu. Po kilku kilometrach postój. Kolejny litr owocowego sorbetu podnosi morale kompanii i na dalszą część dnia skutecznie poprawia nastroje.
    Z nowym zapasem sił wyruszamy do St. Nazaire. Niestety zaraz po wyjeździe mylimy drogę z Pil i z Adamem spotykamy się dopiero w St. Nazaire. Zwiedzamy za to małe mieściny i wioski nad Loarą. Z uwagi na tragiczne w tej okolicy oznakowanie kilka razy gubimy się, nadrabiamy drogi. W końcu jednak na horyzoncie naszym oczom ukazuje się monstrualnych rozmiarów most nad ujściem Loary do oceanu.

    Rozmiary tego mostu umożliwiły przeprowadzenie po nim autostrady. Pod spodem mogą przepływać pełnowymiarowe statki oceaniczne. Z ostatniego odcinka prowadzącego bezpośrednio do St. Nazaire zapamiętaliśmy jednak niezwykle dokuczliwy wiatr od oceanu wiejący nam prosto w twarz. Przejazd przez St. Nazaire również dostarczył nam niezapomnianych wrażeń. Zaczęło się od spelunowatej knajpki odwiedzanej przez przejeżdżających tu tirowców. Potem złapał nas deszcz, a na końcu wchłonęła nas chmura toksycznych wyziewów z płonącego opodal domu. Szczególnie wstrząsające były ostatnie doznania zapachowe.

    Po takich przeżyciach wjechaliśmy do St. Nazaire. Tu pojawił się problem: pomimo, że chcieliśmy się dostać na starówkę, wskaźniki za którymi podążaliśmy mimo, że na pozór kierowały nas zgodnie z naszą wolą, konsekwentnie wyprowadziły nas z miasta. W ten sposób minęliśmy najciekawszą część miasta, którą jednak udało się obejrzeć Adamowi i Joli. Jako że pora robiła się już późna, postanowiliśmy z Pil odpuścić sobie jego zabytki, a za to spokojnie pojechać na kemping, zrobić zaległe pranie i spróbować się wyspać. Dojazd na nocleg okazał się jednak niebanalny. To chyba cecha charakterystyczna lokalnego oznakowania: ustawione całkowicie chaotycznie, bez sensu i jakby głównie z myślą o zamożnych, zmotoryzowanych turystach. Nasza mapa pokazywała kemping w okolicach La Baule. To pierwsza miejscowość za St. Nazaire. W swojej naiwności sądziliśmy, że wskaźniki zaprowadzą nas na miejsce najkrótszą z możliwych dróg. Okazało się jednak, że najpierw podążając za wskaźnikami przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża 10km na zachód, po czym wskaźniki zawróciły i równoległą drogą wróciliśmy około 8 kilometrów spowrotem. Po drodze oczywiście minęliśmy kilkadziesiąt różnych hoteli i hotelików. Ostatecznie zakotwiczyliśmy w małym Belson. W odróżnieniu od kilku poprzednich dni z kempingami municypalnymi - dziś nocowaliśmy na drogim kempingu prywatnym. Drogim, ale za to z bardzo nierównym podłożem pokrytym rozmaitymi gałęziami, szyszkami i patykami. Nie udało się nam znaleźć poziomego kawałka terenu do rozstawiania namiotu. Całą noc zsuwaliśmy się w jeden koniec namiotu.

    Około 2 godziny po przybyciu na miejsce nasza grupa osiągnęła pełny stan osobowy. Po upraniu wszystkich brudów, w nadziei na suchą noc poszliśmy spać.

    Tej nocy przyroda nie była jednak dla nas łaskawa. Nad ranem wszystkie uprane poprzedniego wieczora rzeczy były jeszcze bardziej mokre niż gdy je wieszaliśmy na sznurkach. W ruch poszła więc kempingowa suszarka. Po około godzinnym suszeniu, które kosztowało nas około 2 Euro mogliśmy ruszać dalej. Dziś mieliśmy w planie obejrzenie Le Croisic i zaznaczonych na mapie grot klifowych. Na początku jednak okazało się że Adamowe zawołanie

"A Grzesiek naprawia!",

wciąż jeszcze miało swoją moc sprawczą. Zaraz po wyruszeniu z kempingu okazało się że nie działa mi prędkościomierz. Pobieżne oględziny pokazały, że przyczyną awarii jest urwana linka do sensora, albo uszkodzony sensor. Postanawiam więc skorzystać z okazji i nabyć jakiś nowy model licznika. Wstępujemy więc do pierwszego napotkanego sklepu rowerowego, w którym za 40 Euro nabywam nowy model. Niestety założyć go będę mógł dopiero wieczorem na kolejnym kempingu. Teraz nie mamy już czasu do stracenia. Plan zwiedzania mamy na ten dzień naprawdę jeszcze spory.
    Na pierwszy ogień idą tajemnicze groty zaznaczone na mapie jako atrakcja turystyczna. Oczywiście jakichkolwiek wskaźników czy informacji brak. Same groty udaje się nam zlokalizować dopiero z pomocą tubylców. Konkretnej informacji udziela nam właściciel hotelu, który ma własny dom w bezpośrednim sąsiedztwie naszych grot. Poza tym jest to nieznana szerzej atrakcja turystyczna. W samym Batz sur Mer oglądamy również kościów zniszczony w podczas inwazji aliantów na Normadię w czasie II wojny światowej. Kościół ten nie został odbudowany, a jego zakonserwowane ruiny mają przypominać o zakończonej wojnie i przestrzegać przed jej okropnościami. Tak więc zwiedzamy okolicę, oglądamy groty i po krótkim postoju gastronomicznym wyruszamy oglądać kolejną atrakcję dzisiejszego dnia - groblę prowadzącą przez tereny zalewowe. Jako że właśnie jest odpływ, korzystamy z okazji i przemykamy się groblą aż do La Turballe.

