Ten rok od początku zapowiadał się interesująco. Już od maja miałem zapowiedzi... ba nawet naciski na szybki wyjazd i na niezwłoczny zakup biletów... Chętnych było aż 6 osób! Ostatecznie, jak to zwykle bywa zapał opadł, a życie bezlitośnie pokrzyżowało plany i z początkowego obfitego grona sześciorga chętnych pozostały tylko dwie osoby, czyli ja i Kinga. W ostatniej chwili, ale za to poważnie i skutecznie zgłosili się Adam i Jola. Termin odjazdu 25VII zbliżał się szybkimi krokami... nadciągała kolejna, już siódma z kolei
Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa 2004 |
|
Korzystając z promocji LOTu kupiliśmy bilety za nieco ponad 900 zł. Była to najtańsza taryfa na przelot do Paryża. Co prawda wszystkie pseudotanie linie lotnicze kusiły na pozór bardziej atrakcyjnymi cenami, lecz po podliczeniu wszystkich podatków i opłat lotniskowych LOT wychodził co najmniej 80 zł taniej. Walnie się do tego przyczyniła możliwość zabrania rowerów w cenie biletu. Można było również zarezerwować na rowery miejsce w naszym samolocie.
Nie było to jednak takie proste ja by się mogło wydawać. Już na samym początku, przy próbie zejścia na peron trafiliśmy na opór bezmyślnej francuskiej materii: bramki przeznaczone były dla podróżnych z naprawdę niewielkim bagażem podręcznym. Jak się okazało w takim przypadku trzeba wzywać obsługę lotniska, żeby otwierała specjalne przejście... o ile takie w ogóle istnieje. Jeśli nie... to pasażer ma po prostu problem który nikogo nie obchodzi. W paryskim metrze, na starych liniach takich przejść niestety zazwyczaj nie ma. Sam przejazd koleją to nic nadzwyczajnego: cuchnący wagon, przycinające pasażerów drzwi, tłum. W Paryżu dodatkowy kłopot: stacja na której mieliśmy się przesiąść na drugą linię RER była akurat remonotwana. Musieliśmy więc ostro kombinować objeżdżając zamknięty obszar innymi liniami, dbając o to żeby wszędzie się dało przecisnąć z rowerami i żeby nie wyjść poza bramki metra (konieczność zakupu nowego biletu). Nie będę tu opisywał dziesiątków schodów ruchomych po których przerzucaliśmy nasze sprzęty i kilku przesiadek w metrze... To było naprawdę wielce upierdliwe i dziś, wolał bym chyba objechać Paryż rowerem niż jeszcze raz powtarzać te akrobacje. Wówczas ratował nas jednak Adam z jego doskonałą znajomością miasta i samego metra paryskiego. "A Grzesiek naprawia!", które bardzo wszystkim przypadło do gustu. No bo ile razy u licha jednego dnia można naprawiać i regulować przerzutkę, hamulce?! Pod wieczór jesteśmy w Mereville. Tu, robimy pierwsze tego roku zakupy. W niedzielę otwarty był tylko prowadzony przez Turka InterSpar. Jeszcze parę kilometrów i mijamy Andoville. Po wyjechaniu z miasteczka, ostatnie kilometry dzielące nas od kempingu pokonujemy w promieniach słońca zachodzącego za naszymi plecami. W powietrzu czujemy pył nawiewany z okolicznych pól a wzniecony przez pracujące kombajny. |
|
Rano... no może względnie rano "A Grzesiek naprawia!",
dalej ma swoją magiczną moc. Tym razem ponowna regulacja przerzutki Pil, tylnej przerzutki Adama, moje hamulce i zmagania z torbą na kierownicę Pil. Gotowe, ruszamy! Pierwsze 2 km i postój w Ecreville. Tym razem pompowanie kół i dalej w drogę.
W Geancie udaje nam się jednak zakupić praktycznie wszystkie potrzebne rzeczy. Mamy już na czym gotować (dwie półkilowe turystyczne butle z gazem), ja znajduję upragnione manetki, Adam kupuje pierwszy na tej wyprawie ser "wędrujący" i ryzykujemy jakieś lokalne tanie wino. Uradowani zakupami, obładowani wracamy na kemping na kolację przy świecach. Po pierwszej degustacji wina porzucamy jednak pomysł dalszych zakupów tanich win. Problemem nie była ich lokalność i cena lecz piorunujący skład chemiczny. Okazało się, że nawet we Francji nie można schodzić poniżej 10 Euro za butelkę... |
|
Zaraz po przebudzeniu ochoczo zabieram się za wymianę manetek. Cały kemping jeszcze śpi, ale w naszym namiocie już wre praca. Po około godzinie manetki są zamontowane i wyregulowane. Stare maksymalnie rozbebeszam i wyjmuję z nich jakieś absurdalne i nieprzydatne części. Nie wiem po co... ale wsadzam je do narzędzi a resztę...z ciężkim sercem wyrzucam. Tak, z ciężkim sercem... przejechałem z nimi grubo ponad 40 tysięcy kilometrów i były one ostatnim elementem roweru zakupionego w Wiedniu w 1990 roku. Będąc w domu nie wyrzucił bym ich, tylko wypucował i dołączył do kolekcji zajeżdżonych elementów... |
|
