Włochy - to drugi, zaraz po starożytnej Grecji kraj, w któym kształtowała się kultura i cywilizacja współczesnej Europy. Po odbyciu trzech rowerowych wypraw po Włoszech (1997, 1998, 2001), co roku planowałem by najblisze wakacje, po raz kolejny spędzić we Włoszech. Plan udało mi się zrealizować dopiero w roku 2005. Pil chciała jechać praktycznie od chwili powrotu z rowerowania po Francji. W okolicy maja 2005 chęć rowerowego wyjazdu na Sycylię wyrazili również Adam i Jola - nasi ubiegłoroczni współwłóczęgowicze. Ekipa osiągnęła więc skład osobowy roku 2004 i przygotowania ruszyły pełną parą.
    Na pierwszy ogień poszły bilety: trasa była już mniej więcej ustalona, czas trwania wyprawy i dystans w przybliżeniu znane więc rozpoczęliśmy poszukiwania sposobu dostania się na Sycylię. Kolej i autobus odrzuciliśmy na wstępie. Pozostały więc połączenia lotnicze. Spośród możliwych rozwiązań:

  • LOT'em do Rzymu, następnie pociągiem do Neapolu i promem do Palermo
  • bezpośrednim lotem prosto do Catanii
wybraliśmy drugą możliwość. Mimo że zakupu dokonywaliśmy na początku maja, udało się nam kupić 4 bilety do Catanii i tylko 2 bilety powrotne dla mnie i dla Pil. W ostatniej chwili Adam uratował sytuację kupując dwa brakujące bilety powrotne z Malty cztery dni później. Przez kolejne dwa miesiące nie działo się praktycznie nic. Dopiero tradycyjnie na tydzień przed wylotem zaczęło się bieganie po sklepach, kupowanie ubezpieczeń, niezbędne remonty, poprawki, konserwacje... Adam zaniedbał konserwacji swojego rumaka... co jednak miało się na nim okrutnie zemścić podczas wyprawy. Ostatecznie, 23 lipca cała nasza czwórka spotkała się na Okęciu. Punktualnie o godzinie 10:00 nasz samolot oderwał się od pasa startowego...

Tym samym, kolejna - Wielka Wakacyjna Wyprawa Rowerowa 2005 - rozpoczęła się na dobre.

    Po 150 minutach lotu wysiadamy na lotnisku w Katanii. W ciągu godziny od naszego przylotu pojawiają się nasze rowery. Kolejna godzina wytężonej pracy i wszystko jest gotowe do drogi.

    Jest sobotnie popołudnie. Nauczeni traperskim doświadczeniem - na lotnisku kupujemy tylko niezbędny zapas wody, w wymiarze około pół litra na dwie osoby i ruszamy w drogę. Wyjeżdżamy z potwornie dusznej hali przylotów, w której temperatura przekraczała chyba +40C. Mijamy wypożyczalnie samochodów, pomnik lotników, małe rondko, łapiemy wiatr w żagle i ... nareszcie czuję, że zaczęły się WAKACJE!!!! Pogoda idealna: +35C, lekki wiaterek, sucho, niebo bez jednej chmurki! W pobliskim supermarkecie Auchan robimy pierwsze zakupy i ruszamy dalej w drogę. Do Katanii! W czasie pierwszych zakupów przeżywamy małe dejavu: sklep i całe jego otoczenie są identyczne przed rokiem - we Francji. Cały budynek, pobliskie estakady, sąsiedztwo drogi szybkiego ruchu... wszystko przypomina Francję 2004.

    Nasza wyprawa zanim się zaczęła o mało co się nie zakończyła. Na pierwszym większym skrzyżowaniu Katanii Jola prawie wpada pod samochód, a po chwili na kolejnym, Adam odstawia identyczny numer. Jednak obojgu udaje się przetrwać swój chrzest bojowy. Obydwoej lekko przybledli i chyba poważniej wzięli do serca moje niedawne sugestie i ostrzeżenia z lotniska. We włoski ruch trzeba się po prostu zanurzyć, dać się mu unosić i patrząc ciągle dookoła nie dać się przejechać. Ot... lokalny włoski koloryt.

    Zaczynamy zwiedzać. Na pierwszy ogień idzie stare miasto i zamek obronny. Spędzamy tu dłuższą chwilę. Adam i Jola wciąż jeszcze mają na sobie długie jeansy. Patrzę na nich z nieskrywanym podziwem, ale i obawą. Ciągle jeszcze trwają poprawki w ułożeniu na rowerach całego naszego bagażu. W końcu to pierwszy dzień obozu. Po pewnym czasie dojeżdżamy do katedry i głównego placu miasta. Tu również spędzamy dłuższą chwilę.


    W pobliżu katedry oglądamy jeszcze całkowicie wrośnięty w budynki mieszkalne teatr grecki - obecnie remontowany i wydobywany z okolicznych kamienic. Aklimatyzacja jest jednak dziś konieczna. Do tego czasu musimy się trochę oszczędzać. Postanawiamy więc trzymać się wcześniejszego planu i nie forsować dziś kilometrów. Zamierzamy też pójść wcześniej spać.

    Najbliższy kemping mamy w Villa Caruso, kilka kilometrów na północ od Catanii. Tu, na ścianie recepcji znajduję jaszczurkę. Pierwszą kolację jemy na zakupionym przez Jolę obrusie z mapą Sycylii. W nocy, nie za bardzo możemy spać: we znaki daje się nam głośna impreza odbywająca się na osiedlu sąsiadującym z kempingiem.


    Kolejnego dnia postanawiamy wyjechać możliwie jak najwcześniej. Chcemy z Pil uniknąć upału i najgorętsze godziny przesiedzieć spokojnie w cieniu. Wstajemy więc o 6 rano... lecz Adam i Jola ze swojego namiotu wychodzą na światło dzienne dopiero około godziny 9.

    Tak więc wczesny wyjazd przeszedł na półkę "niezrealizowane"... Póki co idziemy jeszcze na kamienistą plażę. W trasę wyruszamy dopiero około 11. Tak jak praktycznie wszystkie etapy tegorocznego obozu, również i dzisiejszy prowadzi wzdłuż wybrzeża.

    Po paru kilometrach pierwsza awaria: Adamowi przestaje działać licznik a Joli rozregulowują się przerzutki. Kiedy Adam walczy z licznikiem, ja reguluję przerzutki w rowerze Joli. Pil w tym czasie podziwia piękne okoliczności przyrody: w oddali widać Czarny Zamek wzniesiony na Isola dei Ciclopi opodal Aci Castello.

    Po około godzinie zmagań Adam przegrywa pierwszą walkę z zepsutą podstawką do licznika. W ramach poszukiwań nowego śrubkarskiego hobby swoją walkę z materią Adam będzie kontynuował przez najbliższe dni. Gdy w końcu uda się mu uruchomić licznik i wszystko będzie działało jak należy, na horyzoncie pojawi się jutrzenka nadziei na nowe czasochłonne hobby. O tym jednak za chwilę.

    Wkrótce dojeżdżamy do podnóża wystającej z morza czarnej góry z warownym zamkiem na szczycie. Na przestrzeni wieków jego losy tego zamku były różne. Był klasztorem, warownią, a także pełnił rolę miejskiego więzienia. Dziś znajduje się tam spore muzeum. Stojąc u podnóża zamku obserwujemy przepełnione plaże. Morze tu jest cudownie ciepłe, a nad okolicą góruje Etna. Przerwę na obiad robimy sobie dopiero w Riposto. Tu dojadamy zabrane z Polski kotlety. Na drugi w tym roku kemping dojeżdżamy wczesnym popołudniem. Niestety w San Marco do morza mamy kilkaset metrów. Ja i Pil zostajemy koło namiotu, przygotowujemy kolację, myjemy się. Adam i Jola idą popluskać się w morzu.




    Na dzisiejszy poranek mieliśmy zaplanowane zwiedzanie Taorminy. Rano jednak Adam zachęcił nas do zmiany trasy i obejrzenia najpierw kanionu i przełomu rzeki Alcantara. Z rozmowy z tubylcami wynikało, że jest to lokalna atrakcja położona zaledwie około 20km w głąb lądu. Z ich relacji wynikało ze góry nie są wcale nie są tak duże jak to wyglądało na mapie. Zostawiamy więc całe nasze obozowisko i bez obciążenia jedziemy w góry, do Gola di Alcantara. W Trappitello robimy sobie krótki odpoczynek, zjadamy porcję soczystych brzoskwiń i raźno ruszamy dalej w drogę! Około godziny 10 jesteśmy na miejscu. Kąpiel moja i Pil ograniczyła się do zamoczenia stóp w przeraźliwie zimnej wodzie. Jakiś czas stoimy na kamienistej plaży... czekamy aż Adam i Jola nacieszą się zimną wodą. Po ich powrocie na suchy ląd nie spiesząc się wracamy na kemping do San Marco. Tu zwijamy naszą część obozowiska i koło południa wyruszamy do Taorminy.

    Po drodze mijamy Giardini Naxos - miasteczko ze stacją kolejową, na której kręcone były sceny do filmu "Wielki błękit" i z której 5 lat wcześniej zaczęliśmy z Tomkiem drogę powrotną do Rzymu i do Polski. Tym razem jednak czeka nas tu przygoda: za jazdę rowerami po peronie zostajemy zatrzymani przez Carrabinieri, spisani, przesłuchani i szczęśliwie ułaskawieni od mandatu. Przesłuchujący nas Carrabinieri stanowczo przykazał nam za zaoszczędzone na mandacie pieniądze zjeść wielką pizzę w Taorminie - za jego zdrowie! Za zaoszczędzone ponad 40 euro, jakie zostały nam w kieszeni jeszcze przez wiele dni przy różnych okazjach jedliśmy doskonałe pizze.

    Po drodze do Taorminy mijamy również miejsce, w którym na dziś zaplanowałem nocleg. Spałem tu 5 lat temu. Wówczas, razem z Tomkiem podziwialiśmy widowiskowe nocne erupcje Etny. Teraz jednak była tam tylko spalona słońcem trawa. Tak więc nasze plany na dziś wieczór uległy zasadniczej zmianie i po zwiedzeniu miasta musieliśmy albo szukać następnego kempingu albo wracać do San Marco.