    Po drodze, znacznie spowalnia nas niezwykle silny, porywisty wiatr wiejący prosto w twarz i zdradliwie podwiewający z boku. Innej drogi jednak nie ma. Bez narzekania przez najbliższą godzinę mozolnie pedałując przemierzamy cały obszar zalewowy. Droga długimi kilometrami wije się po groblach. Co ciekawe, obszar ten jest wykorzystywany do pozyskiwania soli z wody morskiej. System grobli po których jedziemy w niewielkich, płytkich zbiornikach zamyka wodę, która w czasie przypływów napływa tu specjalnymi kanałami. Po napełnieniu zbiorniki są zamykane śluzami i przez jakiś czas woda paruje. Kiedy zbiornik jest suchy z dna jest zbierana sól, którą można kupić na okolicznych bazarach.

    Imponujący jest widok skutków działania wody szybko cofającej się do oceanu w czasie odpływów: głęboko wyżłobione koryto o stromych, pokrytych mułem i szlamem ścianach świadczy o sile przetaczającego się tu codziennie żywiołu.

    Pod wieczór dojeżdżamy do Piriac Sur Mer. To zabytkowe, korsarskie miasteczko zatrzymało nas swoim urokiem. Niestety silny, coraz zimniejszy wiatr wygonił nas z nabrzeża i wypełnionego jachtami portu. Jakiś czas spędziliśmy w okolicach centrum. W tym roku "narodziła się nowa świecka tradycja" . Były nią flany - pyszne ciasteczka trochę podobne do naszej napoleonki - pozbawione jednak całkowicie kruchego ciasta, za to z dodatkiem sera i konfitur, czasem rodzynków i bakalii. Tak więc w Piriac sur Mer znaleźliśmy ciastkarnię a w niej ulubione flany.
    Niebo całkowicie się zachmurzyło, a wiatr wiejący od oceanu zwiastował nadciągający deszcz. Nie zwlekając dłużej zebraliśmy się w dalszą drogę, coraz pilniej rozglądając się za kempingiem. Znaleźliśmy go 5km za miastem. Na miejscu sprawnie rozstawiliśmy namioty. Adam z Jolą wrócili do miasta na kolację, a my z Pil pojechaliśmy coś zjeść u pobliskiego Turka (a raczej Turczynki). Chcieliśmy się wcześniej położyć spać i nie ryzykować spotkania z deszczem.

    Zgodnie z przewidywaniem w nocy padało. Start na kolejny odcinek mieliśmy więc nieco utrudniony. Namioty były bowiem wilgotne i nie zanosiło się na to żeby miały wyschnąć. Co chwila złośliwie padał drobniutki kapuśniaczek. Około południa zdecydowaliśmy się dalej nie czekać. Złożyliśmy obozowisko tak jak było, licząc że od jednego razu wilgotne namioty nam nie zapleśnieją. Założyliśmy ubrania przeciwdeszczowe i pojechaliśmy. Deszcz skończył się po około 20 kilometrach w Camoel. Tu zrzuciliśmy kapoki i odrazu wzrosło tempo jazdy. Wjechaliśmy do Bretanii Pierwszym ciemawym obiektem do zwiedzenia był zameczek w Rochefort. Zachowany w idealnym stanie, położony w pobliżu uroczego średniowiecznego miasteczka. Bilety wstępu dosyć drogie, lecz warto wejść do środka i zobaczyć ślady dawnej świetności tej okolicy.

Samo miasteczko również ma swój niepowtarzalny nastrój. Wąskie uliczki i pochylone drewanine domy to relikt wieków średnich. Relikt urozmaicony współczesnymi lokalami gastronomicznymi, hotelami, bankami. W samym mieście zatrzymujemy się na dosyć krótko: wyjmujemy kasę z bamkomatu, zjadamy kolejengo smakowitego flana i wyruszamy w dalszą drogę. Po około 10 kilometrach jesteśmy w Cognard. Miasteczko nieco podobne do Rochefort.

    Adamowie chcą dokładniej zwiedzić miasteczko, my zaś z Pil decydujemy się z Pil nieznacznie podnieść tempo. Chcemy jeszcze za dnia dotrzeć na kolejny kemping. Ruszamy więc i nadajemy spokojne tempo około 24km/h. W ten sposób wkrótce mijamy Guer i kierujemy się na St. Malo (na to St. Malo położone w głębi lądu). Miasteczko mikroskopijne i jeden kemping municypalny. Na miejscu okazuje się, że kemping... to może i jest: jednak nie widzimy żadnej obsługi. Teren jest ogromny, otwarty, niestrzeżony i praktycznie niezamieszkały jeśli nie liczyć jednej przyczepy i dwóch namiotów. Na szczęście działają sanitariaty i jest woda w prysznicach. O dziwo nawet ciepła! Namiot rozbijamy w pobliżu innych kempingowiczów. Nie chcemy się w nocy rzucać w oczy w tak pustym i odludnym miejscu. Wybieramy więc miejsce pod płotem, między drzewami. W nocy okazuje się że po drugiej stronie płotu jest... cmentarz... max 10 metrów od nas.

    W końcu, pomimo podejrzanych ruchów na naszym wymarłym kempingu, szyszek co chwila spadających na nasz namiot i gałęzi rzucających jakieś upiorne cienie udaje się nam jakoś zasnąć.