Program miał być spory i intensywny? Miał być i taki też był od samego rana. Na początek pojechaliśmy do pobliskiego pałacu Chambord. To chyba najbardziej charakterystyczny z odwiedzonych zamków i pałaców nad Loarą. Od dłuższego już czasu jechaliśmy szlakami rowerowymi prowadzącymi przez najciekawsze turystycznie miejsca wzdłuż całej Loary aż do jej ujścia do oceanu. Tak i teraz szlak zaprowadził nas prosto na pałac. Gigantyczny teren pałacowych ogrodów... powodował uczucie zagubienia. Po około 6 km od bram posiadłości zobaczyliśmy pałac . Po drodze minęło nas kilka samochodów i autobusów. Wjechaliśmy na główny plac za pałacem. Pil od rana miała coraz większe kłopoty z rowerem. Zwiastowało to, że moc adamowego zaklęcia ciągle rosła. I faktycznie, zaledwie się zatrzymaliśmy okazało się, że bez solidnej naprawy Pil dalej nie pojedzie. Oczywiście trzeba było naprawić nie Pil ale jej rower. "A Grzesiek ciągle naprawia!", Oznaczało to, że Adam i Jola właśnie wrócili ze zwiedzania pałacu. Teraz była nasza kolej. Kłopoty techniczne się jednak jeszcze nie skończyły. |
|
Zaraz przy próbie zrobienia pierwszego dziś zdjęcia współpracy odmówił aparat fotograficzny. I tak miało pozostać praktycznie do samego końca wyprawy. Zrobiła się godzina 14, pora więc była wyruszyć w dalszą drogę. Teraz, naszym celem było Bracieux, Cour Cheverny, Sambin i Chaumont sur Loire. Wszędzie miały być kolejne zamki i pałace do oglądania. |
|
Kolejny dzień wstał przepiękny: bezchmurne niebo, słaby wiaterek i silne słońce. Z kempingu wyruszamy wczesnym przedpołudniem i kierujemy się do pobliskiego zamku położonego na wysokim wzgórzu Chaumont. Sam podjazd do zamku jest upiornie stromy ale dajemy radę. Na górze panorama na dolinę Loary. Zamek oglądamy z zewnątrz. Nie mamy bowiem zamiaru płacić kilkunastu Euro od osoby za samo wejście do wnętrza, które tak naprawdę nic nowego już nam nie przyniesie. Swoim rozmiarem imponują gigantyczne drzewa w ogrodzie otaczającym zamek. W ich cieniu urządzamy sobie krótki odpoczynek, po którym wyruszamy w dalszą drogę. Tego dnia oddalamy się od rzeki. Loarę mamy dopiero zobaczyć następnego dnia. Dziś kierujemy się na południe do kolejnego zamczyska w Montrichard oraz najbardziej chyba charakterystycznego i efektownie się prezentującego zamku w Chenonceaux. Po drodze mijamy jeszcze Vallieres les Grandes gdzie z racji narastającego upału Adam się zaczął gotować. Robimy więc dłuższy postój. W Montrichard zwiedzamy jedną z licznych w tej okolicy cave - czyli winiarni ukrytych w podziemnych jaskiniach. Po uiszczeniu stosownej opłaty za przewodnika wchodzimy do jaskini i oglądamy zarówno najstarszą jak i aktualnie czynną część zakładu. Korytarze ciągną się setkami metrów, z których my oglądamy tylko część leżącą najbliżej wejścia. Po opuszczeniu przyjemnego chłodu cave idziemy na degustację wina które przed chwilą widzieliśmy jak leżakuje. Adam kupuje dwie butelki na kolację.
Po odpoczynku ruszamy wzdłuż rzeki do Chenonceaux. W międzyczasie oglądamy mniejsze i mniej znane pałace i zameczki, jak na przykład położony na zboczu góry zamek w Chissay. Do
Chenonceaux docieramy późnym popołudniem, praktycznie tuż przed zamknięciem obiektu. Kupujemy więc szybko bilety i wchodzimy po kolei: najpierw Pil i ja a potem Adamowie.
Po dłuższym posiedzeniu zaczyna się już ściemniać. Decydujemy się zanocować gdzieć tu w pobliżu, a jutro rano wyruszyć w trasę trochę wcześniej niż dziś. Najbliższy kemping jest w odległości około 3 kilometrów na wschód - w Chisseaux. Mimo że to trochę nie po drodze, cofamy się o ten odcinek. tuż Położony nad rzeką Cher kemping okazuje się być bardzo sympatyczny. Podłoże jest równe, lecz dość twarde, raczej przeznaczone dla karavaningu. Tradycją dnia poprzedniego wybór miejsca na nocleg zajmuje dłuższą chwilę mimo, że tym razem dysponujemy poletkiem zaledwie 50 x 50 m. Postęp jednak jest widoczny i już po pół godzinie zabieramy się za rozbijanie obozowiska. Mnie znowu nachodzą traperskie wspomnienia tym razem z Włoch 1998. Jesteśmy na kempingu, w pobliżu jest woda i jest cicho. Brakuje nam tylko........ pociągu! Nie upłynęła minuta. Ze wspomnień wyrwał mnie pociąg podmiejski przejeżdząjący z hukiem w odległości jakichś 100 metrów od kempingu. Tak! Teraz do kompletu brakowało tylko pryszniców śmierdzących glonem morskim. Na szczęście do morza było jeszcze stosunkowo daleko. |
|
Dzień wstał tradycyjnie piękny, lecz z uwagi na początki grypy, dla Adama miał to być jeden z najcięższych dni tego obozu. To się jednak dopiero miało okazać po jakimś czasie. Tego dnia chcemy z Pil pojechać prosto, bez zbędnego kluczenia i nadkładania drogi. I tak względem początkowego planu trasy mamy już cały jeden dzień w plecy. Ruszamy więc do Chenonceaux. Jola znowu zaczyna kluczyć w poszukiwaniu ścieżek rowerowych, więc odbijamy szosą na Amboise. Najkrótszą drogą dojeżdżamy do celu i czekamy na resztę peletonu.