    Wczesnym popołudniem rozpoczynamy podjazd do położonej 300 m.n.p.m. Taorminy. Poszło nam nadspodziewanie szybko. Poziom kolejki linowej osiągamy bardzo prędko i bez większego wysiłku. Samo miasto jest przeurocze, pełne zakamarków, małych uliczek, zaułków, niespodzianek architektonicznych, a nade wszystko tętni życiem. Po przejechaniu całego miasta podziwiamy panoramę okolicy roztaczającą się z tarasu widokowego przy kościele.

    Około godziny 18, musimy coś zjeść: na posiłek zatrzymujemy się w małym barku na końcu głównej ulicy miasta - tuż za murami obronnymi. Po chwili w to samo miejsce nadciąga Adam, a zaraz za nim Jola. Zamawiamy wyśmienite arancini. Ustalam z Adamem plan na następny dzień. Ja i Pil wyruszamy na kemping w Letojanni. Adam i Jola zostają żeby jeszcze coś zjeść i chwilę odpocząć. Potem mają zamiar wrócoć do pozostawionego w San Marco obozowiska.

    Nasz dzisiejszy kemping (Letojani) jest położony pod monstrualnym, wysokim na kilkudziesięsiąt metrów wiaduktem autostradowym. Pod koniec dzisiejszego etapu podziwiamy potężną Etnę - za nami i szalejące pożary lasów - przed nami.


    Tak jak zaplanowaliśmy wstajemy wcześnie rano. Kiedy cały kemping jeszcze mocno śpi my już przygotowujemy się do wyjazdu: śniadanie, mycie, zwijanie namiotu... Jednak i dziś nie jest nam dane wcześnie wyruszyć na trasę. Nasi sąsiedzi okazują się bowiem bardzo sympatycznym, starszym włoskim małżeństwem. Rozmawiamy z nimi chyba przez godzinę, skutkiem czego kemping opuszczamy dopiero około godziny 10.

    Po drodze - Capo Sant Alesio - mijamy warowny zamek, który od lat znajduje się w prywatnych rękach. Przez ostatnie 5 lat nic się jednak tu nie zmieniło. Nawet ta sama, zardzewiała kłódka wisi dziś na bramie. W Ali Terme robimy pierwszy większy odpoczynek. Wypatrujemy też Adamów. Pamiętamy jednak, że mają dziś do przejechania o około 15 kilometrów więcej niż my i mało prawdopodobnie jest żeby w trasę wyruszyli przed świtem. Nie spodziewamy się więc spotkać ich nazbyt prędko.

    Zgodnie z ustaleniami z Taorminy dziś szukamy miejsca na dłuższy popas z kąpielą. Ten kto pierwszy znajdzie stosowe miejsce ma wysłać SMS z informacją gdzie jest. Szukamy więc odpowiedniego miejsca z możliwością wykąpania się w morzu i opłukania z soli po kąpieli. Przemierzając kolejne kilometry podziwiamy też "rwące sycylijskie rzeki", które ostatnią kroplę wody przetoczyły co najmniej pół roku temu... jeśli nie dawniej. Skądinąd wiadomo bowiem, że są na Sycylii obszary, na które od lat nie spadła kropla deszczu. Pomimo zachęcających plaż, nigdzie nie widzimy pryszniców, albo jeśli są prysznice to okolica jest mało interesująca (np. zapach portu rybackiego). Jedziemy więc dalej.


    Po lewej stronie naszej drogi ciągną się wysokie góry, wśród których po wiaduktach i przez tunele przechodzi autostrada. Na przemian, raz po lewej raz po prawej stronie biegnie jeden tor kolejowy. Krajobraz miejscami przypomina odcinek pomiędzy Atenami a Koryntem, opisany w relacji z 2003 roku.
    Jeden z odpoczynków robimy sobie na nieczynnej stacji kolejowej w Scaletta Zanclea. Nie zatrzymuje się tu teraz żaden pociąg a sama stacja podupada coraz bardziej. Mieszka na niej jedynie dróżnik z rodziną i kotami.
    Wczesnym popołudniem jesteśmy na przedmieściach Messyny. Tuż przed skrzyżowaniem z jakąś nitką autostrady dogania nas Adam, a po dłuższej chwili również Jola. Żartują z naszego powolnego tempa. Kilka kolejnych kilometrów jedziemy we czwórkę. Tuż przed wjazdem do miasta, spragnieni kąpieli Adam i Jola postanawiają natychmiast znaleźć kawałek przytulnej plaży i wykąpać się w morzu. Jeszce przed wyjazdem z Polski Jola postanowiła sobie codziennie się kąpać. Na skutek silnej niechęci do dalszej jazdy, nasi kompani ostro podkręcają tempo, przyspieszają po czym odbijają gdzieś plażę. My zaś dalej spokojnie, naszym równym, ustalonym tempem wjeżdzamy do miasta.

    Mimo że Messynę oglądam już po raz drugi - jest to dla mnie całkowicie nowe miasto. Na początek oglądamy port. Tu przy nabrzeżu cumują promy pasażerskie i towarowe.
    Przemierzamy najbardziej znane ulice miasta. Oglądamy katedrę, teatr i na końcu również panoramę miasta z tarasu widokowego na najwyższym wzgórzu w okolicy. Najbliższy kemping jest jednak dopiero na Capo Peloro. Jest już późne popołudnie. Nie tracąc więc czasu opuszczamy miasto i jedziemy dalej na północ. Wkrótce docieramy do Santa Agata. Kemping jest tani, czysty. Niestety plaża mimo, że jest bardzo blisko nie nadaje się do kąpieli: pełna jest ostrych kamieni, i przeróżnych, kanciastych betonowych umocnień. Co kilka metrów stoją też kutry rybackie. O dojściu do wody na bosaka można więc zapomnieć.




    Wieczorem jedziemy jeszcze do jedynego w okolicy sklepu otwartego o tej porze. Po zrobieniu zakupów bezskutecznie przemierzamy na rowerach okolicę w poszukiwaniu miejsca do wieczornego popluskania się w morzu. Po kilku próbach odpuszczamy i wracamy na kemping. Po kąpieli pod kempingowym prysznicem spotykamy Adama zmierzającego do łazienek. Jola została przy rowerach i rozstawia namiot obok naszego. Jak się okazało tego dnia uskutecznili jednak kąpiel i pojechali "na słono". Efekty nie kazały na siebie długo czekać.


    Dziś ruszyliśmy o 7:50. Na początku jedziemy na samo Punta del Faro o Capo Paradiso. Tu oglądamy latarnię morską i linię wysokiego napięcia, której budowę rozpoczęto przed laty. Jednak inwestycja do dziś nie została ukończona. W najbliższych latach ma w tym miejscu powstać największy na świecie most wiszący nad cieśniną messyńską tzw. "ponte sullo stretto" łączący kontynent z Sycylią. Będzie to jedna z najbardziej kontrowersyjnych włoskich inwestycji ostatnich lat.

    Na lokalnym targu robimy niezbędne zakupy: brzoskwinie, banany, chleb, woda jakiś ser, trzaskamy kilka fotek i wyruszamy w dalszą trasę.
    Po około 20 kilometrach zjeżdżamy na odpoczynek nad morze. Jesteśmy w Villafranca. Jest dopiero godzina 10. Mamy więc sporo czasu i spędzamy tu parę godzin: kąpiemy się, jemy drugie śniadanie, odpoczywamy, robimy zdjęcia. Wczesnym popołudniem ruszamy w trasę. Teren robi się lekko pofałdowany, a trasa bardziej urozmaicona.


    Spadafora
to kolejne miasteczko na naszej trasie. Tu na środku głównego placu zatrzymujemy się w cieniu drzew i jakiegoś smętnego, zaniedbanego budynku. Obok kapliczka Ojca Pio. Babcia pielęgnująca kwiaty w kapliczce informuje nas, że duży budynek, w którego cieniu właśnie siedzimy to seminarium im. Ojca Pio. Sądząc z liczby obrazów i kapliczek poświęconych temu świętego, zajmuje on szczególnie ważne miejsce w kulturze religijnych Sycylijczyków.
    Dziś kierujemy się na półwysep Paradiso. Kilka kilometrów przed półwyspem na wybrzeżu pojawia się pierwsza z całej serii rafinerii jakie przyjdzie nam w tym roku zobaczyć na Sycylii. Ogromne instalacje naftowe i mdły zapach rafinowanej ropy, strzeżony teren, zamknięte drogi dojazdowe, zakaz wstępu...
    Przejeżdżamy przez Milazzo i jedziemy na koniec półwyspu. Po drodze podziwiamy liczne w tej okolicy stragany z ceramiką. Ceny wręcz symboliczne: po 5 euro za wielki dzban. Na końcu mocno pagórkowatej drogi pełnej stromych podjazdów znajdujemy dwa kempingi. Wybieramy bardziej odległy od brzegu morza, za to bez konieczności znoszenia rowerów po schodach na niższy poziom. Nasz kemping ma własne zejście na plaże, własna restaurację na plaży i całą zatoczkę do własnej dyspozycji.

    Szybko się rozbijamy i biegniemy nad wodę popływać - kolację zjemy jak się trochę poruszamy w wodzie. Zatoczka jest prześliczna, woda ciepła, pachnąca, krystalicznie czysta.... Niestety, nasza radość trwa krótko: tuż przed wejściem do wody zostajemy zatrzymani przez jakiegoś turystę. Powodem są meduzy. Jeden z pływających przed nami kempingowiczów przed chwilą zaliczył atak meduzy. Rezultat: całe przedramię, bok i udo paskudnie poparzone. Do samego zachodu słońca podziwiamy więc morze z bezpiecznej odległości: z poziomu plaży... Pławimy się w słodkim nieróbstwie. Późnym wieczorem na kemping dojeżdżają Adam i Jola.




