|
Włochy - to drugi, zaraz po starożytnej Grecji kraj, w któym kształtowała się kultura i cywilizacja współczesnej Europy. Po odbyciu trzech rowerowych wypraw po Włoszech (1997, 1998, 2001), co roku planowałem by najblisze wakacje, po raz kolejny spędzić we Włoszech. Plan udało mi się zrealizować dopiero w roku 2005. Pil chciała jechać praktycznie od chwili powrotu z rowerowania po Francji. W okolicy maja 2005 chęć rowerowego wyjazdu na Sycylię wyrazili również Adam i Jola - nasi ubiegłoroczni współwłóczęgowicze. Ekipa osiągnęła więc skład osobowy roku 2004 i przygotowania ruszyły pełną parą.
Tym samym, kolejna -
Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa 2005 - rozpoczęła się na dobre.
|
|
Po 150 minutach lotu wysiadamy na lotnisku w Katanii. W ciągu godziny od naszego przylotu pojawiają się nasze rowery. Kolejna godzina wytężonej pracy i wszystko jest gotowe do drogi. |
|
Kolejnego dnia postanawiamy wyjechać możliwie jak najwcześniej. Chcemy z Pil uniknąć upału i najgorętsze godziny przesiedzieć spokojnie w cieniu. Wstajemy więc o 6 rano... lecz Adam i Jola ze swojego namiotu wychodzą na światło dzienne dopiero około godziny 9. |
|
Na dzisiejszy poranek mieliśmy zaplanowane zwiedzanie Taorminy. Rano jednak Adam zachęcił nas do zmiany trasy i obejrzenia najpierw kanionu i przełomu rzeki Alcantara. Z rozmowy z tubylcami wynikało, że jest to lokalna atrakcja położona zaledwie około 20km w głąb lądu. Z ich relacji wynikało ze góry nie są wcale nie są tak duże jak to wyglądało na mapie. Zostawiamy więc całe nasze obozowisko i bez obciążenia jedziemy w góry, do Gola di Alcantara. W Trappitello robimy sobie krótki odpoczynek, zjadamy porcję soczystych brzoskwiń i raźno ruszamy dalej w drogę! Około godziny 10 jesteśmy na miejscu. Kąpiel moja i Pil ograniczyła się do zamoczenia stóp w przeraźliwie zimnej wodzie. Jakiś czas stoimy na kamienistej plaży... czekamy aż Adam i Jola nacieszą się zimną wodą. Po ich powrocie na suchy ląd nie spiesząc się wracamy na kemping do San Marco. Tu zwijamy naszą część obozowiska i koło południa wyruszamy do Taorminy. |
|
Tak jak zaplanowaliśmy wstajemy wcześnie rano. Kiedy cały kemping jeszcze mocno śpi my już przygotowujemy się do wyjazdu: śniadanie, mycie, zwijanie namiotu... Jednak i dziś nie jest nam dane wcześnie wyruszyć na trasę. Nasi sąsiedzi okazują się bowiem bardzo sympatycznym, starszym włoskim małżeństwem. Rozmawiamy z nimi chyba przez godzinę, skutkiem czego kemping opuszczamy dopiero około godziny 10. |
|
Dziś ruszyliśmy o 7:50. Na początku jedziemy na samo Punta del Faro o Capo Paradiso. Tu oglądamy latarnię morską i linię wysokiego napięcia, której budowę rozpoczęto przed laty. Jednak inwestycja do dziś nie została ukończona. W najbliższych latach ma w tym miejscu powstać największy na świecie most wiszący nad cieśniną messyńską tzw. "ponte sullo stretto" łączący kontynent z Sycylią. Będzie to jedna z najbardziej kontrowersyjnych włoskich inwestycji ostatnich lat. |
|