Kierujemy się na St. Martin. W międzyczasie na mapie zobaczyłem, że powinien tam być kemping. W związku z marnym samopoczuciem Adama uznałem, że dobrze mieć dziś w rezerwie coś takiego. Adam był jednak twardy i powiedział, że możemy jechać dalej. Skierowaliśmy się więc na Tours. Po drodze wcinamy kolejne lody i sączymy kolejny sorbet - tym razem z Coca-Coli. Po przejechaniu na zachodnią stronę Tours zaczynamy się rozglądać za noclegiem. Zbliżamy się do zbiegu dwóch rzek: Loary i Cher. Tu musimy przejechać na południową stronę Cher. Szukamy kempingu w Savonieres. Niestety od lat jest on nieczynny i z biegiem czasu coraz bardziej zdewastowany. Mijamy więc tylko jego odpychające swoim wyglądem ruiny. Żeby nie forsować dystansu proponuję wrócić 4 km do Ballan-Mire. Jednak tamtejszy kemping jest nam całkowicie nie po drodze. Nie chcemy się wracać. Jedziemy więc do - leżącego tym razem na naszej trasie - kempingu w oddalonym o 15km Azay le Rideau. Po drodze mijamy kolejną cave udostępnioną dla zwiedzających i dziś już zamknięty kolejny kompleks pałacowy - Villandry. Jeśli chcemy to obejrzeć będziemy musieli tu wrócić następnego dnia
Brakujące do kempingu 15 kilometrów pokonujemy z Kingą bardzo sprawnie. Złapaliśmy już niewielką kondycję i pomimo niewielkiego pofałdowania terenu na kemping w Azay le Rideau docieramy jeszcze długo przed zmrokiem. Kemping przestronny, stosunkowo mało zapełniony, a także bardzo dobrze utrzymany. Około godziny 21 na kemping docierają również Adam i Jola. Godzinę później ciszę nocną rozdzierają jakieś nieludzkie zawodzenia i kocia muzyka. W czasie kolacji ustaliliśmy, że dźwięki te pochodzą z pobliskiego pałacu i że jacyś lokalni artyści zapewne produkują się przed turystami. Przywiodło mi to na myśl wspomnienie włoskich i hiszpańskich kempingów, na których obowiązkowym punktem wieczornego programu było karaoke - tym głośniejsze im dany kemping cieszył się większym powodzeniem i miał więcej gwiazdek. Oczywiście szło to w parze z ceną, jaką trzeba było zapłacić za noc na takim kempingu. Kocia muzyka we francuskim wykonaniu nie dawała nam spokoju jeszcze długo po północy. W końcu udało się nam jakoś zasnąć. Następnego dnia nasze wieczorne domysły potwierdziły się: gdy nam udało się zasnąć, Jola poszła do pałacu na piechotę i sprawdziła co się tam dzieje. Wiedziona kocią muzyką obejrzała sobie pobliski pałacyk i miasteczko. |
|
Następnego dnia Adam wyglądał na całkiem zdrowego. Tego dnia postanawiamy jednak zwiedzić liczne w tej okolicy zabytki. Cały dzień jeździmy więc bez bagażu. Na tym samym kempingu zostajemy na jeszcze jedną noc. Co prawda nasze opóźnienie wzrosło w tym momencie do dwóch dni i zaczęło zagrażać rezerwie przeznaczonej na zwiedzanie Paryża ale pomyślałem, że jakoś się to potem nadrobi. Z samego rana, zaraz po szybkim śniadaniu pojechaliśmy więc zwiedzać okolicę. Na pierwszy ogień poszło Sache - mała wiejska rezydencja Balzaca. Trzaskamy zdjęcia i kierujemy się na mijane wczoraj groty w Savonnieres. Okolica jest tak samo pofałdowana jak wczoraj, toteż do grot dojeżdżamy z Pil około 3 godziny wcześniej niż reszta peletonu. Po dłuższym oczekiwaniu groty i winiarnię decydujemy się zwiedzić we dwójkę. W lokalnym sklepiku można kupić "bardzo stare" rzeczy znalezione w jaskiniach. Jak się potem miało okazać, wszystkie te - pokryte wapieniem - "starocia" zostały poddane procesowi kilkuletniej petryfikacji. Wszystkie wystawione dziś na sprzedaż przedmioty przez dwa-trzy lata moczyły się w przepływających przez podziemia, przesyconych minerałami solankach. W głębi grot, na końcu zwiedzania degustujemy lokalne wina. Gdy my wychodzimy na powierzchnię po obejrzeniu pierwszej groty, Adam i Jola właśnie wchodzą do pierwszej z jaskiń. Nie czekając na nich kierujemy się w stronę Villandry. Tu z racji bardzo wysokiej ceny biletu wchodzimy tylko do pałacowych ogrodów. Na parkingu przed pałacem Pil znajduje 10 Euro. Tuż przed naszym odjazdem z Villandry na miejsce przybywają Adam i Jola. |
|
Kolejny dzień wstał równie piękny jak poprzedni. Był jednak mniej upalny. Wieczorem przez telefon dowiedziałem się, że znad oceanu nadciągają do nas deszcze. U nas narazie było jednak słonecznie i trzeba to było wykorzystać. Dziś, na początek kierujemy się na pałac w Rigny-Usse. To bardzo interesujące miejsce. Tuż przed miastem wskaźnik na stary kościół. Pomimo dosyć długiego podjazdu decydujemy się z Kingą obejrzeć zabytek. Po około 3 kilometrach podjazdu w głębi lasu, przy zapomnianej i zarośniętej krzakami drodze do St. Benoit nad jakąś małą rzeczką stoi ogromny, nigdy nie wykończony kościół. W bezpośredniej okolicy tylko jeden dom. Poza tym pustka, cisza... określona na mapie jako Rigny. Jak się potem okazało, była to jedna najstarszych budowli w okolicy. Historia jednak spłatała wtedy figla mieszkańcom Rigny i osada rozwinęła się w zupełnie innym kierunku niż to zakładali budowniczowie kościoła. Dlatego stoi on do dziś z dala od Rigny-Usse: opuszczony, nigdy nie wykończony, z zamurowanymi drzwiami i oknami. |
|
Z rana okazało się, że na kempingu jest basen. Nasi współtowarzysze postanowili się radośnie popluskać podczas gdy mi przypadło w udziale mozolne zaszywanie sakwy. Pil dzielnie mi towarzyszyła. Otrzymałem "wskazówki na miejscu" ;) i praca ruszyła z kopyta. W międzyczasie doschło pranie. Koło południa upał zrobił się masywny, a powietrze ciężkie i duszne. Na horyzoncie pojawiły się czarne, burzowe chmury. Postanowiliśmy z Pil spokojnie poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. Kupiliśmy więc soczyste sorbety i usiedliśmy w cieniu. Ostatecznie mieliśmy dziś w planie i tak podróż pociągiem do Nantes. Adam i Jola postanowili dojechać rowerami do Angers.