    Spotykamy ich po powrocie spod prysznica. Przyjechali chwlię wcześniej i dosłownie padali pod palmą. Postanawiają spędzić noc pod gołym niebem, za całe schronienie mając liście rozciągającej się nad nimi palmy. Jak na złość tej nocy siada nadzwyczaj obfita rosa... Pobliska zatoczka i rozgrzane morze zrobiły swoje i wszystko zrobiło się mokre... jak bardzo mokre - o tym mieliśmy się przekonać dopiero nad ranem. Nasi współtowarzysze śpią już jednak jak zabici.


    Poprzedniego dnia poszliśmy spać z postanowieniem wczesnej pobudki i wczesnego wyjazdu. Znowu nam jednak nie wyszło. Mimo że udało się nam nawet uwiecznić wschód słońca o 5:15, w trasie jesteśmy dopiero o 9:30, a to za sprawą wyjątkowo intensywnej porannej rosy: około godziny 7 nasz namiot wyglądał jak po intensywnej ulewie a zanim mogliśmy zwinąć nasze obozowisko musiał przecież całkowicie wyschnąć. Dodatkowo musieliśmy jeszcze czekać najpierw na otwarcie recepcji kempingu, a potem na uruchomienie terminala kasowego (skończyła się nam gotówka i musieliśmy zapłacić kartą).

     Tuż po opuszczeniu kempingu, na pierwszym kilometrze etapu łapię gumę. Łatanie, poszukiwanie kolca, montaż, regulacja... i na najbardziej wysunięty punkt półwyspu docieramy wszyscy razem. Dalej jednak znowu jedziemy osobno ja z Pil i Adam z Jolą. My nie mamy w tej chwili ochoty na kawę, a oni chwilowo na dalszą jazdę. Robimy więc sobie "papa" i ruszamy w trasę. Zaraz na początku oglądamy Milazzo - miasto, w którym jest ponad 30 kościołów, z czego jeden został przerobiony na kawiarnię. Wczoraj miasto zwiedzaliśmy od wschodu. Dziś przemierzamy jego zachodnie rejony często się zatrzymując. Raz gubimy się w zaułkach starego moasta. Po opuszczeniu Milazzo kierujemy się na Barcelonę i Tyndaris.


    Najpierw jednak oglądamy Terme Vigliatore - jedne z najstarszych greckich pozostałości na Sycylii. Kiedy wychodzimy z terenu wykopalisk, spotykamy Adamów, którzy właśnie nas dogonili. Jest samo południe i upał robi się coraz silniejszy. Temperatura oscyluje w okolicy +40C w cieniu. Nie chcąc więc skwierczeć w palącym słońcu jedziemy dalej... w takiej sytuacji najgorzej jest stać w miejscu. Bez porównania lepiej się jedzie... choćby po pełnym słońcu. Po kilku kilometrach jesteśmy w Falcone. Tu robimy zakupy w rosyjskim markecie. Niestety ceny są z kosmosu, a jakość produktów żadna... To po prostu ruski sklep. Ostatecznie kupujemy tylko zapas wody na drogę i lody. Te ostatnie zjadamy oczywiście natychmiast na miejscu. Jeszcze pamiątkowa fotka i w drogę.

    Teren staje się coraz mocniej pofałdowany, a momentami można powiedzieć że wręcz górzysty. Dojeżdżamy do Tyndaris. Pięknie położony na wzgórzu klasztor z lśniącą w słońcu kopułą robi niemałe wrażenie. Niestety na drodze do klasztoru jest zakaz wjazdu i stoją antyturystyczne bariery. Zabytek pozostaje więc niewyzwiedzany. Może to i dobrze, bo dotarcie do samego klasztoru wiązałoby się z koniecznością pokonania dosyć znacznego przewyższenia... Dodatkowo dzisiejszy upał skutecznie zniechęcił nas do pokonania choćby jednego podjazdu więcej niż było to dziś niezbędne. Praktycznie od samego Falcone odcinek jest coraz bardziej górzysty. Pobliska autostrada przecina góry kilkukilometrowymi tunelami. Nam pozostaje podziwianie jej z góry, z perspektywy długich i krętych podjazdów. Dodatkowo upał od kilku dni staje się coraz bardziej masywny. Dziś zapewne już przekroczył +40C w cieniu. W czasie odpoczynków podziwiamy okoliczności przyrody, wsłuchujemy się w ciszę, cykady i dzwonki owiec przemierzających okoliczne pola i łażących po szosie. Obserwujemy wygrzewające się w słońcu jaszczurki.


    Okolice przylądka Capo Calava są szczególnie malownicze. Droga biegnie po galeriach wykutych w skałach. Jedziemy kilkanaście metrów nad poziomem wody. Niektóre tunele mają nawet kilkadziesiąt metrów długości. Są tak wąskie, że przejechać przez nie może jednocześnie jeden samochód osobowy albo dwa rowery. Razem się nie mieścimy.

    Po minięciu Capo d' Orlando rozglądamy się za kempingiem. W San Lucia Marina dopytuję się o dalszą w miarę możliwości najkrótszą drogę. Jedziemy przez całe miasto, potem coraz gorszą drogą, w końcu drogą przez wydmy. Na samym końcu cywilizacji trafiamy na prowadzone z dużym rozmachem roboty przy umocnieniu wybrzeża. Droga definitywnie zanika i przechodzi w grząski, piaszczysty dukt. Jeszcze 100m i przejeżdżamy przez bramę poszukiwanego przez nas kempingu.

    Na resztę peletonu czekamy do 1 w nocy. Chodzimy do łazienek, do sklepiku, oglądamy gwiazdy... Coraz mocniej zaniepokojeni wysyłamy kolejne SMS'y z informacją gdzie jesteśmy, z zapytaniem gdzie są. Niestety nasze pytania do rana pozostają bez odpowiedzi. Mając w oczach kręte galerie wykute wysoko nad wodą zasypiamy pełni obaw...






    Zaraz po przebudzeniu pierwszą myślą było: "co z Adamem i Jolą? Czy nic im się nie stało? Gdzie są?". Wyglądam z namiotu i... kamień z serca! SĄ! Po wyjściu z namiotu okazało się, że ich namiot stoi obok naszego.

    Poranna toaleta, śniadanie, szukamy dojrzałych fig, zwijamy obozowisko i ruszamy! Z początku przemierzamy całkowicie boczne drogi. Przejeżdżamy w poprzek po dnie dwóch lub trzech wyschniętych rzek. Pierwszy większy postój urządzamy sobie w Acquedolci. Tu długo odpoczywamy w cieniu tuż przy ruinach XVI wiecznego zamku. Pil robi szkic. Mimo, że upał jest dziś jeszcze większy niż wczoraj przez skórę czujemy że przyroda nie powiedziała w tym względzie jeszcze swojego ostatniego słowa. Będzie cieplej! Ruszmy, ale po kilku kilometrach znowu stajemy na odpoczynek. Słońce dosłownie wysysa z nas całą wilgoć. Boczne drogi jak na złość dodatkowo prowadzą pomiędzy wysokimi murami i żywopłotami. Przy szerokości drogi około 3m, czujemy się jak w rozpalonym kanionie bez najmniejszego przewiewu. Jest 45C? Nie wiemy... pot dosłownie zalewa nam oczy, spływa strumykami po okularach. W pewnym momencie okazuje się, że wąwóz którym od kilku kilometrów pokonujemy kolejne kilkunastometrowe górki i dołki kończy się zamkniętą na kłódkę bramą. Asfalt parzy przez grube podeszwy rowerowych butów. Koniec jazdy.... wracamy.... Musimy się jednak gdzieś zatrzymać... może uda się gdzieś zjechać nad morze?


    Z drogi zjeżdżamy w Torre del Lauro. Tu znajdujemy całkowicie pustą plażę i czynne prysznice. A więc do wody! Długa kąpiel, opalamy się... budujemy zamki na piasku, robimy zdjęcia. Tego popołudnia słońce zrobiło swoje... o tym miałem się na własnej skórze (dosłownie) przekonać dopiero wieczorem... Po około dwóch godzinach ruszamy. Pomimo niezwykłego upału posuwamy się do przodu. Około 15 docieramy do Santo Stefano di Camastra miasta słynnego z wytwarzanej tu ceramiki. Widać to na każdym kroku.

    Około 15:30 mamy definitywnie dość upału. Widzę, że nawet Pil zaczyna kipieć. Zatrzymujemy się najbliższym barku. Tu spędzamy dwie lub trzy kolejne godziny sącząc granitę za granitą, wcinając kilka porcji pysznych lodów i wysysając wodę mineralną, cole i fantę. Nasza kafejka leży na tarasie widokowym. Ponad 100 metrów niżej widzimy brzeg morza i całą pozostałą nam dziś do przejechania drogę. Na razie jednak delektujemy się niezwykłą panoramą. Powietrze jest ciężkie, rozgrzane i mgliste. Podziwiamy monstrualną estakadę biegnącą znad morza i wprowadzającą ruch samochodowy na położoną jakieś 100m ponad poziomem miasta autostradę. Chociaż już jest późno po południu słupek rtęci jest bardzo długi... i nie chce opaść poniżej 40 kresek. Na szczęście siedzimy w cieniu. Po jakimś czasie okazuje się, że nasz barek jest prowadzony przez całkowicie polską obsługę. To jednak nie wyjątek w tej okolicy.

    Pod wieczór ruszmy na pobliski kemping. Kolejne 10 kilometrów i zatrzymujemy się w Castel di Tusa. Tu zażywamy rozkosznej wieczornej kąpieli. Adam i Jola docierają jakieś dwie godziny po nas. Jak się okazało Adamowi pękła szprycha w tylnym kole... Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że było dopiero preludium do całej serii podobnych awarii sprzętu. Już wkrótce miało się okazać, że dzień bez wymiany szprychy to dla Adama dzień stracony! Narazie jednak zapada zmrok, jemy pyszną kolację i przed północą idziemy spać.