Poprzedniego dnia poszliśmy spać z postanowieniem wczesnej pobudki i wczesnego wyjazdu. Znowu nam jednak nie wyszło. Mimo że udało się nam nawet uwiecznić wschód słońca o 5:15, w trasie jesteśmy dopiero o 9:30, a to za sprawą wyjątkowo intensywnej porannej rosy: około godziny 7 nasz namiot wyglądał jak po intensywnej ulewie a zanim mogliśmy zwinąć nasze obozowisko musiał przecież całkowicie wyschnąć. Dodatkowo musieliśmy jeszcze czekać najpierw na otwarcie recepcji kempingu, a potem na uruchomienie terminala kasowego (skończyła się nam gotówka i musieliśmy zapłacić kartą). |
|
Zaraz po przebudzeniu pierwszą myślą było: "co z Adamem i Jolą? Czy nic im się nie stało? Gdzie są?". Wyglądam z namiotu i... kamień z serca! SĄ! Po wyjściu z namiotu okazało się, że ich namiot stoi obok naszego. |
|
Dzisiejszy etap rozpoczynamy osobno. Jola chce jeszcze raz obejrzeć dokładnie Santo Stefano di Camastra. Nasi towarzysze postanawiają więc wrócić 10 km do Santo Stefano di Camastra i obejrzeć wszystko to, czego nie zdążyli poprzedniego dnia. My jednak uznajemy, że nie musimy ciągle zwiedzać, że możemy sobie odpuścić mniej znaczące zabytki. Tak więc chwilowo nam wystarczy i wyruszamy w dalszą drogę. Jedziemy w kierunku Cefalu. Tu robimy sobie przerwę. Kupujemy najmniejszego arbuza jaki udaje mi się znaleźć na straganie, po czym kierujemy się do portu, gdzie pracowicie zjadamy nasze 3.5kg porcje. Miasto w którym własnie siedzimy słynie licznymi mozaikami. Jakiś czas spędzamy na nadmorskiej promenadzie. Wybiło południe. Uznajemy więc nie ma co dłużej siedzieć. Wyruszamy więc w drogę. Wolimy jechać niż zasypiać w cieniu. |
|
Rano czekamy na otwarcie recepcji, płacimy za nocleg i o 9 jesteśmy już w trasie. Żeby nie przedłużać porannego ceremoniału śniadanie postanawiamy zjeść dopiero po drodze. Pierwsze 10km przemierzamy błyskawicznie, a niewielkie górki zupełnie nam nie przeszkadzają. Dopóki się da chcemy maksymalnie wykorzystać poranną świeżość powietrza. |
|
Ten dzień nie wyróżnił się niczym szczególnym poza... kryzysem kondycyjnym ekipy. Rano opuściliśmy nasz kamping we czwórkę. Po niedługim jednak czasie, gdy ja i Pil zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, Adam i Jola pogonili do przodu. Daleko nie ujechali i po około pół godzinie zobaczyliśmy ich zwiśniętych i rozklapcianych w cieniu ogrodzenia jakiejś rezydencji. Nam jednak też tego dnia nie szło. Po krótkim odpoczynku znowu ruszyliśmy wszyscy razem, ale po chwili stwierdziliśmy, że znowu jedziemy z Pil sami. Sprawdziliśmy więc SMS'y, wysłaliśmy zapytanie "co się stało? Gdzie jesteście?" i pojechaliśmy dalej. Na wysokości Trappeto kryzys dopada naszą dwuosobową część peletonu. Zatrzymujemy się w najbliższym cieniu. Rozwijam karimatę i Pil kładzie się spać w cieniu agawy. Ja zaś beztrosko bawię się pajączkami, mrówkami i chrząszczami, których w tej okolicy jest istne zatrzęsienie. Gościnni gospodarze wyjeżdżając po sjeście z domu zapytali czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Na szczęście wszystko było w porządku. |
|