Wobec niepewnej pogody my zdecydowaliśmy się wrócić do Samur i obejrzeć to co poprzedniego wieczora zaliczyli już Adamowie. Tak więc bez pośpiechu dokończyliśmy lody i pojechaliśmy na zwiedzanie do miasta. Zaraz na przedmieściach złapała nas ulewa. Na szczęście w pierwszej fazie deszczu w pobliżu był wiadukt autostradowy. Za drugim razem schroniliśmy się w jakimś kinie. Jak się okazało repertuar mają identyczny jak w Polsce - tylko kino gorsze niż u nas. Na stacji kolejowej kupujemy bilety na godzinę 1800. Mamy więc całe sześć godzin na zwiedzanie. Oglądamy więc zamek i starówkę miejską. Robimy też zakupy i około godziny 16 na przyzamkowej polanie robimy sobie przrewę na obiad. Mamy miejscówkę z panoramą na całe Samur, Loarę i okolice. |
|
Tego dnia odsypiamy poprzednią noc i w trasę wyruszamy dopiero koło południa. Na śniadanie zjadamy całe nasze zapasy. Jola jakimś cudem znajduje otwartą piekarnię i przynosi dla nas wszystkich pyszne bagietki. Gotujemy też kolejną zupkę, dopijamy resztki wody z dnia poprzedniego, zwijamy obozowisko i ruszamy w poszukiwaniu jakiegoś sklepu. Po kilku kilometrach postój. Kolejny litr owocowego sorbetu podnosi morale kompanii i na dalszą część dnia skutecznie poprawia nastroje.
Po takich przeżyciach wjechaliśmy do St. Nazaire. Tu pojawił się problem: pomimo, że chcieliśmy się dostać na starówkę, wskaźniki za którymi podążaliśmy mimo, że na pozór kierowały nas zgodnie z naszą wolą, konsekwentnie wyprowadziły nas z miasta. W ten sposób minęliśmy najciekawszą część miasta, którą jednak udało się obejrzeć Adamowi i Joli. Jako że pora robiła się już późna, postanowiliśmy z Pil odpuścić sobie jego zabytki, a za to spokojnie pojechać na kemping, zrobić zaległe pranie i spróbować się wyspać. Dojazd na nocleg okazał się jednak niebanalny. To chyba cecha charakterystyczna lokalnego oznakowania: ustawione całkowicie chaotycznie, bez sensu i jakby głównie z myślą o zamożnych, zmotoryzowanych turystach. Nasza mapa pokazywała kemping w okolicach La Baule. To pierwsza miejscowość za St. Nazaire. W swojej naiwności sądziliśmy, że wskaźniki zaprowadzą nas na miejsce najkrótszą z możliwych dróg. Okazało się jednak, że najpierw podążając za wskaźnikami przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża 10km na zachód, po czym wskaźniki zawróciły i równoległą drogą wróciliśmy około 8 kilometrów spowrotem. Po drodze oczywiście minęliśmy kilkadziesiąt różnych hoteli i hotelików. Ostatecznie zakotwiczyliśmy w małym Belson. W odróżnieniu od kilku poprzednich dni z kempingami municypalnymi - dziś nocowaliśmy na drogim kempingu prywatnym. Drogim, ale za to z bardzo nierównym podłożem pokrytym rozmaitymi gałęziami, szyszkami i patykami. Nie udało się nam znaleźć poziomego kawałka terenu do rozstawiania namiotu. Całą noc zsuwaliśmy się w jeden koniec namiotu. |
|
Tej nocy przyroda nie była jednak dla nas łaskawa. Nad ranem wszystkie uprane poprzedniego wieczora rzeczy były jeszcze bardziej mokre niż gdy je wieszaliśmy na sznurkach. W ruch poszła więc kempingowa suszarka. Po około godzinnym suszeniu, które kosztowało nas około 2 Euro mogliśmy ruszać dalej. Dziś mieliśmy w planie obejrzenie Le Croisic i zaznaczonych na mapie grot klifowych. Na początku jednak okazało się że Adamowe zawołanie "A Grzesiek naprawia!",
wciąż jeszcze miało swoją moc sprawczą. Zaraz po wyruszeniu z kempingu okazało się że nie działa mi prędkościomierz. Pobieżne oględziny pokazały, że przyczyną awarii jest urwana linka do sensora, albo uszkodzony sensor. Postanawiam więc skorzystać z okazji i nabyć jakiś nowy model licznika. Wstępujemy więc do pierwszego napotkanego sklepu rowerowego, w którym za 40 Euro nabywam nowy model. Niestety założyć go będę mógł dopiero wieczorem na kolejnym kempingu. Teraz nie mamy już czasu do stracenia. Plan zwiedzania mamy na ten dzień naprawdę jeszcze spory.