    Dzisiejszy etap rozpoczynamy osobno. Jola chce jeszcze raz obejrzeć dokładnie Santo Stefano di Camastra. Nasi towarzysze postanawiają więc wrócić 10 km do Santo Stefano di Camastra i obejrzeć wszystko to, czego nie zdążyli poprzedniego dnia. My jednak uznajemy, że nie musimy ciągle zwiedzać, że możemy sobie odpuścić mniej znaczące zabytki. Tak więc chwilowo nam wystarczy i wyruszamy w dalszą drogę. Jedziemy w kierunku Cefalu. Tu robimy sobie przerwę. Kupujemy najmniejszego arbuza jaki udaje mi się znaleźć na straganie, po czym kierujemy się do portu, gdzie pracowicie zjadamy nasze 3.5kg porcje. Miasto w którym własnie siedzimy słynie licznymi mozaikami. Jakiś czas spędzamy na nadmorskiej promenadzie. Wybiło południe. Uznajemy więc nie ma co dłużej siedzieć. Wyruszamy więc w drogę. Wolimy jechać niż zasypiać w cieniu.


    W Settefratti kolejne przepyszne lody w lokalnej gelaterii. Cały dzień trzymamy się naszej drogi - z racji koloru jakim jest oznaczona na naszej mapie - tzw. żółtki. Na wysokości Campofelice di Roccella z daleka widzę dziwnie jadącego rowerzystę. Podjeżdżamy bliżej i okazuje się, że dziwnie wyglądająca postać to kolarz, któremu urwał się łańcuch. Widać, że goni już ostatkiem sił jadąc na rowerze jak na hulajnodze. Chwilę rozmawiamy i ustalamy że mam wszystko czego potrzeba do usunięcia usterki. Zanim się jednak zatrzymujemy na naprawę, sugeruję, że lepiej będzie stanąć kilkaset metrów dalej - w cieniu pobliskiego wiaduktu. Mam w narzędziach praktycznie wszystko oprócz spawarki i walcowni blach okrętowych.
    Naprawa łańcucha jest więc formalnością i trwa kilka chwil. Kolarz dosłownie nie wie jak nam dziękować. Jak się okazuje to marynarz, który korzystając z przepustki pojechał na wycieczkę. W najdalszym punkcie wycieczki urwał się mu łańcuch. Kiedy go spotkaliśmy jechał tak już kilkanaście kilometrów. Wezwał pomoc przez telefon, ale i tak spieszy się na swój prom do Palermo. Prom odpływa po południu, więc jego radości trudno się dziwić. W międzyczasie przybywa pomoc: sprzedawca ryb na powszechnym we Włoszech trzykołowym motorku. Atmosfera robi się niezwykła. Przez skórę czujemy, że sprzedawca to jakaś macka lokalnej mafii... dzwoni gdzieś do "la mia familia"... coś nam załatwia... W sumie nie wiadomo o co chodzi ale ogólnie są bardzo wdzięczni.


    Ruszamy dalej. Po paru kilometrach szukamy kolejnej atrakcji turystycznej. Himera, której szukamy to jak się okazuje ruiny starożytnej osady. Obecnie miasto jest odkopane przez archeologów. Powstało też niezwykłe muzeum, które dokładnie zwiedzamy. Muzeum jest silnie klimatyzowane. Jednak dla nas jest jak zbawienie... Dziś jest zdecydowanie najgorętszy dzień wyprawy. Około 17 wracamy do upalnej rzeczywistości i jedziemy na kemping. Znajdujemy go opodal: Torre di Catalamano - to miejsce, które polecał nam sprzedawca ryb. Atmosfera na kempingu przyjazna choć czuje się, że to interes "rodzinny" i o cenę nie należy się targować.

    Spotykamy tu starszego pana spod Piaseczna. Jego żona leży w szpitalu ze złamaną nogą a on załatwia jej transport do Polski. Godzina 20. Leżący w cieniu termometr wskazuje temperaturę +42C. A ile było w południe?!

    Tradycyjnie około 22 obok naszego namiotu przejeżdża Adam. Po chwili z ciemności wyłania się Jola. Szukają miejsca na nocleg... Dłuższą chwilę wybierają miejsce na nocleg... po czym szukając ciszy i spokoju lokują się... tuż obok dyskoteki. Idziemy spać.


    Rano czekamy na otwarcie recepcji, płacimy za nocleg i o 9 jesteśmy już w trasie. Żeby nie przedłużać porannego ceremoniału śniadanie postanawiamy zjeść dopiero po drodze. Pierwsze 10km przemierzamy błyskawicznie, a niewielkie górki zupełnie nam nie przeszkadzają. Dopóki się da chcemy maksymalnie wykorzystać poranną świeżość powietrza.

    Na śniadanie zatrzymujemy się dopiero w Termini Immerse. Vis a vis stacji kolejowej wchodzimy do niewielkiego barku cieszącego się powodzeniem u okolicznych mieszkańców. Na oko wszystko wygląda zachęcająco. Zachęceni, kupujemy więc dwie porcje - jak się miało po chwili okazać - wyśmienitych lasagne. Były pyszne, gorące i tak odżywcze, że wystarczyły nam praktycznie na cały dzień jazdy.

    Po śniadaniu oglądamy miasto, kościoły, odrapane z tynku domy, rozpadające się kamienice i zwykłą ludzką biedę. Tuż za miastem podziwiamy manufakturę ceramiki i rzymski most. Mimo, że od czasów starożytnych rzeka dawno już zmieniła koryto, most pozostał niemym świadkiem dawnych czasów. Gdyby dłużej wsłuchać się w ciszę, zapewne dałoby się usłyszeć chrzęst butów rzymskich pretorianów przemierzających okolicę.


    Świeżość poranka szybko się kończy, a równinna okolica przechodzi w coraz większe pagórki. W czasie największego upału dojeżdżamy do Porticello. Podobnie jak w Santo Stefano di Camastra nie mamy już zapasu wody. Stajemy więc w pierwszej napotkanej gelaterii. Upał znowu solidny, choć już słabszy niż wczoraj. Podobno w Polsce było wczoraj +36C. Wcinamy lody a ja ucinam sobie pogawędkę z przygodnym Włochem na temat aparatu fotograficznego, którym robimy zdjęcia. Okazuje się że aparat fotograficzny za kilkaset euro jest dla tubylców w zasadzie nieosiągalny. O komputerach mówią jak o sprzęcie niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika sprzęcie, który można zobaczyć na poczcie w telewizji. Daje to pojęcie o zamożności zwykłych sycylijczyków. Wypytuję też o Solunto - kolejny zabytek polecany w naszym przewodniku. Jak się jednak okazuje jako, że dziś jest niedziela - teren wykopalisk jest zamknięty. Dodatkowo do terenu wykopalisk prowadzi znaczny podjazd, którego mamy jakiejś szczególnej ochoty pokonywać. Uznajemy że nie musimy oglądać każdego napotkanego kamienia i odpuszczamy sobie tą atrakcję turystyczną. Korzystamy z wczesnej pory i kierujemy się prosto na Palermo.


    
Zbliżając się do Palermo, przejeżdżamy przez Ficarazzi. Tu podziwiamy przedwojenną, dziś już opuszczoną rezydencję "rodzinną". Można tu spotkać wiele podobnych do niej posiadłości, które czas swojej świetności mają już dawno za sobą. Na zapleczu posiadłości widać kompletnie zrujnowaną fabrykę "czegoś".

    Samo Palermo robi na nas dość przygnębiające. Nie możemy się oprzeć wrażeniu że jest to miasto, które coraz głębiej pogrąża się w upadku. Na ulicach widzimy wielu bezdomnych... Zostajemy przez nich kilka razy zaczepieni. Dla odmiany starówka i jej boczne uliczki są praktycznie opanowane przez narkomanów. Lepiej się więc tam samotnie nie zapuszczać. Na głównym placu przed katedrą przez ogrodzenie katedry zauważam Adama. Grzebie coś przy sakwach, a Jola jest we wnętrzu katedry. Musieli nas wyprzedzić, kiedy gwarzyliśmy sobie z tubylcami w lodziarni w Porticello.

    Chcemy się szybko wydostać w tego przygnębiającego miasta. Opuszczamy część staromiejską i jadąc głównymi ulicami miasta, kierujemy się na północny zachód. Ulice są coraz szersze, momentami nie wiemy czy już jedziemy autostradą, czy dopiero za chwilę na nią wjedziemy.

    W końcu pojawia się mały odjazd w bok i udaje się nam wydostać z wielkiego ruchu. Jedziemy wąziutkimi uliczkami, które przeplatają się z autostradą. W pewnym momencie niespodziewanie wjeżdżamy do cichutkiego miasteczka Sferra Cavallo. Jesteśmy już niedaleko naszego kolejnego noclegu: Isola delle Femmine. Tu, Adamowie pojawiają się zaledwie godzinę po nas.






    Ten dzień nie wyróżnił się niczym szczególnym poza... kryzysem kondycyjnym ekipy. Rano opuściliśmy nasz kamping we czwórkę. Po niedługim jednak czasie, gdy ja i Pil zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, Adam i Jola pogonili do przodu. Daleko nie ujechali i po około pół godzinie zobaczyliśmy ich zwiśniętych i rozklapcianych w cieniu ogrodzenia jakiejś rezydencji. Nam jednak też tego dnia nie szło. Po krótkim odpoczynku znowu ruszyliśmy wszyscy razem, ale po chwili stwierdziliśmy, że znowu jedziemy z Pil sami. Sprawdziliśmy więc SMS'y, wysłaliśmy zapytanie "co się stało? Gdzie jesteście?" i pojechaliśmy dalej. Na wysokości Trappeto kryzys dopada naszą dwuosobową część peletonu. Zatrzymujemy się w najbliższym cieniu. Rozwijam karimatę i Pil kładzie się spać w cieniu agawy. Ja zaś beztrosko bawię się pajączkami, mrówkami i chrząszczami, których w tej okolicy jest istne zatrzęsienie. Gościnni gospodarze wyjeżdżając po sjeście z domu zapytali czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Na szczęście wszystko było w porządku.