Tak jak zaplanowaliśmy, o 8:24 wyjeżdżamy pociągiem do Trapani. W ten sposób omijamy góry i troszkę jeszcze odpoczywamy. Po przyjeździe do Trapani musimy znaleźć sklep rowerowy i kupić zapas szprych dla Adama. Codziennie awarie zakrawają już na jakieś fatum ciążące nad jego rowerem. W ubiegłym roku hasłem wyprawy było "a Grzesiek naprawia"... tym razem przyszła kolej na Adama. Niedaleko dworca trafiamy na sklep z motocyklami. Za sprawą wyjątkowo uprzejmego sprzedawcy udaje nam się szybko dojechać do sklepu z rowerami. Sprzedawca zadzwonił po kolegę, który po chwili zastąpił go w sklepie. Sam zaś wsiadł na motocykl i w tempie 15km/h przeprowadził nas przez labirynt uliczek - prosto do celu. Po zakupach rowerowych i zaraz potem również spożywczych zwiedzamy miasto. Najpierw trafiamy na targ rybny pełen dziwnych ryb z długimi paszczami i gościnnych sprzedawców (z normalnymi paszczami) radych nas uraczyć wszystkimi specjałami, które mają na straganach. Solidnie odkarmieni ruszamy w dalszą drogę. |
|
Cuda się dzieją w pogodzie. Środek lata a na południu Sycylii pada deszcz i jest wręcz zimno. Woda w morzu zrobiła się mętna, zimna. Wieje silny, zimny i porywisty wiatr. Cały ranek bardzo powoli szykujemy się do drogi, a z nieba co chwilę siąpi deszczyk. W recepcji wypytuję o prognozy pogody. Nikt nic nie wie, a prognozy w TV są sprzeczne. Sami Sycylijczycy są zdezorientowani i mówią że to niezwykłe, że taka pogoda to rzadko się zdarza nawet w listopadzie, grudniu. A tu niespodzianka: początek sierpnia i mamy sycylijską jesień. |
|
Zgodnie z planem dnia poprzedniego, dziś z samego rana jedziemy obejrzeć starożytne Selinunte. Adam z pełnym poświęceniem oddaje się swojemu najnowszemu hobby: codziennie rano lub wieczorem wymienia szprychy w tylnym kole. Trzeba przyznać, że po kilku wymianach doszedł w tym do niemałej wprawy. Po zakończeniu naprawy Adam i Jola decydują się zostawić obozowisko na kempingu i na luzie pojechać zwiedzać wykopaliska Selinunte. My jednak nie chcemy kombinować z pozostawianiem bagażu na kempingu, z późniejszym wracaniem po obozowisko. Zwijamy się więc do drogi i w pełni spakowani jedziemy obejrzeć zabytki. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden atut: nikt nie ukradnie rowerów. Nie mamy pewności że uda się nam wjechać na wykopaliska rowerami. W razie konieczności ich pozostawienia przy wejściu, dziwnie powiązane, łącznie z bagażem ważą około 70kg. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się więc porywał na ich podnoszenie. Nie powinien się też dobierać do bagażu. Strategicznie zapakowaliśmy na wierzch wszystkie brudne rzeczy... Jednak udało się nam bez problemu wjechać na teren wykopalisk. Tu podziwiamy ruiny świątyń, domostw, gigantyczne fragmenty kamiennych konstrukcji. Jeździmy po ogromnym terenie. Jesteśmy odprowadzani zazdrosnymi spojrzeniami turystów zmuszonych do korzystania z płatnych melexów. |
|
Przeczucia dnia poprzedniego nas nie myliły. Co prawda rana Adam wymienia kolejną, pękniętą poprzedniego dnia szprychę... w końcu dzień bez wymiany szprychy to dzień stracony. Jednak w czasie śniadania Jola mówi, że dziś się odłączą. Chcą sobie zrobić co najmniej jeden dzień odpoczynku i pojechać wolniej niż dotychczas. W sumie to racja, mają przecież o całe 5 dni więcej w zapasie niż my. Podczas gdy nasz samolot odlatuje z Catanii 13 VIII, samolot Adamów odlatuje z Malty 18VIII, czyli całe 5 dni później. |