Po drodze, znacznie spowalnia nas niezwykle silny, porywisty wiatr wiejący prosto w twarz i zdradliwie podwiewający z boku. Innej drogi jednak nie ma. Bez narzekania przez najbliższą godzinę mozolnie pedałując przemierzamy cały obszar zalewowy. Droga długimi kilometrami wije się po groblach. Co ciekawe, obszar ten jest wykorzystywany do pozyskiwania soli z wody morskiej. System grobli po których jedziemy w niewielkich, płytkich zbiornikach zamyka wodę, która w czasie przypływów napływa tu specjalnymi kanałami. Po napełnieniu zbiorniki są zamykane śluzami i przez jakiś czas woda paruje. Kiedy zbiornik jest suchy z dna jest zbierana sól, którą można kupić na okolicznych bazarach.
Imponujący jest widok skutków działania wody szybko cofającej się do oceanu w czasie odpływów: głęboko wyżłobione koryto o stromych, pokrytych mułem i szlamem ścianach świadczy o sile przetaczającego się tu codziennie żywiołu. |
|
Zgodnie z przewidywaniem w nocy padało. Start na kolejny odcinek mieliśmy więc nieco utrudniony. Namioty były bowiem wilgotne i nie zanosiło się na to żeby miały wyschnąć. Co chwila złośliwie padał drobniutki kapuśniaczek. Około południa zdecydowaliśmy się dalej nie czekać. Złożyliśmy obozowisko tak jak było, licząc że od jednego razu wilgotne namioty nam nie zapleśnieją. Założyliśmy ubrania przeciwdeszczowe i pojechaliśmy. Deszcz skończył się po około 20 kilometrach w Camoel. Tu zrzuciliśmy kapoki i odrazu wzrosło tempo jazdy. Wjechaliśmy do Bretanii Pierwszym ciemawym obiektem do zwiedzenia był zameczek w Rochefort. Zachowany w idealnym stanie, położony w pobliżu uroczego średniowiecznego miasteczka. Bilety wstępu dosyć drogie, lecz warto wejść do środka i zobaczyć ślady dawnej świetności tej okolicy.
Samo miasteczko również ma swój niepowtarzalny nastrój. Wąskie uliczki i pochylone drewanine domy to relikt wieków średnich. Relikt urozmaicony współczesnymi lokalami gastronomicznymi, hotelami, bankami. W samym mieście zatrzymujemy się na dosyć krótko: wyjmujemy kasę z bamkomatu, zjadamy kolejengo smakowitego flana i wyruszamy w dalszą drogę. Po około 10 kilometrach jesteśmy w Cognard. Miasteczko nieco podobne do Rochefort. |
|
Wschód słońca rozpędził wszystkie nocne strachy. Podejrzanie wyglądające towarzystwo z drugiego końca kempingu okazało się zwyczajnym małżeństwem z dwójką dzieci. Cmentarz, który w nocy przy akompaniamencie rozszumiałych drzew w naszej wyobraźni urastał do rozmiarów nekropolii nawiedzanej przez upiory, w promieniach porannego słońca wrócił do swoich rzeczywistych rozmiarów. Zapada noc...
|
|
Dziś zamierzamy dojechać do morza północnego. Pogoda się wyraźnie poprawiła. Jest znacznie cieplej. Wyruszamy w kierunku Dinan. Staramy się jednak wybierać mniej uczęszczane szlaki. Kolejne miejscowości na naszej trasie to Trimer i Evran. W miasteczku odbywa się jakiś festyn, ku czci czegoś tam. Wszędzie unosi się zapach grilla. Podejmujemy więc decyzję: tu zjemy obiad. Zamawiamy dwie kiełbasy z grilla. Po pół godzinie wytężonej pracy kucharza przed nami na stole pojawiają się dwa, mikroskopijne kawałki kiełbasy. Kosztują majątek a rozmiarem przypominają zakrzywione ołówki. Żenada. Na szczęście z puszek Coca-Coli nie udało się nikomu odessać zawartości. Nieco rozdrażnieni opuszczamy więc "lokal". W części zabytkowej kupujemy jeszcze kilka pamiątek, dwie rolki filmu do aparatu, pocztówki i jedziemy dalej.
Kolejny etap to Dinan. Tu, niestety tradycyjnie już mylimy drogę nie wjeżdżamy do zabytkowej części miasta. Droga prowadzi nas naokoło tak, że przez miasto praktycznie tylko przejeżdżamy. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Za dnia przejeżdżamy przez bardzo długi most zwodzony zamykający ujście rzeki Rance do morza. Podejrzewam, że oprócz funkcji mostu budowla ta pełni również rolę elektrowni pływowej. Widzimy też stado kormoranów siedzących na bojach. Mijamy Dinard i przez most kierujemy się do położonego na wysokim, urwistym wybrzeżu St. Malo. To cel dzisiejszego etapu. Na kemping wjeżdżamy jeszcze przed zachodem słońca. Mamy więc czas żeby się jeszcze cofnąć do miasta na zakupy. Pstrykamy też kilka fotek osuszonego odpływem portu. zmęczeni w końcu zasypiamy.