    Kolejną przerwę robimy sobie w Baleastrate. Kolejne lody, kolejne napoje. Po około 15km docieramy do Castellammare del Golfo. Postanawiamy zatrzymać się tu na noc. Sprawdzamy rozkład jazdy pociągów na następny dzień i jedziemy na kemping. Rozstawiamy namiot, po czym jadę na zakupy do miasta. Po jakimś czasie na kempingu zjawiają się również Adam i Jola. Jak się okazało byli tu już przed nami, lecz pojechali jeszcze kawałek dalej. Na wieść że zatrzymaliśmy się w miasteczku zawrócili. Wieczorem idę na plażę trochę się popluskać. W nocy dopadają nas odgłosy dyskoteki zorganizowanej w miasteczku... jakieś półtora kilometra od nas. Ukształtowanie terenu powoduje jednak że dźwięk niesie się bardzo dobrze, a my - pomimo zmęczenia - długo nie możemy zasnąć.


    Tak jak zaplanowaliśmy, o 8:24 wyjeżdżamy pociągiem do Trapani. W ten sposób omijamy góry i troszkę jeszcze odpoczywamy. Po przyjeździe do Trapani musimy znaleźć sklep rowerowy i kupić zapas szprych dla Adama. Codziennie awarie zakrawają już na jakieś fatum ciążące nad jego rowerem. W ubiegłym roku hasłem wyprawy było "a Grzesiek naprawia"... tym razem przyszła kolej na Adama. Niedaleko dworca trafiamy na sklep z motocyklami. Za sprawą wyjątkowo uprzejmego sprzedawcy udaje nam się szybko dojechać do sklepu z rowerami. Sprzedawca zadzwonił po kolegę, który po chwili zastąpił go w sklepie. Sam zaś wsiadł na motocykl i w tempie 15km/h przeprowadził nas przez labirynt uliczek - prosto do celu. Po zakupach rowerowych i zaraz potem również spożywczych zwiedzamy miasto. Najpierw trafiamy na targ rybny pełen dziwnych ryb z długimi paszczami i gościnnych sprzedawców (z normalnymi paszczami) radych nas uraczyć wszystkimi specjałami, które mają na straganach. Solidnie odkarmieni ruszamy w dalszą drogę.

    Zabytki Trapani przedstawiają jednak obraz nędzy i rozpaczy: mury całkiem przeżarte przez sól, sypiące się tynki. Wszędzie widać nieudolne próby ratowania nieszczejących zabytków. Szczególnie piękna i była katedra... piękna i zniszczona.


    Po wyjeździe z miasta kierujemy się na Mozię. To antyczna twierdza na wyspie, jeszcze w średniowieczu można się było na nią dostać suchą stopą: z lądem łączył ją drewniany most. Dziś na wyspę pływają tylko niewielkie kutry osobowe. Okolica obfituje w poldery wykorzystywane dziś do pozyskiwania soli. Na groblach polderów stoją wiatraki do jej mielenia.

    Po południu zatrzymujemy się na sjestę. Od sprzedającego owoce rolnika kupujemy dojrzałego melona. Po chwili drugiego melona dostajemy za darmo... ot tak po prostu J W cieniu jego altanki spędzamy prawie dwie godziny.

    Pod wieczór dojeżdżamy do Pettosino. Tu zatrzymujemy się na przestronnym, dobrze utrzymanym kempingu. Dziwne rzeczy dzieją się jednak w pogodzie: zrywa się zimny wiatr. Nadciągają ciężkie, deszczowe chmury. Jak na Sycylię to zjawisko niezwykłe w ogóle, a o tej porze roku - w szczególności. Tego wieczora niezwykłe były również łazienki: ogromne (można było po nich niemal jeździć rowerem). Prysznice nie miały jednak drzwi, a światło w środku można było zapalić tylko na zewnątrz. Żeby było ciekawiej - światło miało wyłącznik czasowy... Jemy kolację, myjemy się i idziemy spać. W nocy PADA ULEWNY DESZCZ!!!





    Cuda się dzieją w pogodzie. Środek lata a na południu Sycylii pada deszcz i jest wręcz zimno. Woda w morzu zrobiła się mętna, zimna. Wieje silny, zimny i porywisty wiatr. Cały ranek bardzo powoli szykujemy się do drogi, a z nieba co chwilę siąpi deszczyk. W recepcji wypytuję o prognozy pogody. Nikt nic nie wie, a prognozy w TV są sprzeczne. Sami Sycylijczycy są zdezorientowani i mówią że to niezwykłe, że taka pogoda to rzadko się zdarza nawet w listopadzie, grudniu. A tu niespodzianka: początek sierpnia i mamy sycylijską jesień.

    Ostatecznie jednak decydujemy się jechać dalej. W przerwie deszczu udaje się nam wysuszyć namiot i zwinąć go tuż przed kolejną chmurą i deszczem. Dwie ulewy przeczekujemy w łazience: gotowi do drogi i poważnie zdezorientowani. Mamy wszystko za wyjątkiem ubrań na deszcz z wiatrem i temperaturę rzędu kilkunastu stopni. W pewnym momencie Adam i Jola zawijają się i odjeżdżają. My stoimy jeszcze jakiś czas i też wyruszamy. Po drodze do Mazzary dopada nas jeszcze jedna ulewa. Mokniemy, wysychamy, a kolejny deszcz przeczekujemy jakimś barku w Case Caruso.


    Kiedy jednak docieramy w końcu do Mazzary niebo się wypogadza i wygląda słońce. Ciągle jednak wieje silny i zimny wiatr. Na szczęście wiatr jest w plecy i zupełnie nam nie przeszkadza. Samo miasto zaskakuje nas niezwykłymi kościołami. Są bogato zdobione we wnętrzu i całkowicie zaniedbane na zewnątrz. Jeden z nich udaje nam się przypadkowo obejrzeć od środka. Wykorzystaliśmy obecność proboszcza i weszliśmy do środka. Na ścianach i sklepieniach zobaczyliśmy niesamowitą mieszankę chyba wszystkich stylów architektonicznych. Obfitość zdobień przytłacza i powoduje, że tak naprawdę nie wiadomo na czym się skoncentrować.


    W ciasnych uliczkach wiatr tworzy wiry i sypie nam w oczy piachem niesionym znad morza. Dojeżdżamy do portu. To dzielnica biedoty: jedna wielka ruina, brud, złom na ulicach, walące się domy. Bliżej centrum jest znacznie lepiej. Widać nawet nieśmiałe próby remontu domów.

    Po opuszczeniu Mazzary próbujemy skrócić drogę. W rezultacie nadkładamy około 10 kilometrów, przez jakiś czas jedziemy wzdłuż "autostrady" A29, która wyglądem przypomina naszą trasę katowicką z połowy lat 70'. Widzimy niekończące się remonty nawierzchni, wiele odcinków jest ciągle w budowie... tyle że ostatni robotnicy byli tu chyba kilkanaście lat temu.


    Campobello di Mazzara - odpoczynek, drobny posiłek i ruszamy w dalszą drogę. Pod wieczór dojeżdżamy do Marinelli, w której zgodnie z mapą znajdujemy dwa kempingi. Wiedzeni jakimś przeczuciem zatrzymujemy się na pierwszym z nich. Jak się okazało zatrzymali się na nim także Adam i Jola. Wracają na kemping kiedy zaczynamy rozstawiać namiot. Właśnie wrócili z pobliskiego sklepu.

    Dowiedzieliśmy się również, że pobliskie starożytne Selinunte można zwiedzać tylko do godziny 20. Tak więc zwiedzanie odkładamy na kolejny dzień. Dziś potrzebujemy jednak odrobiny luksusu i w kempingowej kuchni zamawiamy kolację. Dziś czekają nas dwie duże porcje spaghetti i wino. Adam zamawia zupę, spaghetti i rybę. Jola tylko zupę i spaghetti. Nastrój wieczorem jest bardzo sympatyczny. Przy stole zasiadają z nami niemcy, jakaś rodzina francuska, belgowie i grecy. Po zapadnięciu zmroku pomimo gołych żarówek wiszących nad stołem - robi się bardzo przytulnie, choć chłodno... Siedzimy z Pil jeszcze kilkanaście minut. Po silnym rozgrzaniu słońcem odczuwamy chłód wieczora. Wracamy więc do namiotu, bierzemy prysznic i idziemy spać.


    Zgodnie z planem dnia poprzedniego, dziś z samego rana jedziemy obejrzeć starożytne Selinunte. Adam z pełnym poświęceniem oddaje się swojemu najnowszemu hobby: codziennie rano lub wieczorem wymienia szprychy w tylnym kole. Trzeba przyznać, że po kilku wymianach doszedł w tym do niemałej wprawy. Po zakończeniu naprawy Adam i Jola decydują się zostawić obozowisko na kempingu i na luzie pojechać zwiedzać wykopaliska Selinunte. My jednak nie chcemy kombinować z pozostawianiem bagażu na kempingu, z późniejszym wracaniem po obozowisko. Zwijamy się więc do drogi i w pełni spakowani jedziemy obejrzeć zabytki. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden atut: nikt nie ukradnie rowerów. Nie mamy pewności że uda się nam wjechać na wykopaliska rowerami. W razie konieczności ich pozostawienia przy wejściu, dziwnie powiązane, łącznie z bagażem ważą około 70kg. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się więc porywał na ich podnoszenie. Nie powinien się też dobierać do bagażu. Strategicznie zapakowaliśmy na wierzch wszystkie brudne rzeczy... Jednak udało się nam bez problemu wjechać na teren wykopalisk. Tu podziwiamy ruiny świątyń, domostw, gigantyczne fragmenty kamiennych konstrukcji. Jeździmy po ogromnym terenie. Jesteśmy odprowadzani zazdrosnymi spojrzeniami turystów zmuszonych do korzystania z płatnych melexów.