|
Po opłaceniu kempingu i zakupieniu pocztówek w kempingowym sklepiku wracamy na dobrze nam znany szlak S115. Jeszcze w granicach Agrigento zatrzymujemy się na krótki postój: robimy zakupy spożywcze. Kilkaset metrów dalej, w cieniu banku siadamy na trawie i piszemy kartki. Niestety nie mamy znaczków. Z wysyłką musimy się więc wstrzymać do znalezienia jakiejś czynnej poczty. |
|
Po nocnych przeżyciach związanych z kempingową dyskoteką i nocnym uciszaniem zanadto rozbrykanej młodzieży, która po opuszczeniu zabawy zbytnio hasała tuż przy naszym namiocie postanawiamy nie tracić czasu i szybko wyruszyć w trasę. Przed wyjazdem wciągamy jeszcze solidne śniadanie: jajecznica z parówkami, świeże bułki, mleko i owoce. Zwijamy obozowisko, robimy zakupy w kempingowym minimarkecie, w którym ceny (o dziwo!) były niższe niż w niejednym dużym markecie. To prawdziwy ewenement. |
|
Po dobrze przespanej mocy wstajemy o 7 rano. Jesteśmy dobrze wypoczęci. Na śniadanie Pil robi sałatkę z tuńczyka z kukurydzą. Pijemy mleko, wcinamy banany i melona. Tuż po opuszczeniu kempingu łapiemy drugą gumę tej wyprawy. Tym razem powietrze schodzi z tylnego koła Pil. Zatrzymujemy się we wręcz mikroskopijnym porcie Punta Secca (ta dziwna nazwa pochodzi chyba od ogromnej mielizny przed wejściem do portu). W oponę wlazł jakiś gigantyczny spinacz stolarski. Sprawnie łatam dętkę, przez chwilę bawimy się z miejscowym psem i ruszamy w dalszą drogę. |
|
Wstajemy wcześnie. Kiedy jeszcze cały kemping jest pogrążony w głębokim śnie my idziemy się wykąpać w morzu. Tu jesteśmy świadkami powrotu z morza ekipy francuskich nurków. Po kąpieli idziemy pod ciepły prysznic (dziś bez kolejki - kolejka jeszcze śpi). Jeszcze przed wyjazdem, w kempingowym sklepiku jemy śniadanie. Drugie śniadanie urządzamy sobie w pobliskim Portopaolo. |
|
Z kempingu wyjeżdżamy w miarę możliwości wcześnie rano. Chcemy mieć maksymalnie dużo czasu na zwiedzanie Syracus. Po około pół godzinie jesteśmy na miejscu. Zwiedzanie zaczynamy od muzeum archeologicznego, w którym zgromadzono fantastyczne zbiory pochodzące praktycznie z całej Sycylii i dużej części starożytnego Świata. Jest wszystko począwszy od Catanii, poprzez Palermo, Camarinę, Selinunte i Eraclea Minoa. Eksponaty sięgają epoki brązu a nawet kamienia łupanego i świadczą o wyjątkowych korzeniach tutejszej cywilizacji. Niestety we wnętrzu nie możemy robić żadnych zdjęć. |
|
Stare powiedzenie mówi, że wszystko co dobre kiedyś się kończy. Podobnie jest z naszą wyprawą. Podobnie jak co roku jest fantastyczna, niezapomniana i podobnie jak co roku również zmierza ku końcowi. Czujemy to z każdą chwilą coraz mocniej. Postanawiamy więc trochę się jeszcze pobyczyć. Położony na Capo Campolato kemping, na którym dziś nocowaliśmy, ma własny kawałek plaży. Do południa siedzimy więc na plaży, kąpiemy w morzu, pławimy się w cudownym włoskim słońcu. Po piasku biegają malutkie, ruchliwe krewetki. |
|
Dziś mamy dzień wolny. Możemy więc poleżeć sobie w spokoju, pochodzić, pojeździć albo... aktywnie wykorzystać ten czas i coś jeszcze zobaczyć. Catanię trzy tygodnie temu już raz oglądaliśmy. Nie widzimy więc sensu ponownie zwiedzać tego niedużego miasta. |