|
|
Nad ranem namiot rozrywkowych Brytyjczyków pogrążony był w bolesnej ciszy poranka. Tak też miało pozostać do czasu naszego wyjazdu, kiedy to skierowaliśmy się do zabytkowej, otoczonej obronnymi murami części miasta. Tu umówiliśmy się z Adamem i Jolą. Niestety nie przewidzieliśmy jednej rzeczy: tłumu turystów przewalającego się we wszystkich kierunkach. Tak więc nie spotkaliśmy się. Wspólnie z Pil postanowiliśmy obejrzeć miasto na własną rękę i wyruszyć w dalszą drogę. Zwiedzanie nie potrwało długo: z uwagi na ogromną liczbę zwiedzających przemieszczanie się z rowerem po ulicach było nader kłopotliwe. Nie zabawiliśmy tu długo i pstryknąwszy kilka zdjęć (ostatnich moim aparatem, który właśnie ostatecznie odmówił dalszej współpracy) opuściliśmy St. Malo.
W Cherrueix nasza droga znowu odbija w głąb lądu. Decydujemy się więc skorzystać z okazji, z tego że akurat jest odpływ i zjechać na obszar morza właśnie osuszony odpływem. Co prawda tubylcy przed czymś nas ostrzegali. Wobec kilku godzin dzielących nas od przypływu uznaliśmy, że do Mont St. Michel spróbujemy dojechać nad samym morzem. Po kilku kilometrach dobrej drogi zrozumieliśmy przed czym ostrzegali nas tubylcy. Pojawiły się wyboje, po pewnym czasie cuchnące glony morskie a na końcu końskie odchody wymieszane z morskim szlamem. Na wysokości Quatre Salines dopadł nas deszcz. Spróbowaliśmy więc przyśpieszyć. Nie wyszło. Zjechaliśmy więc z plaży i asfaltowymi drogami pognaliśmy do końca dzisiejszego etapu. W Bauvoir sąsiadującym z Mont St. Michel znaleźliśmy kemping na którym niezwłocznie się rozbiliśmy. Po południu pojechaliśmy obejrzeć słynne miasto na wyspie. Nie dojechaliśy jednak do do samego miasta. Jeszcze na grobli łączącej gród ze stałym lądem zobaczyliśmy dosłownie tysiące pozostawionych na ogromnym parkingu samochodów, którymi przyjechali tu turyści zwiedzać miasto. Tak więc dziś odpuściliśmy sobie tą atrakcję. Dzień zakończyliśmy chrupiąc biszkopty w namiocie i słuchając kapiącego deszczu.
|
|
Ten dzień od rana zapowiadał się nieciekawie. Padało co chwila i wiał silny wiatr. Po niebie przewalały się ołowiane chmury pędzone znad Atlantyku nad Europę. Nauczony jednak doświadczeniem sprzed kilku lat wiedziałem, że w pobliżu oceanu i morza północnego w ciągu pół godziny pogoda potrafi się zmienić z beznadziejnej, przesiąkniętej pleśnią, zimnej trzydniówy w piękny, słoneczny i ciepły dzień. Tak też stało się i dziś. Po południu wyjrzało słońce, a my pojechaliśmy obejrzeć Le Mont St. Michel.
Podobnie jak poprzedniego dnia na grobli stały tysiące samochodów. My jednak musieliśmy dziś zwiedzić miasto. Obejrzeliśmy je na głębokość około 100 metrów - czyli na tyle na ile pozwalał kłębiący się tłum turystów. |
|
Po dniu spędzonym na słodkim leniuchowaniu znów wyruszamy w trasę. Pogoda już nie grozi nam przymusowym prysznicem. Zbieramy się więc i wyruszamy na ostatni już - znaczący - rowerowy etap naszej wyprawy. Jedziemy do Granville. Od kilku dni patrząc na morze widzimy górującą nad horyzontem Le Mont St. Michel. Dziś postanowiliśmy znaleźć miejsce, z którego dla odmiany nie widać klasztoru. Ukształtowanie okolicy jest jednak takie, że etapy poprzedni i dzisiejszy prowadzą dookoła góry. Interesujące jst również ukształtowanie dna morskiego. W czasie odpływów morze cofa się nawet o 30 kilometrów. Trzeba to mieć na uwadze zapuszczając się na osuszone obszary. W czasie przypływu, po płaskich (a takich jest zdecydowana większość) fragmentach dna woda napływa z prędkością przekraczającą nawet 60km/h. Nie daje to najmniejszych szans na ucieczkę zarówno na piechotę jak i rowerem. Chyba tylko motocykl crossowy prowadzony przez wprawną ręką miałby w tych warunkach jakieś szanse na ucieczkę.
Posileni i pocieszeni podążamy sobie spokojnie dalej, wzdłuż wybrzeża podziwiając okoliczności przyrody. W okolicy Genets zaliczamy największe wzniesienie dzisiejszego etapu: podjeżdżamy na poziom jakichś 30 metrów nad poziomem morza.