    Wschód słońca rozpędził wszystkie nocne strachy. Podejrzanie wyglądające towarzystwo z drugiego końca kempingu okazało się zwyczajnym małżeństwem z dwójką dzieci. Cmentarz, który w nocy przy akompaniamencie rozszumiałych drzew w naszej wyobraźni urastał do rozmiarów nekropolii nawiedzanej przez upiory, w promieniach porannego słońca wrócił do swoich rzeczywistych rozmiarów.

    Etap rozpoczynamy od zwiedzania miasteczka... w którym nie ma kompletnie nic do oglądania. Trzy ulice na krzyż, cmentarz i opuszczony kemping. Turystyczny przebój. Po wyjechaniu z miasteczka nasza droga prowadzi nad malowniczym jeziorkiem, powoli wspinając się na niewysokie wzgórza o łagodnych, porośniętych lasami stokach. Dzisiejszy dzień zapowiada się bardzo spokojnie. Pogoda się ustabilizowała, jest ciepło, nie mamy za dużo w planie do oglądania. W zasadzie chcemy dojechać do oddalonego o jakieś 80 kilometrów Trinteniac i po drodze obejrzeć kilka menhirów.     Cały dzień mijamy senne wsie i miasteczka. W połowie drogi, około godziny 15 zatrzymujemy się w Montauban. Tu oglądamy otwarty kościół. W mieście jesteśmy w czasie gdy jest otwarta poczta. Korzystamy więc z niepowtarzalnej okazji i piszemy kartki do Polski. Wysyłamy je seryjnie, razem z napisanymi kilka dni temu.
    Przed Meredakiem trafiamy na tabliczkę kierującą nas na menhir. Podobno jakiś szczególny. OK. Skręcamy. Po około półgodzinnym dojeździe przez coraz mocniej pofałdowany teren docieramy do celu. Widzimy łąkę, elektrycznego pastucha i pasące się krowy. Z boku jest zostawiona ścieżka, którą można się dostać z pobliże sporego, podłużnego kamienia postawionego na sztorc. Oto piękny zabytek, obiekt westchnień niezliczonych rzeszy przybywających tu turystów.
    Zbudowani, pouczeni, uświadomieni i znacznie lepsi niż dotychczas, bogaci w wiedzę historyczną wyruszamy w dalszą drogę. Pod wieczór jesteśmy w Mederac. Tu decyzja: jedziemy dalej czy rozglądamy się gdzieś tu za kempingiem? Jedziemy do Trinteniac. Przynajmniej tak zasugerowali nam zapytani o drogę tubylcy. Brakujące kilkanaście kilometrów pokonujemy bardzo sprawnie: nic nam nie wieje w twarz, pogoda dopisuje, a i teren jest raczej równinny. Około 20 jesteśmy w Trinteniac. Po półgodzinnym poszukiwaniu kempingu rozbijamy namiot. Wieczorem robi się naprawdę zimno. Dla ogrzania wnętrza wszyscy gromadzimy się w przedsionku i gotujemy zupę. Zaraz robi się ciepło i przytulnie.

    Od ponad tygodnia zmagam się z zepsutym aparatem fotograficznym. Tego wieczora podejmuję kolejną próbę naprawienia go. Efekt jest zadowalający: przy pomocy rozgrzanego nad kuchenką widelca lutuję popękane luty do zasilania. Aparat zaczyna poprawnie działać - ale przestaje się wyłączać. Trudno - byle robił zdjęcia!

Zapada noc...

    Dziś zamierzamy dojechać do morza północnego. Pogoda się wyraźnie poprawiła. Jest znacznie cieplej. Wyruszamy w kierunku Dinan. Staramy się jednak wybierać mniej uczęszczane szlaki. Kolejne miejscowości na naszej trasie to Trimer i Evran. W miasteczku odbywa się jakiś festyn, ku czci czegoś tam. Wszędzie unosi się zapach grilla. Podejmujemy więc decyzję: tu zjemy obiad. Zamawiamy dwie kiełbasy z grilla. Po pół godzinie wytężonej pracy kucharza przed nami na stole pojawiają się dwa, mikroskopijne kawałki kiełbasy. Kosztują majątek a rozmiarem przypominają zakrzywione ołówki. Żenada. Na szczęście z puszek Coca-Coli nie udało się nikomu odessać zawartości. Nieco rozdrażnieni opuszczamy więc "lokal". W części zabytkowej kupujemy jeszcze kilka pamiątek, dwie rolki filmu do aparatu, pocztówki i jedziemy dalej.
    Teraz jedziemy już prosto do Dinan. Po drodze jednak przejeżdżamy na drugą stronę rzeki Rance. Naszym oczom ukazuje się średniowieczne miasteczko Lechon. Robi na nas piorunujące wrażenie. Jest jakby żywcem wyjęte z wieków średnich. Wąskie uliczki, kamienne domy, duży kościół. Wszystko to sprawia wrażenie autentyczności. Oglądamy więc co się da. W kościele obserwujemy jeden ślub, a na ulicach mijamy weselników i dopiero co zalegalizowaną Młodą Parę.