    Po obejrzeniu wszystkiego co się dało ruszamy w trasę. Zaglądamy też na kemping - Adamów już nie ma. Musieliśmy się z nimi rozminąć na wykopaliskach. Na wysokości Latomie odbijamy na wschód i po krótkim czasie omijając Menfi wskakujemy na naszą nową trasę S115. Omijamy męczące silnie pagórkowate fragmenty trasy. Jedziemy po wiaduktach i przez tunele. Mamy silny wiatr w plecy, co dodatkowo podnosi tempo dzisiejszego odcinka.
    Pod wieczór, po przejechaniu przez most nad rzeką Platani, odbijamy na południe w kierunku morza. Opuszczamy naszą S115 i natychmiast tempo jazdy spada: liczne podjazdy i zjazdy skutecznie nas spowalniają. W końcu, na horyzoncie dostrzegamy morze i przylądek Capo Bianco. Tu w ostatniej chwili wchodzimy jeszcze na teren kolejnych wykopalisk Eraclea Minoa. Oglądamy ruiny kolejnego sycylijskiego miasta okresu starożytnej Grecji: domy, ulice, łaźnie miejskie, agorę, amfiteatr.

Po zwiedzeniu Eraclei jedziemy na kemping, na którym są już Adam i Jola. Właśnie kończą rozstawianie namiotu. Są jacyś... padnięci. Wieczorem zapraszają nas na kolację. Jest arbuz, brzoskwinie, ryż, tuńczyk, kukurydza, ser, wino... Jak na warunki traperskie to prawdziwa uczta. Po zachodzie słońca robi się tak zimno, że zakładamy polary.


    Przeczucia dnia poprzedniego nas nie myliły. Co prawda rana Adam wymienia kolejną, pękniętą poprzedniego dnia szprychę... w końcu dzień bez wymiany szprychy to dzień stracony. Jednak w czasie śniadania Jola mówi, że dziś się odłączą. Chcą sobie zrobić co najmniej jeden dzień odpoczynku i pojechać wolniej niż dotychczas. W sumie to racja, mają przecież o całe 5 dni więcej w zapasie niż my. Podczas gdy nasz samolot odlatuje z Catanii 13 VIII, samolot Adamów odlatuje z Malty 18VIII, czyli całe 5 dni później.

    Tak więc żegnamy się ciepło i - tym razem już bez oglądania się na drugą połowę peletonu - jedziemy w kierunku Agrigento. Nasza wczorajsza droga S115 okazała się być jedną nitką przyszłej autostrady. Parametry autostradowe, znaczne niwelacje terenu, przystosowane do szybkiej jazdy wiadukty - to wszystko zastanawiało mnie wczoraj przez cały dzień. Było na pozór niezrozumiałe w jakim celu ktoś bocznej drodze nadał tak dobre parametry trakcyjne, i po co zainwestował ogromne pieniądze w potężne niwelacje i obiekty inżynieryjne. Kiedy dziś trafiliśmy na podwójne oświetlone tunelestało się oczywiste że kiedyś, bbyć może już niedługo będzie tu przebiegała pełnowymiarowa autostrada. Trzeba tylko dobudować drugą nitkę.

    Tak więc dzisiejszy odcinek znowu okazuje się być bardzo szybki. Mijamy kolejne miasta i miejscowości: Siculiana, Realmonte, Porto Empodocle. Bardzo silny wiatr w plecy, dobra droga - wszystko to sprawia, że do Agrigento dojeżdżamy już około godziny 14. To bardzo dobrze. W mieście spędzamy ponad 5 godzin. Bez pośpiechu zwiedzamy, zwiedzamy i jeszcze raz zwiedzamy. Mamy wystarczająco dużo czasu. Na pierwszy ogień idzie słynna Vale dei Templi, najpierw z zewnątrz, potem wchodzimy na teren wykopalisk. Potem muzeum archeologiczne. Dosłownie otacza nas Historia naszej cywilizacji, w niektórych przypadkach dosyć brutalnie stawiana do pionu. Niektóre zwaliska świątyń są na powrót ustawiane do pierwotnego kształtu, a brakujące elementy są uzupełniane odpowiednio podbarwionym betonem. Z daleka wygląda dobrze, ale z bliska - zaskakuje brakiem szacunku dla zabytków.

    Wieczorem, pełni wrażeń kierujemy się na pobliski kemping. Kiedy zatrzymujemy się w San Leone.. i tu pełne zaskoczenie... spotykamy Adamów! Musieli nas dogonić kiedy zwiedzaliśmy Vale dei Templi. Swoje obozowisko rozłożyli w najwyższym punkcie kempingu. Stajemy więc obok nich. Robimy kolację, małe zakupy i idziemy na plaże popatrzyć na nocną panoramę pobliskiego Agrigento. Robię kilka zdjęć i strażnik kempingowy wygania nas z plaży. Na noc musi zamknąć jedyne wyjście z kempingu nad morze.










    Po opłaceniu kempingu i zakupieniu pocztówek w kempingowym sklepiku wracamy na dobrze nam znany szlak S115. Jeszcze w granicach Agrigento zatrzymujemy się na krótki postój: robimy zakupy spożywcze. Kilkaset metrów dalej, w cieniu banku siadamy na trawie i piszemy kartki. Niestety nie mamy znaczków. Z wysyłką musimy się więc wstrzymać do znalezienia jakiejś czynnej poczty.

    Kolejne tunele i wiadukty potwierdzają nasze autostradowe podejrzenia co do S115. Po bokach co chwila widzimy przebieg starej dziś już nieczynnej drogi. Wczesnym popołudniem docieramy na kemping w Punto delle Due Rocche. Dziś namiot rozbijamy nad samym morzem. Od brzegu wody dzieli nas nie więcej niż 20 metrów. Jest godzina 16. Idziemy więc na plażę troszkę się pobyczyć, może trochę wykąpać i "wyrównać tepaski". Sukces jest jednak połowiczny: woda jest bardzo zimna i mętna, a popołudniowe słońce już nie grzeje tak jak byśmy chcieli. Coraz bardziej marzymy o przejechaniu na wschodnie wybrzeże gdzie w morzu jest ciepła wodą a wybrzeże obfituje w piękne plaże. Wracając do namiotu zbieramy muszle, robimy kilka zdjęć. Wieczorem nad naszymi głowami szaleje dyskoteka. Jola przysyła SMS'a z informacją, że dziś zwiedzali Agrigento i zostają tam na drugą noc.



    Po nocnych przeżyciach związanych z kempingową dyskoteką i nocnym uciszaniem zanadto rozbrykanej młodzieży, która po opuszczeniu zabawy zbytnio hasała tuż przy naszym namiocie postanawiamy nie tracić czasu i szybko wyruszyć w trasę. Przed wyjazdem wciągamy jeszcze solidne śniadanie: jajecznica z parówkami, świeże bułki, mleko i owoce. Zwijamy obozowisko, robimy zakupy w kempingowym minimarkecie, w którym ceny (o dziwo!) były niższe niż w niejednym dużym markecie. To prawdziwy ewenement.
    Nieźle jednak musimy namęczyć, żeby wydostać się z bagażami z poziomu morza na poziom reszty kempingu: makabryczne nachylenie podjazdu sprawia, że z ledwością udaje się nam wypchnąć obładowane sprzętem rowery


    No ale się udało bez strat w ludziach i sprzęcie. Po opłaceniu pobytu wracamy na dobrze nam znany szlak S115. Po godzinie jazdy dojeżdżamy do Geli. Tu mimowolnie oglądamy kolejne zlokalizowane na wybrzeżu rafinerie. Plaże już są ładne, woda jednak wciąż zimna i mętna. Z przewodnika zakupionego kilka dni temu na Isola delle Femmine wynika, że w mieście jest bardzo dużo zabytków. Rzeczywistość jednak rózni się dość znacznie od teorii: zabytków jest jak na lekarstwo, a żaden z zagadniętych przez nas mieszkańców nie potrafi nam udzielić żadnych użytecznych wskazówek jak do nich dotrzeć. Jeździmy więc po mieście na wyczucie. Po jakimś czasie odnajdujemy kilka, niestety zamkniętych kościołów, wiele zrujnowanych kamienic... Na początku zwiedzania decydujemy się obejrzeć zabytki, a dopiero potem pójść do muzeum. To jest jednak błędna decyzja: jako że jest niedziela, kiedy w końcu zniechęceni niepowodzeniami w zwiedzaniu miasta decydujemy się pojechać do muzeum okazuje się, że dziś jest ono już zamknięte. Postanawiamy się trochę posilić. W samym centrum miasta, na opuszczonym staromiejskim rynku, we wnętrzu miasta uśpionego niedzielną sjestą kupujemy wyśmienite ciastka i lody. O tej porze i tak nic bardziej konkretnego do jedzenia się nie kupi. Dobre i to. Zjadamy co mamy i ruszamy w dalszą drogę.

    Wciąż utrzymuje się bardzo silny wiatr, który od dłuższego czasu nieprzerwanie wieje nam prosto w plecy. Jedzie się doskonale, a tempo jazdy systematycznie rośnie. Średnia dzisiejszego etapu przekracza nawet 20km/h. O 17:50 dojeżdżamy do Camariny. To kolejne miejsce, w którym można własną stopą dotknąć historii. Same miejsca wykopalisk wyglądają na pozór i na pozór nie wyróżniają się niczym szczególnym: tak i gdzie indziej w podobnych temu miejscach widoczne są ślady fundamentów, ścian, domów i całych ulic. Wchodzimy na starożytną Agorę, oglądamy starożytny cmentarz: Necropoli Camarina. Po krótkiej rozmowie z sympatycznymi strażnikami pilnującymi zabytku (i naszych rowerów) okazuje się, że niedaleko jest muzeum, w którym zgromadzono bardzo interesujące zbiory.


    Nie tracąc czasu dziękujemy strażnikom za przypilnowanie naszych rumaków i na skrzydłach wiatru jedziemy do muzeum. Do środka wchodzimy na kilka minut przed zamknięciem. Jednak specjalnie dla nas pracownicy muzeum zostają dłużej i opowiadają nam niezwykłą historię Camariny. Jak się okazało, w starożytności Camarina była jednym z największych miast starożytnej Grecji: liczyła ponad 20 tysięcy mieszkańców, była miastem portowym. Zajmowała ogromny teren. Ponad 2 tysięcy lat temu stanowiła centrum antycznego przemysłu i prawdopodobnie najważniejszy ośrodek kulturalny na Sycylii.