|
To już ostatni dzień naszego pobytu na gorącej ziemi sycylijskiej, wśród gościnnych Sycylijczyków. Samolot mamy dopiero o 14, lecz nauczeni przykrymi doświadczeniami z Paryża sprzed roku, na lotnisku chcemy być nie później niż o godzinie 11. Tak więc rano jemy lekkie śniadanie. Niestety, poprzedniego wieczora okazało się, że gdzieś po drodze zgubiliśmy zgromadzone przez nas pamiątki. Musimy więc jeszcze przed odlotem pojechać do miasta, kupić nowe i zdążyć na samolot. Płacimy więc za kemping i jedziemy do centrum - w okolice katedry. Wjeżdżamy w dobrze już nam znane okolice. Tym razem jednak centrum wydaje się leżeć niezwykle blisko lotniska. Robimy zakupy, pstrykamy kilka fotek i kierujemy się na lotnisko. Po drodze mijamy znajomy pomnik lotnika, małe rondko i terminal. Wszystko tak znajome, jakbyśmy obok tego przejeżdżali najwyżej poprzedniego dnia... a to już całe trzy tygodnie od czasu kiedy jadąc tymi samymi ulicami rozpoczynaliśmy naszą wyprawę! Arrivederci Sicilia! Arrivederci Italia! Dokąd w przyszłym roku? Portugalia? Zobaczymy! Może się uda! |
Rozkład dzienny trasy przejechanej na rowerze
| Etap | Z |
Do |
Dystans [km] |
Data |
| 1 | Warszawa | Catania | 27 | 23 VII |
| 2 | Catania | San Marco | 49 | 24 VII |
| 3 | San Marco | Letojani | 46 | 25 VII |
| 4 | Letojani | Ganzirri (Capo Peloro) | 70 | 26 VII |
| 5 | Ganzirri (Capo Peloro) | Paradiso | 55 | 27 VII |
| 6 | Paradiso | Forno Marina (Capo d'Orlando) | 85 | 28 VII |
| 7 | Forno Marina (Capo d'Orlando) | Castel di Tusa | 61 | 29 VII |
| 8 | Castel di Tusa | Buon Fornello | 48 | 30 VII |
| 9 | Buon Fornello | Isola delle Femmine (Palermo) | 78 | 31 VII |
| 10 | Isola delle Femmine (Palermo) | Castellamare del Golfo | 52 | 1 VIII |
| 11 | Castellamare del Golfo | Petrosino | 60 | 2 VIII |
| 12 | Petrosino | Marinella | 60 | 3 VIII |
| 13 | Marinella | Eraclea Minoa | 80 | 4 VIII |
| 14 | Eraclea Minoa | San Leone (Agrigento) | 58 | 5 VIII |
| 15 | San Leone (Agrigento) | Falconara | 61 | 6 VIII |
| 16 | Falconara | Punta Secca | 77 | 7 VIII |
| 17 | Punta Secca | Portopaolo di Capo Pasero | 70 | 8 VIII |
| 18 | Portopaolo di Capo Pasero | Fontane Bianche | 56 | 9 VIII |
| 19 | Fontane Bianche | Brucoli | 65 | 10 VIII |
| 20 | Brucoli | Fontana Rossa (Catania) | 52 | 11 VIII |
| 21 | Fontana Rossa (Catania) | Fontana Rossa (Catania) | 9 | 12 VIII |
| 22 | Fontana Rossa (Catania) | Warszawa | 9 | 13 VIII |
Statystyka wyprawy
| Liczba dni | jazdy | 21 |
| łącznie | 22 | |
| Etap | najkrótszy | 9 km |
| najdłuższy | 85 km | |
| średnio | 60.3 km | |
| łącznie | 1267 km | |
| Prędkość | max | 58.4 km/h |
| średnia | 16.9 km/h | |
| Czas jazdy | łączny | 74h 59min |
| dziennie | 03h 35min | |
| Złapane gumy | 4 | |
| Pęknięte szprychy | 8 | |
| Pęknięte materace | 1 | |
| Zużyte butle CampingGas-240 | 3 | |
| Pstryknięte zdjęcia | 2800 | |
| Znalezione | 10 polskich groszy | |
| Najwyższa temperatura | +42C w cieniu | |
| Najniższa temperatura | +15C w czasie deszczu |
Autorzy zdjęć: Leukocyt&Company
Autorzy tekstu: Leukocyt&Pil