    Kolejny etap to Dinan. Tu, niestety tradycyjnie już mylimy drogę nie wjeżdżamy do zabytkowej części miasta. Droga prowadzi nas naokoło tak, że przez miasto praktycznie tylko przejeżdżamy. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Za dnia przejeżdżamy przez bardzo długi most zwodzony zamykający ujście rzeki Rance do morza. Podejrzewam, że oprócz funkcji mostu budowla ta pełni również rolę elektrowni pływowej. Widzimy też stado kormoranów siedzących na bojach. Mijamy Dinard i przez most kierujemy się do położonego na wysokim, urwistym wybrzeżu St. Malo. To cel dzisiejszego etapu. Na kemping wjeżdżamy jeszcze przed zachodem słońca. Mamy więc czas żeby się jeszcze cofnąć do miasta na zakupy. Pstrykamy też kilka fotek osuszonego odpływem portu.
    Pod wieczór obok naszego namiotu rozstawia się "kwiat" brytyjskiej młodzieży. Dowiadujemy się że wszystko w okolicy jest fuck, shit, beach. Te i inne partykuły emfatyczne, których znaczenia mogę się jedynie mgliście domyślać, używane zamiast znaków przestankowych wypełniały istotną treścią wszystkie wypowiedzi napotkanych Brytyjczyków. Około godziny 22 "kwiat młodzieży" wyrusza na podbój miasta. Kompletnie nawaleni wracają po kilku godzinach. W stanie pomroczności jasnej próbują wejść do czyjegoś namiotu. W odpowiedzi wywołują istną lawinę bluźnierstw wypowiedzianych po francusku i angielsku. Byłem pod wrażeniem znajomości rzeczy dzielnie broniącej się pary francuskich emerytów. Ostatecznie "kwiat" w sile 5 sztuk (takie było pogłowie kwiatu w momencie opuszczenia kempingu) zezwałował się do 3-osobowego namiotu. Partykuły emfatyczne krążą w powietrzu jeszcze jakiś czas... a my...

zmęczeni w końcu zasypiamy.

    Nad ranem namiot rozrywkowych Brytyjczyków pogrążony był w bolesnej ciszy poranka. Tak też miało pozostać do czasu naszego wyjazdu, kiedy to skierowaliśmy się do zabytkowej, otoczonej obronnymi murami części miasta. Tu umówiliśmy się z Adamem i Jolą. Niestety nie przewidzieliśmy jednej rzeczy: tłumu turystów przewalającego się we wszystkich kierunkach. Tak więc nie spotkaliśmy się. Wspólnie z Pil postanowiliśmy obejrzeć miasto na własną rękę i wyruszyć w dalszą drogę. Zwiedzanie nie potrwało długo: z uwagi na ogromną liczbę zwiedzających przemieszczanie się z rowerem po ulicach było nader kłopotliwe. Nie zabawiliśmy tu długo i pstryknąwszy kilka zdjęć (ostatnich moim aparatem, który właśnie ostatecznie odmówił dalszej współpracy) opuściliśmy St. Malo.
    Jadąc wzdłuż wybrzeża skierowaliśmy się do Le Mont St. Michel. Ciągle towarzyszył nam silny wmordewind. Oddaliliśmy się więc od wybrzeża i pojechaliśmy drogą nieco osłoniętą przez drzewa. Ścięliśmy cypel Pointe du Grouin i w okolicy St. Benoit des Ondes wróciliśmy na brzeg. Wiatr nieco się uspokoił. Po drodze minęliśmy kilka zabytkowych wiatraków. Przy wszystkich zejściach na plażę, na wystawach wszystkich wypożyczalni sprzętu do surfowania po morzu widać informacje o godzinie najbliższego przypływu i odpływu morza. Dużymi, czerwonymi literami wypisane są również ostrzeżenia o niebezpieczeństwie grożącym tym do w czasie przypływu pozostaliby daleko od brzegu.

    W Cherrueix nasza droga znowu odbija w głąb lądu. Decydujemy się więc skorzystać z okazji, z tego że akurat jest odpływ i zjechać na obszar morza właśnie osuszony odpływem. Co prawda tubylcy przed czymś nas ostrzegali. Wobec kilku godzin dzielących nas od przypływu uznaliśmy, że do Mont St. Michel spróbujemy dojechać nad samym morzem. Po kilku kilometrach dobrej drogi zrozumieliśmy przed czym ostrzegali nas tubylcy. Pojawiły się wyboje, po pewnym czasie cuchnące glony morskie a na końcu końskie odchody wymieszane z morskim szlamem. Na wysokości Quatre Salines dopadł nas deszcz. Spróbowaliśmy więc przyśpieszyć. Nie wyszło. Zjechaliśmy więc z plaży i asfaltowymi drogami pognaliśmy do końca dzisiejszego etapu. W Bauvoir sąsiadującym z Mont St. Michel znaleźliśmy kemping na którym niezwłocznie się rozbiliśmy. Po południu pojechaliśmy obejrzeć słynne miasto na wyspie. Nie dojechaliśy jednak do do samego miasta. Jeszcze na grobli łączącej gród ze stałym lądem zobaczyliśmy dosłownie tysiące pozostawionych na ogromnym parkingu samochodów, którymi przyjechali tu turyści zwiedzać miasto. Tak więc dziś odpuściliśmy sobie tą atrakcję.
    W całkowitym spokoju, delektując się ciszą i spokojem wieczora pojechaliśmy sobie jeszcze zjeść małże do jakiejś knajpy. Znaleźliśmy ją jakieś 5 kilometrów za Beuvoir, gdzieś na wysokości Bas Courtlis. Za jakieś śmieszne pieniądze dostaliśmy ogromną michę małży i drugą, równie wielką michę sałaty. Do tego wzięliśmy coś do picia. Wina woleliśmy nie ryzykować: przed nami było jeszcze te 5 kilometrów do pokonania w drodze powrotnej na pole namiotowe.

Dzień zakończyliśmy chrupiąc biszkopty w namiocie i słuchając kapiącego deszczu.