    W wyśmienitych humorach, pełni wrażeń i nowych informacji na kemping jedziemy do pobliskiego Punta Bracetto. Co roku trafiamy na jakiś monstrualny kemping. Tym razem jest to właśnie Punta Bracetto. Zajmuje całe kilometry kwadratowe powierzchni. Na terenie widzimy nie kończące się kilometry alejek, wyznaczone sektory... Po długim błądzeniu po terenie, na kolację kupujemy pizzę Quattro Staggioni. Jest wyśmienita. Po kolacji wyruszamy na kolejne poszukiwania. Tym razem szukamy pryszniców.

    Po godzinie błądzenia odnajdujemy łazienki. Po następnej godzinie udaje się nam umyć - oczywiście w zimnej wodzie. Nawiasem mówiąc prysznice z Punta Brecetto to gangrena jakich mało. Kolejne pół godziny szukania (tak tak... dochodzimy do wprawy i zaczynamy poznawać topografię kempingu) i udaje się nam wrócić do namiotu. Miejsce na nocleg mamy jednak naprawdę wyśmienite. Nasz namiot stoi na dachu przepompowni wody do basenu... Dach jest wysypany miękkim, drobnym i czystym piaskiem. W takich warunkach, z dala od dyskoteki i całego kempingowego zgiełku śpi się nam doskonale.








    Po dobrze przespanej mocy wstajemy o 7 rano. Jesteśmy dobrze wypoczęci. Na śniadanie Pil robi sałatkę z tuńczyka z kukurydzą. Pijemy mleko, wcinamy banany i melona. Tuż po opuszczeniu kempingu łapiemy drugą gumę tej wyprawy. Tym razem powietrze schodzi z tylnego koła Pil. Zatrzymujemy się we wręcz mikroskopijnym porcie Punta Secca (ta dziwna nazwa pochodzi chyba od ogromnej mielizny przed wejściem do portu). W oponę wlazł jakiś gigantyczny spinacz stolarski. Sprawnie łatam dętkę, przez chwilę bawimy się z miejscowym psem i ruszamy w dalszą drogę.


    Jedziemy w kierunku Marina di Ragusa. W dosyć dużej odległości od nas, po lewej stronie widzimy budującą się autostradę. Jest już praktycznie gotowa... Trwają roboty wykończeniowe. Przejeżdżamy też przez rezerwat przyrody Macchia Fiume Irminio. Zakupy na obiad i sam obiad zjadamy w Sampieri. Przy okazji szukamy jakiegoś ładnego miejsca nad morzem. Mamy ochotę na kąpiel i błogie nieróbstwo. Niestety chlew na plaży jest tak nieprzeciętny, że odpuszczamy sobie dalsze poszukiwania w tej okolicy i odpoczywamy dopiero w pizzerii w Pozzallo. Przez kolejne godziny drogę uprzykrzają nam ponad metrowej wysokości zwały cuchnących alg naniesionych przez morze na pobocza naszej drogi. Widać że mieszkańcy nie przejmują się zbytnio obecnością "darów morza". Najzwyczajniej przy pomocy pługa odgarniają "dary" na pobocze.


    Za Pozzallo skręcamy na boczną drogę prowadzącą Pachino. Okolica znacznie przyjemniejsza: jedziemy wśród winnic. Widać wyraźnie biedę żyjących tu ludzi. Jedziemy bowiem przez najbiedniejszą część Sycylii - najbiedniejszego regionu Włoch. Częste są pożary gospodarstw rolnych zarówno tych opuszczonych jak i jeszcze zamieszkałych. Również w tym względzie nie za bardzo widać wolę mieszkańców do gaszenia pożarów i zapobiegania ich powstawaniu. Pobocza drogi przypominają wielkie śmietniska pełne potłuczonych butelek, puszek, śmieci. Nawierzchnia drogi również jest tragiczna. Można praktycznie zapomnieć o rozpędzeniu się powyżej 25km/h. Wszystko to razem tworzy przedziwną mieszaninę pięknego krajobrazu i dewastacji przyrody.

    Około godziny 18 docieramy do wysuniętego najdalej na południe krańca Sycylii. Zatrzymujemy się na kempingu. Tu dosyć długo szukamy odpowiedniego miejsca na rozłożenie namiotu. Do pryszniców z ciepłą wodą jest ogromna kolejka na 1,5 - 2h czekania. Myjemy się więc w zimnej wodzie i idziemy na plażę. Wieczorem jemy kolację, robimy pranie i idziemy spać.







    Wstajemy wcześnie. Kiedy jeszcze cały kemping jest pogrążony w głębokim śnie my idziemy się wykąpać w morzu. Tu jesteśmy świadkami powrotu z morza ekipy francuskich nurków. Po kąpieli idziemy pod ciepły prysznic (dziś bez kolejki - kolejka jeszcze śpi). Jeszcze przed wyjazdem, w kempingowym sklepiku jemy śniadanie. Drugie śniadanie urządzamy sobie w pobliskim Portopaolo.

    Dziś pierwszy dzień bez silnego wiatru. Jest też nareszcie trochę cieplej. Grotta di Calafarina, Marzamemi. Tu malutka zatoczka z portem bez uregulowanego nabrzeża. Samo miasteczko kojarzy mi się z Dzikim Zachodem i zaczątkami miast. W Marzamemi jest tak samo: na wpół dziki port z kilkoma jachtami i wielką morską łodzią motorową, dwie uliczki i kilka większych domów/kamienic wyznaczających dalszy rozwój miasta. Tyle, że to miasteczko okres świetności ma już za sobą, a na obrzeżach widać upadłe manufaktury i dwie niewielkie fabryczki "czegoś", zapewne pamiętające jeszcze przełom XIX i XX wieku.


    Jedziemy wzdłuż nieczynnej linii kolejowej. Jak się okazuje, ten rejon jest tak biedny, że wycofano stąd nawet połączenia kolejowe. Tor miejscami już nie istnieje lub jest całkowicie zarośnięty. Wszędzie jest jednak równomiernie zaśmiecony. Czas świetności lokalnej kolei przypominają jedynie nienaruszalne elementy linii kolejowej takie jak mosty i wiadukty czy wykute w skale galerie. Gdzieniegdzie widać jeszcze pozostałości torów.
    Mijamy Rovetto. Kierujemy się na Noto. Po drodze przecinamy budującą się autostradę. Jak wynika z informacji na mapie ma ona zostać ukończona w grudniu 2005. My jednak pracowicie pokonujemy długi podjazd do miasta. Po przekroczeniu murów miejskich zostajemy mile zaskoczeni: w tym mieście widać po raz pierwszy na Sycylii widzimy, że coś się dzieje. Wiele kamienic jest wyremontowanych lub remontowanych. Ewenementem jest też bardzo zadbany park miejski. Przypomina on nawet trochę otwarty ogród botaniczny. Na obiad zjadamy dwie pizzetty i kanapkę. Po zwiedzaniu miasta zasysamy jeszcze soczyste sorbety w kafejce na obrzeżach miasta. Wczesnym popołudniem opuszczamy Noto i kierujemy się na Avolę.


    Na niebie znowu zaczynają się gromadzić chmury. Na szczęście tym razem zupełnie niegroźne. Na wysokości Lido di Avola oglądamy dolmen sprzed paru tysięcy lat. Ciężko go było znaleźć: zarośnięty trawą, daleko od szosy. Dojeżdżając do Fontane Bianche zatrzymujemy się zebrać rosnące dziko figi. Od dwóch tygodni z niecierpliwością wypatrywałem kiedy wreszcie dojrzeją. No dojrzały! Na kemping dojeżdżamy jeszcze za dnia. Robimy zakupy w miasteczku, rozstawiamy namiot i idziemy na plażę. Na plażowych leżakach siedzimy do zachodu słońca. Pil pracowicie uzupełnia dziennik naszej wyprawy. Na kolację mamy tuńczyka z kukurydzą na ciepło...


















    Z kempingu wyjeżdżamy w miarę możliwości wcześnie rano. Chcemy mieć maksymalnie dużo czasu na zwiedzanie Syracus. Po około pół godzinie jesteśmy na miejscu. Zwiedzanie zaczynamy od muzeum archeologicznego, w którym zgromadzono fantastyczne zbiory pochodzące praktycznie z całej Sycylii i dużej części starożytnego Świata. Jest wszystko począwszy od Catanii, poprzez Palermo, Camarinę, Selinunte i Eraclea Minoa. Eksponaty sięgają epoki brązu a nawet kamienia łupanego i świadczą o wyjątkowych korzeniach tutejszej cywilizacji. Niestety we wnętrzu nie możemy robić żadnych zdjęć.
    Po obejrzeniu muzeum (między 14 a 16 była przerwa) jedziemy na wykopaliska zlokalizowane w pobliżu muzeum. Tu oglądamy amfiteatr grecki i słynne ucho Dionisosa (Orecchio di Dionisio). Zwiedzamy również teatr rzymski. Po wykopaliskach oglądamy Syracusy i jedziemy na wyspę Ortygię - wyspę, na której powstała pierwsza osada grecka, z której później powstały Syracusy i rozwinęły się do postaci obecnej.


    Właśnie na Ortygii znajdujemy ewenement na skalę światową: kościół katolicki, który powstał w dawnej świątyni Ateny. Dawna świątynia została zaadaptowana na potrzeby kościoła. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że pomimo różnych prądów myślowych na przestrzeni wieków nie zatraciła swojego pierwotnego - greckiego - charakteru. Po obejrzeniu miasta, pod wieczór kierujemy się na kemping. Przez wiele kilometrów jedziemy wśród rafinerii. Jedziemy po dwupasmówkach, których strategicznie nie oznaczono na mapach turystycznych. Przemierzamy drogi, których oficjalnie w ogóle nie ma w tym miejscu. Tam gdzie spodziewamy się kolejnych wykopalisk znajdujemy jedynie kolejną instalację rafinacyjną i ogromny węzeł drogowy o nieproporcjonalnie dużej jak na to odludzie przepustowości. Wszystko jest bardzo zaniedbane i zarośnięte trawą i krzakami.
    Kemping znajdujemy na samym końcu bocznej drogi, na przylądku Capo Campolato parę kilometrów za Brucoli. Namiot rozkładamy już po zmroku.