Po zachodzie słońca robi się chłodno. Zakładamy jakieś ocieplacze i wracamy na szlak. Tym razem jedziemy tuż nad samą plażą, nadmorskim deptakiem. Noclegu szukamy od Julloville. Napotkane kempingi są jednak bardzo drogie. Jako że nie zależy nam jakoś szczególnie na przepłacaniu pomimo, że jest już ciemno jedziemy dalej. |
|
Problemem tym były ślimaki. To one nadawały glebie niezwykłą puszystość i miękkość. Spało się na tym dobrze, zważywszy że podłoga namiotu ma wysoką wodoodporność. Rano jednak, przy składaniu namiotu trzeba było cały ten "bio-materac" włansnoręcznie usunąć z namiotu. Obowiązkowo również gubimy się w mieście. Ostatecznie jednak, odnajdujemy dworzec. Tu za około 50 Euro za osobę kupujemy bilety do Paryża. Mamy w zapasie jeszcze ponad godzinę do pociągu. Włóczymy się więc po ulicach, robimy jakieś drobne zakupy. W końcu przyjeżdża nasz pociąg. Pakujemy się do środka. Zaraz jednak pokazuje się bezmyślność przeciętnego Żabojada. Wjeżdżamy do ostatniego wagonu z początku szczelnie wypełniając całe przejście. Jest to jednak wagon ostatni. Po chwili ustawiamy rowery tak, że praktycznie nikomu nie przeszkadzają. W ciągu kilku minut, mając do dyspozycji kilka wagonów i kilkaset wolnych siedzeń bezmyślna Żabojadka sadowi się akurat na miejscu, na którym nasze obładowane rowery przeszkadzają. Na rezultaty nie trzeba długo czekać. Przychodzi konduktor i każe nam rowery powiesić na specjalnych rowerowych wieszakach. Nie pomagają tłumaczenia, że to nic nie da, że będzie nawet gorzej, że i tak wszystkiego pilnujemy i tak jak teraz zajmujmy miej miejsca. Tłumaczenia na nic się nie zdają: jeśli chcemy pojechać tym pociągiem musimy wypełnić zachciankę Kretyna W Mundurze (KWM). My nie mamy innego wyjścia a dla niego nie jest dla niego ważne, że wszystko będzie mniej stabilne, że dowalił nam zbędnej pracy, że Żabojadka ma kilkaset innych - wolnych miejsc do wyboru. Cytując jednak Marka Kondrata z CK-Dezerterów: "Tak to już jest, że w tłumie najbardziej zawsze zwraca na siebie uwagę idiota".
Ostatecznie spełniliśmy tylko 50% prośby KWM. Adam i Jola rozkulbaczyli swoje rumaki. My zaś z Pil prośbę KWM permanentnie olaliśmy przestawiając jedynie nasz sprzęt w pobliże wieszaków rowerowych. I tak nie było na nich już już więcej wolnych miejsc na rowery. Rezultat calego zamieszania był łatwy do przewidzenia: nasze rowery dwukrotnie zaliczyły glebę, a szerokość przejścia zmalała z początkowego 1.5m do zaledwie około 50cm. KWM był jednak usatysfakcjonowany w 100%. |
|
Kolejne dwa dni spędzamy na zwiedzaniu Paryża. Odwiedzamy wybrane muzea i galerie sztuki. Tym razem mam dobrego przewodnika (a raczej przewodniczkę), która cierpliwie pokazuje mi - laikowi jak patrzyć na obrazy, na co zwracać uwagę etc. Trzykrotnie próbujemy się dostać na Wieżę Eifela - i trzykrotnie, niemal w tym samym miejscu deszcz przegania nas gdzie indziej. |
|
A to już naprawdę ostatni dzień naszego pobytu we Francji. Nasz samolot startuje o 1630. Z samego rana idziemy jeszcze obejrzeć kawałek miasta, ale koło 11 wyjeżdżamy już na lotnisko. Chcemy się tam dostać tak samo jak trzy tygodnie temu z niego wyjechaliśmy: paryską koleją RER. Zostawiliśmy sobie kilka godzin czasu w zapasie na nieplanowane wydarzenia, na łatanie ewentualnej dziury w dętce, na przygotowanie rowerów do nadania na bagaż. Wszystko bylo by pięknie... gdyby nie dała o sobie znowu znać ************** Żabojadów.
Pierwsza rzecz to metro przystosowane do bagażu wielkości pojedyńczej bagietki. We wspaniałej większości bramki nie przepuszczą pasażera nawet z niewielką walizką. Trzeba szukać specjalnego przejścia a potem frajera który to przejście nam otworzy. Tak wiec pierwszym problemem na który sie natkneliśmy było wejście do metra. O ruchomych schodach nawet nie wspominam... Cud że po pół godzinie poszukiwań znalazłem zejście do metra (ruchome schody były spalone) z otwieralną bramką. Kolejny problem to przejazd metrem do RER'a. Różnice poziomów pod ziemią musieliśmy pokonywać po schodach (wind żabojady nie zainstalowały). Ostatecznie udało się i dotarliśmy na przystanek RER'a. Tu jednak żeby nie było zbyt prosto, pociągi tej samej linii jeżdżą raz na lotnisko, a raz gdzieś pod Paryż. Odczekaliśmy więc swoje na cuchnącym peronie. Przyjechał nasz pociąg. Wsiadamy a raczej wpychamy się do zatłoczonego wagonu pełnego zapoconych murzynów. Peronowe wyświetlacze pokazują że pociąg jedzie na lotnisko, lecz tylko na terminal A. Terminal B jest zgaszony zarówno na stacji na której wsiadaliśmy jak i na wszystkich pozostałych stacjach przez które