    Ten dzień od rana zapowiadał się nieciekawie. Padało co chwila i wiał silny wiatr. Po niebie przewalały się ołowiane chmury pędzone znad Atlantyku nad Europę. Nauczony jednak doświadczeniem sprzed kilku lat wiedziałem, że w pobliżu oceanu i morza północnego w ciągu pół godziny pogoda potrafi się zmienić z beznadziejnej, przesiąkniętej pleśnią, zimnej trzydniówy w piękny, słoneczny i ciepły dzień. Tak też stało się i dziś. Po południu wyjrzało słońce, a my pojechaliśmy obejrzeć Le Mont St. Michel.
    Po drodze zatrzymaliśmy się na zakupy w jedynym w okolicy sklepie czynnym w niedzielę. Po dłuższym zastanowieniu kupiliśmy dwa aparaty jednorazowe na 27 zdjęć każdy, w cenie trzech filmów na 36 klatek. Normalne - wielorazówki były w minimalnym wyborze, do tego w nienormalnych cenach. Wzięliśmy też jeszcze coś do jedzenia na popołudnie i wieczór.

    Podobnie jak poprzedniego dnia na grobli stały tysiące samochodów. My jednak musieliśmy dziś zwiedzić miasto. Obejrzeliśmy je na głębokość około 100 metrów - czyli na tyle na ile pozwalał kłębiący się tłum turystów.
    Po opuszczeniu zatłoczonych murów postanowiliśmy pojechać wgłąb morza i obejrzeć dno morskie po odpływie. Trzeba przyznać, że było to całkiem nowe doświadczenie. Przemierzając obszar odpływu napotkaliśmy trzy rodzaje podłoża: twardy jak beton, idealnie gładki piach, równie gładki piach pokryty milionami muszli i miękki, grzązki piach. Co pewien czas trafialiśmy na rzeki odpływowe - zmieniające się przy każdym odpływie kanały, którymi woda ucieka do morza. Oddalając się od miasta na skale co chwila podziwialiśmy ludzkie kłębowisko przewalające się wzdłuż murów. Z tym większą ulgą rozkoszowaliśmy się niezmierzoną przestrzenią, swobodą i... ciszą przerywaną jedynie krzykiem mew żerujących na florze i faunie pozostawionej tu przez cofające się morze
    Przemierzając suche dno i pokonując co płytsze groble w kanałach odpływowych wjechaliśmy na kilka kilometrów wgłąb "morza". W najdalszym punkcie naszej wędrówki urządziliśmy sobie piknik: biszkopty z jogurtem. Zanim zebraliśmy się do powrotu pozbieraliśmy jeszcze muszle. Godzinę przed przewidywanym początkiem przypływu bez pośpiechu skierowaliśmy się do brzegu i wróciliśmy na kemping.

    Po dniu spędzonym na słodkim leniuchowaniu znów wyruszamy w trasę. Pogoda już nie grozi nam przymusowym prysznicem. Zbieramy się więc i wyruszamy na ostatni już - znaczący - rowerowy etap naszej wyprawy. Jedziemy do Granville. Od kilku dni patrząc na morze widzimy górującą nad horyzontem Le Mont St. Michel. Dziś postanowiliśmy znaleźć miejsce, z którego dla odmiany nie widać klasztoru. Ukształtowanie okolicy jest jednak takie, że etapy poprzedni i dzisiejszy prowadzą dookoła góry. Interesujące jst również ukształtowanie dna morskiego. W czasie odpływów morze cofa się nawet o 30 kilometrów. Trzeba to mieć na uwadze zapuszczając się na osuszone obszary. W czasie przypływu, po płaskich (a takich jest zdecydowana większość) fragmentach dna woda napływa z prędkością przekraczającą nawet 60km/h. Nie daje to najmniejszych szans na ucieczkę zarówno na piechotę jak i rowerem. Chyba tylko motocykl crossowy prowadzony przez wprawną ręką miałby w tych warunkach jakieś szanse na ucieczkę.
    Zaraz po opuszczeniu kempingu na wysokości miasta Ceaux zatrzymujemy się w lokalnym sklepie z czymś. Tym czymś, jak się okazało były różnego rodzaju soki, napoje, wina i gorzałka. Wszystko wyprodukowane przez właścicieli sklepu. Mamy też możliwość spróbowania każdego ze specjałów. Po dłuższym namyśle i degustacji kupujemy dwa wina, mocno przefermentowany sok z gruszek (brrr... jeszcze do dziś mnie wstrząsa dreszcz kiedy przypomnę sobie smak tego paskudztwa) i konfiturę z mleka (to była pychota). Podziwiamy również bimbrownię na kołach, ukrytą za enigmatycznym napisem "ALAMBIC".

    Posileni i pocieszeni podążamy sobie spokojnie dalej, wzdłuż wybrzeża podziwiając okoliczności przyrody. W okolicy Genets zaliczamy największe wzniesienie dzisiejszego etapu: podjeżdżamy na poziom jakichś 30 metrów nad poziomem morza.
   Okolice Champeaux to malownicze i urokliwe klify oraz prywatne domy stojące tuż nad samym urwiskiem. Co ciekawe, po klifowych ścieżkach są poprowadzone szlaki turystyczne. Niestety szlaki te wybitnie nie nadają się dla turystyki rowerowej. Nie pozostaje nam więc nic innego jak tylko podziwiać widoki z poziomu szosy. W Carolles-Plage klif zanika i zjeżdżamy na plażę. Wraz z dziesiątkami innych turystów podziwiamy kolorowy zachód słońca nad morzem północnym. Adam kręci piruety nad samą wodą... Przyszedł przypływ i morze mamy u naszych stóp (dosłownie i w przenośni).