    Stare powiedzenie mówi, że wszystko co dobre kiedyś się kończy. Podobnie jest z naszą wyprawą. Podobnie jak co roku jest fantastyczna, niezapomniana i podobnie jak co roku również zmierza ku końcowi. Czujemy to z każdą chwilą coraz mocniej. Postanawiamy więc trochę się jeszcze pobyczyć. Położony na Capo Campolato kemping, na którym dziś nocowaliśmy, ma własny kawałek plaży. Do południa siedzimy więc na plaży, kąpiemy w morzu, pławimy się w cudownym włoskim słońcu. Po piasku biegają malutkie, ruchliwe krewetki.

Wczesnym popołudniem wyruszamy na ostatni etap naszej wyprawy. Jedziemy do Catanii. Jest jednak jeden problem: kempingowy market jest zamknięty a nam skończyła się woda. Przed wyjazdem nabieramy co prawda wodę w łazience, ale jest to coś tak okropnego w smaku, że o napiciu się tym nie ma mowy. Mamy też poważne wątpliwości czy ta woda w ogóle się nadaje do picia. Wyjeżdżamy więc praktycznie bez zapasu wody pitnej. Jak na złość upał tego dnia znowu jest duży i temperatura oscyluje w okolicach 38-40 stopni.


    Jak uczy doświadczenie, połączenie wysiłku na rowerze z brakiem wody tworzy mieszankę piorunującą. "Na sucho" udaje się nam przejechać około 10km. W pewnym momencie widzę, że Pil jest bardzo blada. Ja też mam coraz większe problemy z jazdą: język przypomina drewniany kołek, nie ma siły do kręcenia pedałami, w głowie zaczyna się robić jakoś dziwnie. Mimo to musimy dojechać do jakiejś osady. Najbliższa wieś od miejsca, w którym się znaleźliśmy to Agnone Bagni. Tu zatrzymujemy się przy pierwszej okazji. Zostawiam rower przy drodze i idę do najbliższego gospodarstwa poszukać czegoś do picia. Bez najmniejszego problemu dostajemy dwie dwulitrowe butle wody mineralnej z czego jedna jest zmrożona na kość. Będzie się topiła przez najbliższe godziny.

    Z miejsca wypijamy połowę jednej butli. Morale kompanii się podnosi, siły stopniowo wracają i raźnie ruszamy do Catanii. Po drodze robimy sobie kilka odpoczynków: w zamkniętej na głucho pizzerii, na stacji benzynowej, na drugiej stacji... Jemy drugie śniadanie, obiad... w końcu, późnym popołudniem docieramy do kempingu położonego na przedmieściach Catanii. Kemping jest usytuowany zaledwie 500m od końca pasa startowego, dosłownie na jego osi. Nie jesteśmy zachwyceni perspektywą obserwowania poszycia startujących i lądujących samolotów. Jedziemy więc do Fontana Rosa - na kolejny kemping, tym razem oddalony o jakieś 2-3km na południe. Tu spędzamy dwie kolejne noce. Przed zachodem słońca jedziemy zrobić solidne zakupy żywnościowe na dwa najbliższe dni. Po powrocie jemy kolację i idziemy na plażę popatrzyć w ciemność.



    Dziś mamy dzień wolny. Możemy więc poleżeć sobie w spokoju, pochodzić, pojeździć albo... aktywnie wykorzystać ten czas i coś jeszcze zobaczyć. Catanię trzy tygodnie temu już raz oglądaliśmy. Nie widzimy więc sensu ponownie zwiedzać tego niedużego miasta.

    Decydujemy się wypożyczyć samochód i pojechać na Etnę. Po rozmowie z obsługą kempingu jedziemy na lotnisko. Tu na 24 godziny wypożyczamy nowego Forda Focusa II. Mamy satysfakcjonujący nas limit 150km. Nasza wycieczka nie powinna być dłuższa. Rowery przypinamy do latarni na parkingu wypożyczalni, zdejmujemy wszystko co się tylko da zdjąć z roweru: liczniki, siodełka, pompki, lampki wrzucany do bagażnika, odpalamy silnik i jedziemy.

    Pil pilotuje. Na szczyt jedziemy po wschodniej stronie wulkanu. Po drodze mijamy kolejne miasteczka. Jesteśmy coraz wyżej. Stupięćdziesięciokonny silnik bez problemu wyciąga nas na 1000, 1500, 2000 i 2500mnpm. Samochód dosłownie klei się do drogi. To, co na rowerze było by zadaniem na dwa dni, samochodem załatwiamy w ciągu paru godzin. Na szczycie jesteśmy koło południa. Tu oglądamy zniszczenia jakie w czasie ostatniej erupcji przed pięciu laty poczyniła lawa. Do dziś zostały odbudowane: obserwatorium, baza turystyczna i drogi. Obecnie trwa jeszcze remont kolejki linowej wiodącej w pobliże głównego krateru.


    W drodze powrotnej wybieramy zjazd południowymi stokami wulkanu. Około 18 jesteśmy spowrotem na lotnisku. Tankujemy auto do pełna i jedziemy na lotnisko oddać auto. Nasze rowery stoją przez nikogo nie ruszone tak, jak je zostawiliśmy. Szczęśliwi wracamy na kemping. Tu gotujemy sobie obiad i idziemy na plażę. Wakacyjna błogość trwa aż do czarnej nocy.


    To już ostatni dzień naszego pobytu na gorącej ziemi sycylijskiej, wśród gościnnych Sycylijczyków. Samolot mamy dopiero o 14, lecz nauczeni przykrymi doświadczeniami z Paryża sprzed roku, na lotnisku chcemy być nie później niż o godzinie 11. Tak więc rano jemy lekkie śniadanie. Niestety, poprzedniego wieczora okazało się, że gdzieś po drodze zgubiliśmy zgromadzone przez nas pamiątki. Musimy więc jeszcze przed odlotem pojechać do miasta, kupić nowe i zdążyć na samolot. Płacimy więc za kemping i jedziemy do centrum - w okolice katedry. Wjeżdżamy w dobrze już nam znane okolice. Tym razem jednak centrum wydaje się leżeć niezwykle blisko lotniska. Robimy zakupy, pstrykamy kilka fotek i kierujemy się na lotnisko. Po drodze mijamy znajomy pomnik lotnika, małe rondko i terminal. Wszystko tak znajome, jakbyśmy obok tego przejeżdżali najwyżej poprzedniego dnia... a to już całe trzy tygodnie od czasu kiedy jadąc tymi samymi ulicami rozpoczynaliśmy naszą wyprawę!

    Na lotnisku oczywiście panuje bałagan. Tym, że nikt nic nie wie nawet się nie zdziwiłem. Nawet się tym nie przejąłem. Ze stoickim spokojem zaszywamy się w spokojnym końcu lotniska i systematycznie przygotowujemy rowery do drogi. Kiedy wszystko jest już gotowe idę się czegoś dowiedzieć. Okazuje się że nasz lot już jest wyświetlony na tablicy odlotów, a kolejka do odprawy jeszcze nie zdążyła urosnąć. Odprawiamy się bez spokojnie i bez pośpiechu. Nasze bagaże (bez rowerów) ważą dokładnie dopuszczalne 40kg. Po odprawie mamy jeszcze w zapasie ponad godzinę czasu. Co za luksus! Ostatnie spojrzenie na Sycylię... słyszymy zapowiedź naszego lotu. Idziemy do naszej bramki, wsiadamy do autobusu i jedziemy do samolotu...


Arrivederci Sicilia! Arrivederci Italia!


Dokąd w przyszłym roku?

Portugalia
? Zobaczymy! Może się uda!


Rozkład dzienny trasy przejechanej na rowerze

 Etap 
Z
Do
  Dystans  
[km]
Data
1 Warszawa Catania
27
23 VII
2 Catania San Marco
49
24 VII
3 San Marco Letojani
46
25 VII
4 Letojani Ganzirri (Capo Peloro)
70
26 VII
5 Ganzirri (Capo Peloro) Paradiso
55
27 VII
6 Paradiso Forno Marina (Capo d'Orlando)
85
28 VII
7 Forno Marina (Capo d'Orlando) Castel di Tusa
61
29 VII
8 Castel di Tusa Buon Fornello
48
30 VII
9 Buon Fornello Isola delle Femmine (Palermo)
78
31 VII
10 Isola delle Femmine (Palermo) Castellamare del Golfo
52
1 VIII
11Castellamare del Golfo Petrosino
60
2 VIII
12Petrosino Marinella
60
3 VIII
13Marinella Eraclea Minoa
80
4 VIII
14Eraclea Minoa San Leone (Agrigento)
58
5 VIII
15San Leone (Agrigento) Falconara
61
6 VIII
16Falconara Punta Secca
77
7 VIII
17Punta Secca Portopaolo di Capo Pasero
70
8 VIII
18Portopaolo di Capo Pasero Fontane Bianche
56
9 VIII
19Fontane Bianche Brucoli
65
10 VIII
20Brucoli Fontana Rossa (Catania)
52
11 VIII
21Fontana Rossa (Catania) Fontana Rossa (Catania)
9
12 VIII
22Fontana Rossa (Catania) Warszawa
9
13 VIII


Statystyka wyprawy

Liczba dni jazdy 21
łącznie 22
Etap najkrótszy 9 km
najdłuższy 85 km
średnio 60.3 km
łącznie 1267 km
Prędkość max 58.4 km/h
średnia 16.9 km/h
Czas jazdy łączny 74h 59min
dziennie 03h 35min
Złapane gumy 4
Pęknięte szprychy 8
Pęknięte materace 1
Zużyte butle CampingGas-240 3
Pstryknięte zdjęcia 2800
Znalezione 10 polskich groszy
Najwyższa temperatura +42C w cieniu
Najniższa temperatura +15C w czasie deszczu

Autorzy zdjęć: Leukocyt&Company
Autorzy tekstu: Leukocyt&Pil