przejeżdżamy. Zapas czasu, którego mieliśmy bardzo dużo, zaczął się w niepokojącym tempie kurczyć. Na terminalu A wszyscy wysiadają. Nie zastanawiając się wiele, w obawie że pociąg zaraz zawróci również wysiadamy. Pomyśleliśmy że lotnisko - choć duże - to uda się nam objechać rowerami. Problem pojawił się zaraz po wyjściu z pociągu: wysokie, zwykłe betonowe schody, którymi musieliśmy się wydostać na poziom 0. W końcu jesteśmy na górze - jednak pojawia się kolejna przeszkoda: bramki przeznaczone dla Żabojadów z bagietkami w rękach. Żadnego wyjścia awaryjnego: zwarty kordon wysokich barierek i wąskie bramki. A czasu coraz mniej... Szybka decyzja: skoro pociąg którym tu przyjechaliśmy pojechał jednak dalej (a jakże by inaczej ?!?!), to pewnie następny również pojedzie na terminal B. Schodzimy więc na peron i czekamy. Przyjeżdza pociąg. Pakujemy się do środka, lecz maszynista złośliwie próbuje przytrzasnąć wsiadającą Pil. Na szczęście udaje mi się w porę zablokować drzwi (mam ochotę dać żabojadowi po mordzie). Jesteśmy na lotnisku. Problem francuskich oznaczeń powraca z całą mocą. Kierujemy się do naszego bloku. Oznaczenia jednak w pewnym momencie prowadzą w kółko. Po kolejnej pół godzinie jesteśmy na ostatniej kondygnacji parkingu. Do odlotu zostało nam 30 minut. Zdesperowany zatrzymuję nadjeżdżający autobus i pytam o drogę (dotychczas pytani turyści byli bezradni, a obsługa udawała że nie rozumie po angielsku... typowe w żabojadowni). Kierowca okazuje się człowiekiem i daje mi precyzyjne wskazówki jak najszybciej dotrzeć do celu (zaznacza żebyśmy przypadkiem nie jechali za wskaźnikami). Jesteśmy na miejscu: odszukanie naszej odprawy zajmuje kolejne cenne minuty. Ostatecznie, zaczynamy rozkręcać rowery 15 minut przed odlotem. Idę do przedstawiciela LOT'u i proszę żeby chwilę na nasz poczekali. Na 5 minut przed odlotem w niewyobrażalnym pośpiechu przygotowujemy sakwy do nadania i układamy je na wadze. Nadzwyczaj uprzejmy pracownik lotniska (to chyba dla zachowania równowagi z obojętnością i bezmyślnością spotkanych dziś żabojadów) załatwia transport rowerów do samolotu. 5 minut po godzinie odlotu kończymy odprawę lotniskową i wbiegamy do sali odlotów... W ten sposób zakończyła się kolejna, wspaniała i niezapomniana
Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa 2004 |
Rozkład dzienny przejechanej trasy
| Etap | Z |
Do |
Dystans przejechany na rowerze [km] |
Data |
| 1 | Warszawa | Paryż / Etampes / Andoville | 55 | 25 VII |
| 2 | Andoville | Oliviet | 78 | 26 VII |
| 3 | Oliviet | Muides sur Loire | 57 | 27 VII |
| 4 | Muides sur Loire | Chaumont | 68 | 28 VII |
| 5 | Chaumont | Chisseaux | 43 | 29 VII |
| 6 | Chisseaux | Azay le Rideau | 85 | 30 VII |
| 7 | Azay le Rideau | Azay le Rideau | 64 | 31 VII |
| 8 | Azay le Rideau | St. Hilaire sur Loire | 49 | 1 VIII |
| 9 | St. Hilaire sur Loire | St. Etienne | 87 | 2 VIII |
| 10 | St. Etienne | La Baule | 43 | 3 VIII |
| 11 | La Baule | Piriac sur Mer | 86 | 4 VIII |
| 12 | Piriac sur Mer | St. Malo de Beignon | 107 | 5 VIII |
| 13 | St. Malo de Beignon | Trinteniac | 79 | 6 VIII |
| 14 | Trinteniac | St.Malo | 66 | 7 VIII |
| 15 | St.Malo | Beauvior | 76 | 8 VIII |
| 16 | Beauvior | Beauvior | 18 | 9 VIII |
| 17 | Beauvior | Granville | 73 | 10 VIII |
| 18 | Granville | Paryż | 14 | 11 VIII |
| 19 | Paryż | Paryż | 37 | 12 VIII |
| 20 | Paryż | Warszawa | 25 | 13 VIII |
Statystyka wyprawy
| Liczba dni | jazdy | 20 |
| łącznie | 20 | |
| Etap | najkrótszy | 14km |
| najdłuższy | 107km | |
| średnio | 63.6km | |
| łącznie | 1210km | |
| Prędkość | max | 58.6km/h |
| średnia | 17.6km/h | |
| Czas jazdy | łączny | 68:45 |
| dziennie | 3:37 | |
| Złapane gumy | 0 | |
| Pęknięte opony | 0 | |
| Uszkodzone manetki | 2 | |
| Padnięte liczniki | 1 | |
| Zepsute pompki rowerowe | 1 | |
| Pęknięte materace | 4 | |
| Padnięte aparaty foto | 1 | |
| Zgubione czapki | 1 | |
| Zgubione lampki | 1 | |
| Urwane błotniki | 1 | |
| Połamane lusterka | 1 | |
| Zużyte butle CampingGas-470 | 2 | |
| Zużyte butle CampingGas-240 | 2 | |
| Pstryknięte zdjęcia | 1700 | |
| Znalezione | 10 Euro |
Legenda do oznaczeń
![]() |
dzień rowerowy |
![]() |
podjazd pociągiem |
![]() |
kłopoty techniczne |
![]() |
silny wmordewind |
![]() |
deszcz |
![]() |
trasa kombinowana... zazwyczaj generująca większe opóźnienie |
![]() |
przelot samolotem |
![]() |
kemping |
![]() |
i to też kemping |
![]() |
zwiedzanie na piechotę |
![]() |
dzień spędzony na jeżdżeniu w kółko, kilometry nabite, wieczorem jesteśmy tam gdzie rano. |
Autorzy zdjęć: wszyscy uczestnicy wyprawy