    Po zachodzie słońca robi się chłodno. Zakładamy jakieś ocieplacze i wracamy na szlak. Tym razem jedziemy tuż nad samą plażą, nadmorskim deptakiem. Noclegu szukamy od Julloville. Napotkane kempingi są jednak bardzo drogie. Jako że nie zależy nam jakoś szczególnie na przepłacaniu pomimo, że jest już ciemno jedziemy dalej.
    W okolice Granville docieramy pod wieczór. Jak zwykle dosyć długo szukamy kempingu. Kemping znajdujemy w Le Croisic. Przez bramę kempingu przejeżdżamy tuż przed północą. Solidnie jednak przedtem błądzimy i nadkładamy drogi. Sam kemping jest bardzo przyjemnie położony i dobrze utrzymany. Ziemia nadaje się pod namioty, a prysznice są w dobrym stanie. Wieczorem, kiedy rozstawialiśmy namioty ziemia wydawała się nam miękka. Samo rozbicie namiotów nie stanowiło więc problemu... Problemy miały się pojawić dopiero następnego dnia nad ranem...

    Problemem tym były ślimaki. To one nadawały glebie niezwykłą puszystość i miękkość. Spało się na tym dobrze, zważywszy że podłoga namiotu ma wysoką wodoodporność. Rano jednak, przy składaniu namiotu trzeba było cały ten "bio-materac" włansnoręcznie usunąć z namiotu.
    Wszystko co dobre szybko się kończy - tak mówi staropolskie powiedzenie, aktualne również na obczyźnie. Naturalną koleją rzeczy, podobnie jak wszystkie dotychczasowe, tak i obecna wyprawa dobiegła końca. Około 9 rano zbieramy się i wyruszamy na dworzec kolejowy. Po drodze oglądamy jeszcze samo Granville, port, umocnienia z czasów II Wojny Światowej.

Obowiązkowo również gubimy się w mieście. Ostatecznie jednak, odnajdujemy dworzec. Tu za około 50 Euro za osobę kupujemy bilety do Paryża. Mamy w zapasie jeszcze ponad godzinę do pociągu. Włóczymy się więc po ulicach, robimy jakieś drobne zakupy. W końcu przyjeżdża nasz pociąg. Pakujemy się do środka. Zaraz jednak pokazuje się bezmyślność przeciętnego Żabojada. Wjeżdżamy do ostatniego wagonu z początku szczelnie wypełniając całe przejście. Jest to jednak wagon ostatni. Po chwili ustawiamy rowery tak, że praktycznie nikomu nie przeszkadzają. W ciągu kilku minut, mając do dyspozycji kilka wagonów i kilkaset wolnych siedzeń bezmyślna Żabojadka sadowi się akurat na miejscu, na którym nasze obładowane rowery przeszkadzają. Na rezultaty nie trzeba długo czekać. Przychodzi konduktor i każe nam rowery powiesić na specjalnych rowerowych wieszakach. Nie pomagają tłumaczenia, że to nic nie da, że będzie nawet gorzej, że i tak wszystkiego pilnujemy i tak jak teraz zajmujmy miej miejsca. Tłumaczenia na nic się nie zdają: jeśli chcemy pojechać tym pociągiem musimy wypełnić zachciankę Kretyna W Mundurze (KWM). My nie mamy innego wyjścia a dla niego nie jest dla niego ważne, że wszystko będzie mniej stabilne, że dowalił nam zbędnej pracy, że Żabojadka ma kilkaset innych - wolnych miejsc do wyboru. Cytując jednak Marka Kondrata z CK-Dezerterów: "Tak to już jest, że w tłumie najbardziej zawsze zwraca na siebie uwagę idiota".

Ostatecznie spełniliśmy tylko 50% prośby KWM. Adam i Jola rozkulbaczyli swoje rumaki. My zaś z Pil prośbę KWM permanentnie olaliśmy przestawiając jedynie nasz sprzęt w pobliże wieszaków rowerowych. I tak nie było na nich już już więcej wolnych miejsc na rowery. Rezultat calego zamieszania był łatwy do przewidzenia: nasze rowery dwukrotnie zaliczyły glebę, a szerokość przejścia zmalała z początkowego 1.5m do zaledwie około 50cm. KWM był jednak usatysfakcjonowany w 100%.
    Po trzech godzinach podróży dojeżdżamy do Paryża. Wyładowujemy się z pociągu. Pierwszym wrażeniem było panujący w Paryżu upał. Nie ma tu już zimnego, wilgotnego wiatru od morza ani ołowianych chmur na niebie. Świeci słońce i jest naprawdę przyjemnie ciepło. Szybko się przebieramy w lżejsze ubrania i wyruszamy na poszukiwanie zarezerwowanej uprzednio kwatery. Przejeżdżamy przez cały Paryż. W okolicy Wieży Eifela obowiązkowo zaliczamy pamiątkowe zdjęcie.

    Kolejne dwa dni spędzamy na zwiedzaniu Paryża. Odwiedzamy wybrane muzea i galerie sztuki. Tym razem mam dobrego przewodnika (a raczej przewodniczkę), która cierpliwie pokazuje mi - laikowi jak patrzyć na obrazy, na co zwracać uwagę etc. Trzykrotnie próbujemy się dostać na Wieżę Eifela - i trzykrotnie, niemal w tym samym miejscu deszcz przegania nas gdzie indziej.
    Prowadzeni przez Adama robimy dłuuugi spacer po mieście w czasie którego odwiedzamy dzielnicę łacińską. Drugiego dnia pobytu w Paryżu podejmujemy desperacką próbę zakupienia czegoś gotowego w markecie. W kuchni mamy podobno sprawną kuchenkę mikrofalową. Czemu nie mamy jej wykorzystać? Kupujemy więc nieźle wyglądającą pizzę, przeznaczoną właśnie do mikrofali. "Danie" przygotowujemy nazwyczaj starannie i zgodnie z przepisem (przynajmniej tak nam sie wydaje ze dobrze zinterpretowalismy wydrukowane na opakowaniu obrazki - przeznaczone dla takich jak my analfabetów).
    Zaczynamy jeść.... tak... francuska pizza po preprocessingu stanowi wyzwanie dla prawdziwych twardzieli. Na dobrą sprawę zamiast poszukiwania jadalnych chrząszczy w dżungli Amazońskiej można by ją serwować na obozach przetrwania. Wrażenie jest doprawdy traumatyczne, a wspomnienia po spożytej pizzy zachowamy do późnego wieczora... następnego dnia.
    Po tak wykwintnym obiedzie wybieramy się na wycieczkę rowerową. O tym, że się oczywiście gubimy nie warto nawet wspominać. Tym razem jednak przeznaczenie zaprowadziło nas do samego serca dzielnicy murzyńskiej. To było mocne: po przejechaniu jednego skrzyżowania odniosłem wrażenie, że wjechaliśmy do jakiegoś innego wymiaru, do jakiegoś innego Świata. Wrażenie - piorunujące. Ulica zaśmiecona, na ulicy zaniedbane dzieci, przykręcone do murów kosze do koszykówki, tłumy jakichś podejrzanych typków - w nocy zapewne zupełnie niewidocznych. Mam ogromną ochotę zrobić zdjęcie. Z uwagi na niebezpiecznie rosnące zainteresowanie okazywane nam przez mieszkańców dzielnicy (nie wiem czy zainteresowanie dotyczyło nas, naszych dokumentów/kart czy naszych rowerów) czym prędzej się więc stamtąd wynosimy. Po kilku minutach szczęśliwi, wioząc dusze na ramieniu opuszczamy nieciekawy kwartał Paryża.
    Po mieście krążymy do wieczora, kiedy to wybieramy się rowerami na Mont Martre. Po drodze dostajemy SMS'a od Joli, że właśnie tam dotarli i są jakieś występy i że wogóle trzeba to zobaczyć. Podobnie jednak jak w St. Malo, czy Le Mont St. Michel tłum turystów sprawia, że znalezienie Adamów bez kolejnych telefonów, SMS'ów i dodatkowego szukania jest niemozliwe. Oglądamy więc kościół, cantralny plac, kilka bocznych uliczek, po czym zjeżdżając nieoświetlonym stokiem wzgórza wracamy do Paryża.
    Kręcimy się jeszcze jakiś czas po mieście, oglądamy oświetlone w nocy monumenty i gmachy. Ostatecznie około północy wracamy na naszą kwaterę.

    A to już naprawdę ostatni dzień naszego pobytu we Francji. Nasz samolot startuje o 1630. Z samego rana idziemy jeszcze obejrzeć kawałek miasta, ale koło 11 wyjeżdżamy już na lotnisko. Chcemy się tam dostać tak samo jak trzy tygodnie temu z niego wyjechaliśmy: paryską koleją RER. Zostawiliśmy sobie kilka godzin czasu w zapasie na nieplanowane wydarzenia, na łatanie ewentualnej dziury w dętce, na przygotowanie rowerów do nadania na bagaż. Wszystko bylo by pięknie... gdyby nie dała o sobie znowu znać ************** Żabojadów.

    Pierwsza rzecz to metro przystosowane do bagażu wielkości pojedyńczej bagietki. We wspaniałej większości bramki nie przepuszczą pasażera nawet z niewielką walizką. Trzeba szukać specjalnego przejścia a potem frajera który to przejście nam otworzy. Tak wiec pierwszym problemem na który sie natkneliśmy było wejście do metra. O ruchomych schodach nawet nie wspominam... Cud że po pół godzinie poszukiwań znalazłem zejście do metra (ruchome schody były spalone) z otwieralną bramką. Kolejny problem to przejazd metrem do RER'a. Różnice poziomów pod ziemią musieliśmy pokonywać po schodach (wind żabojady nie zainstalowały). Ostatecznie udało się i dotarliśmy na przystanek RER'a. Tu jednak żeby nie było zbyt prosto, pociągi tej samej linii jeżdżą raz na lotnisko, a raz gdzieś pod Paryż. Odczekaliśmy więc swoje na cuchnącym peronie. Przyjechał nasz pociąg. Wsiadamy a raczej wpychamy się do zatłoczonego wagonu pełnego zapoconych murzynów. Peronowe wyświetlacze pokazują że pociąg jedzie na lotnisko, lecz tylko na terminal A. Terminal B jest zgaszony zarówno na stacji na której wsiadaliśmy jak i na wszystkich pozostałych stacjach przez które przejeżdżamy. Zapas czasu, którego mieliśmy bardzo dużo, zaczął się w niepokojącym tempie kurczyć. Na terminalu A wszyscy wysiadają. Nie zastanawiając się wiele, w obawie że pociąg zaraz zawróci również wysiadamy. Pomyśleliśmy że lotnisko - choć duże - to uda się nam objechać rowerami. Problem pojawił się zaraz po wyjściu z pociągu: wysokie, zwykłe betonowe schody, którymi musieliśmy się wydostać na poziom 0. W końcu jesteśmy na górze - jednak pojawia się kolejna przeszkoda: bramki przeznaczone dla Żabojadów z bagietkami w rękach. Żadnego wyjścia awaryjnego: zwarty kordon wysokich barierek i wąskie bramki. A czasu coraz mniej... Szybka decyzja: skoro pociąg którym tu przyjechaliśmy pojechał jednak dalej (a jakże by inaczej ?!?!), to pewnie następny również pojedzie na terminal B. Schodzimy więc na peron i czekamy. Przyjeżdza pociąg. Pakujemy się do środka, lecz maszynista złośliwie próbuje przytrzasnąć wsiadającą Pil. Na szczęście udaje mi się w porę zablokować drzwi (mam ochotę dać żabojadowi po mordzie). Jesteśmy na lotnisku. Problem francuskich oznaczeń powraca z całą mocą. Kierujemy się do naszego bloku. Oznaczenia jednak w pewnym momencie prowadzą w kółko. Po kolejnej pół godzinie jesteśmy na ostatniej kondygnacji parkingu. Do odlotu zostało nam 30 minut. Zdesperowany zatrzymuję nadjeżdżający autobus i pytam o drogę (dotychczas pytani turyści byli bezradni, a obsługa udawała że nie rozumie po angielsku... typowe w żabojadowni). Kierowca okazuje się człowiekiem i daje mi precyzyjne wskazówki jak najszybciej dotrzeć do celu (zaznacza żebyśmy przypadkiem nie jechali za wskaźnikami). Jesteśmy na miejscu: odszukanie naszej odprawy zajmuje kolejne cenne minuty. Ostatecznie, zaczynamy rozkręcać rowery 15 minut przed odlotem. Idę do przedstawiciela LOT'u i proszę żeby chwilę na nasz poczekali. Na 5 minut przed odlotem w niewyobrażalnym pośpiechu przygotowujemy sakwy do nadania i układamy je na wadze. Nadzwyczaj uprzejmy pracownik lotniska (to chyba dla zachowania równowagi z obojętnością i bezmyślnością spotkanych dziś żabojadów) załatwia transport rowerów do samolotu. 5 minut po godzinie odlotu kończymy odprawę lotniskową i wbiegamy do sali odlotów...




... naszego lotu nie ma już na monitorach...



... a pasażerowie naszego rejsu... siedzą spokojnie na fotelach i czekają na zaproszenie na pokład. Kolejne 20 minut opóźnienia - wchodzimy na pokład i czekamy 40 minut na pozwolenie na start. W Warszawie jesteśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem.

W ten sposób zakończyła się kolejna, wspaniała i niezapomniana

Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa 2004



    W tym miejscu pozostaje mi zadać tradycyjne już pytanie: gdzie za rok?
Może ponownie odwiedzimy Hiszpanię? Może jeszcze raz pojedziemy do południowych Włoch?
W każdym razie na pewno nie pojedziemy tam gdzie może padać częściej niż przelotnie raz na miesiąc.

Następna relacja za rok!


Rozkład dzienny przejechanej trasy

 Etap 
Z
Do
  Dystans przejechany na rowerze  
[km]
Data
1 Warszawa Paryż / Etampes / Andoville
55
25 VII
2 Andoville Oliviet
78
26 VII
3 Oliviet Muides sur Loire
57
27 VII
4 Muides sur Loire Chaumont
68
28 VII
5 Chaumont Chisseaux
43
29 VII
6 Chisseaux Azay le Rideau
85
30 VII
7 Azay le Rideau Azay le Rideau
64
31 VII
8 Azay le Rideau St. Hilaire sur Loire
49
1 VIII
9 St. Hilaire sur Loire St. Etienne
87
2 VIII
10 St. Etienne La Baule
43
3 VIII
11La Baule Piriac sur Mer
86
4 VIII
12Piriac sur Mer St. Malo de Beignon
107
5 VIII
13St. Malo de Beignon Trinteniac
79
6 VIII
14Trinteniac St.Malo
66
7 VIII
15St.Malo Beauvior
76
8 VIII
16Beauvior Beauvior
18
9 VIII
17Beauvior Granville
73
10 VIII
18Granville Paryż
14
11 VIII
19Paryż Paryż
37
12 VIII
20Paryż Warszawa
25
13 VIII


Statystyka wyprawy

Liczba dni jazdy 20
łącznie 20
Etap najkrótszy 14km
najdłuższy 107km
średnio 63.6km
łącznie 1210km
Prędkość max 58.6km/h
średnia 17.6km/h
Czas jazdy łączny 68:45
dziennie 3:37
Złapane gumy 0
Pęknięte opony 0
Uszkodzone manetki 2
Padnięte liczniki 1
Zepsute pompki rowerowe 1
Pęknięte materace 4
Padnięte aparaty foto 1
Zgubione czapki 1
Zgubione lampki 1
Urwane błotniki 1
Połamane lusterka 1
Zużyte butle CampingGas-470 2
Zużyte butle CampingGas-240 2
Pstryknięte zdjęcia 1700
Znalezione 10 Euro


Legenda do oznaczeń

dzień rowerowy
podjazd pociągiem
kłopoty techniczne
silny wmordewind
deszcz
trasa kombinowana... zazwyczaj generująca większe opóźnienie
przelot samolotem
kemping
i to też kemping
zwiedzanie na piechotę
dzień spędzony na jeżdżeniu w kółko, kilometry nabite, wieczorem jesteśmy tam gdzie rano.

Autorzy zdjęć: wszyscy uczestnicy wyprawy