PEJZAŻ Z LUSTREM I ŚWIECĄ

(...) Obraz ten nosi nazwę "Marie* aux deux flammes", (...) Jest mocno zniszczony, z głębokimi pęknięciami w kilku miejscach. (...)

    Widnieje tam świeca płonąca naprzeciwko lustra i odbijająca się w nim, są więc dwie świece, które palą się do siebie. Jest tam ciemno i widać Jej delikatne palce złożone na czaszce, która jest symbolem wieczności... czy śmierci? A u stóp małego lichtarzyka leżą perły niczym krople łez. Jest tam dużo symboli. Jacques Thuillier określił palącą się świecę jako symbol mijającego nieubłagalnie czasu, a lustro jako symbol kruchości marzeń, ułomności nadziei i wielkiej iluzji, która tkwi w człowieku. Miał rację.
    Tak właśnie siedzieliście, twarzą w twarz, wpatrując się jak świece na obrazie de La Toura wpatrują się w siebie. Jedna z nich żywa, druga zaś jest tylko odbiciem, być może więc Jej uczucie było tylko bladym odbiciem twojego płomienia, stworzonym przez ciebie i narzuconym, może paliłeś się za was oboje, gwałcąc Jej myśli, i nie dostrzegałeś tego w majestacie swego obłędu? Lecz może się mylę, może było inaczej, bo wyczuwało się między wami tę niebywałą koncentrację, w jaką wprawiają się poprzez medytowanie ludzie Dalekiego Wschodu, tę niewidoczną strunę sprzężenia oczu, której widmo zachowało się na obrazach Giotta. Byliście jak orientalni magowie zapatrzeni w migocący niewyraźnie punkt na dalekim horyzoncie. Osiągają go, chwytają i staraj się nie utracić...
    Ale wyście utracili wszystko zanim się jeszcze pojawiła na twej drodze, jak kamień, który zapada w serce, tak ciężki, że nie od razu można go wydobyć i tak wielki, że musisz się o niego potknąć. Nigdy już nie będziesz kroczył naprzód tak śmiało i z taką pewnością siebie. (...)
    Była noc. Zawsze wtedy jest noc z jej cieniami i ciszą, która dźwięczy w uszach niczym dzwon, z jej ślepymi zaułkami dróg i przytłumioną urbanistyką zbrodni, z jej skrzypieniem bosych stóp w pustych korytarzach i dalekimi dzwonkami sań na rozległej równinie, rozjaśnianej księżycem i rozdzieranej zawodzeniem wilków, gdzie białe koleiny gubią się na przełęczach gór, a za nimi jest nieznane, wielka brama pożegnania i rozłąki. (...) Cały kontynent w blasku jednej świecy, kontynent, którego nie wrysowano na mapę, gdzie wszystko jest możliwe, a to, czego nienawidzisz i czego nie możesz obalić - możliwe nie jest. Ale tylko (myślę o tej mapie) we śnie i w marzeniach, w płomieniu świecy, w książce - nie na jawie.
(...) Nie mogłeś przewidzieć tego wszystkiego. Cud możliwy do przewidzenia przestaje być cudem. Jeden telefon, jakiś teatr, jakiś spacer i wielki obłęd - oto kolejność. Lecz przedtem trzeba potknąć się właśnie o Nią. Jest jedna. Ale są ich przecież miliony. Cała rzecz w tym, by ją spotkać i rozpoznać. Tyle jest miast na świecie, tyle twarzy bliskich i dalekich i nieznanych, tyle miejsc, tyle rzek, tyle dróg, które się mijają ani o sobie nie wiedząc. Tyle samotności, które się nigdy nie spotykają. Tyle kobiet... Bez jakiejś kobiety mężczyzna nie ma sensu, ale bez tej Jedynej nie ma na domiar pojęcia kim jest. Na ogół nie spotyka Jej i nawet o tym nie wie, jeśli zaś spotyka - staje się zupełnie inny. Zdarza się jednak i tak, że jeśli jest wtedy za wcześnie lub za późno lub tysiąc innych przyczyn nie pozwala mu zatrzymać tego szczęścia; jakże wówczas ból tratuje ci rozum! Przewraca się hierarchia ludzkich cierpień - twoje wskakuje na szczyt.
   Czcionki gazet z tamtych dni - otchłań tragedii (...). Sto pięćdziesiąt cztery ofiary karnawału w Rio. (...) Trzęsienie ziemi w Japonii - dwadzieścia kilka trupów. Kolejna "latająca trumna" o nazwie Starfighter rozwaliła się w Leer (Dolna Saksonia) wraz z pilotem. Na Morzu Śródziemnym zatonął wraz z załogą grecki statek "Capto Christos". (...)
    Co cię to wszystko obchodziło! Nie widziałeś nic poza swoją prywatną rozpaczą, która każdemu przesłania wszechświat i wykoślawia granice wyobraźni. Cierpienia drugich to obojętny popiół anonimowych zdarzeń i czymże on jest na szali, którą po stokroć przeważa szala z własnym bólem! Miałeś gdzieś wykrzywione męką twarze wszystkich innych stworzeń, człowieka, który umarł pozornie i przysypano go ziemią, i tego, który wrąbał się fordem w kataklizm zimy i został przysypany śniegiem. (...)
    Próbowałem ci pomóc i uspokoić twoją chorą duszę. Mówiłem: - Popatrz na ludzi. Kłębią się i rozmnażają radośnie. Są ich miliony i są zupełnie normalni. Mają wszystko w porządku. Ręce, nogi i żyły. Jedzą, piją i schylają karki tak nisko, jak trzeba. Są wszyscy zdrowi, zwarci i zaspokojeni, nie trapią ich zmory i cierpienia, nie tęsknią do utraconych rajów. Nieomal żyją. Nie czują bólu, bo nie znają miłości. Kochają swoje samochody, telewizory i automatyczne pralki, którymi wyprano im myśli do czysta. Szczęśliwi ludzie, czyż nie tak? Wierzą. Wierzą, że zabiorą do grobów swoje samochody, pralki i telewizory. A ty zabierzesz wspomnienie o tym, czego nigdy nie przeżyli. Płomień tej świecy, swój smutek jak nie wysłuchany pacierz, swą tęsknotę za studnią jej oczu i swój ból, który był solą twego życia. Jesteś więc przy nich nędzarzem, przy którym Krezus i Midas spaliliby się ze wstydu i z zazdrości. Jesteś wybrańcem bogów. Czego jeszcze chcesz?
    Ale ty nie zrozumiałeś. Odpowiadałeś mi półprzytomnie, jak zamroczony alkoholem błazen na alabastrowych schodach pałacu swego pana, który na zawsze wyrzucił błazna za drzwi. (...)
    (...) Nie każde wyznanie przynosi ulgę. Miałeś przedtem życie na niby, a potem swoją rozpacz. Między tymi dwoma brzegami wznosił się krótki most, po którym chodziłeś z Nią i po którym błąkałeś się potem jak bezdomny pies, rozdmuchując żar pod kotłem wspomnień. (...)


"Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie, będą miejsca w książkach i miejsca przy stole..."
(...) Najbardziej martwiło mnie to, że w twojej rozpaczy mieszkała jeszcze nadzieja, ów wstrętny pasożyt, który jest matką wszystkich durniów twojego pokroju. (...)

Tak właśnie życie mówi: - Chodź ze mną....

Idziesz, a ono któregoś dnia kładzie ci zwyczajnie rękę na ramieniu, nazywa Romeem i sprzedaje w niewolę. Tak straciłeś władzę nad sobą. Całe wieki leżałeś zwinięty w kłębek ze swymi nawykami i dławiącymi rytuałami codzienności; zbudowałeś sobie swoją fortecę, jak termit zabarykadowany we własnym kopcu. Czołgiem nie mogliby jej rozjechać. A rozpadła się pod wpływem kilku słów, jakiegoś uśmiechu, dotknięcia dłoni, i stałeś się bezbronny jak ślimak, któremu zmiażdżono skorupę.
    Przemawiałem do ciebie tak właśnie lub może inaczej, w każdym razie starałem się dużo mówić, ględzić, opowiadać, absorbować twoje ogłupiałe oczy, by przestały marzyć o ucieczce w stylu Hemingwayowskiego porucznika Henry'ego, który "żegna się z bronią", skacząc do chłodnej rzeki Tagliamento. Krzyczałem na ciebie:
(...) Nie umiera się tak łatwo z miłości, w ogóle nie tak łatwo się umiera! To tylko choroba, z której człowiek winien wydobyć się bez cudzej pomocy, bo nic tak nie pomaga choremu organizmowi, jak jego własna zdolność do przetrwania. Dlatego nie oczekuj już ode mnie lekarstwa, pomóż sobie sam!

(...) Stanąwszy w progu piątych drzwi ujrzałeś starca z książką na kolanach, siedzącego przy stole, na którym dopala się świeca osadzona w kaganku. Oczy jego są zamknięte, otwarte usta chwytają powietrze niczym usta konającego, a na twarzy podpartej dłonią maluje się ów niewymowny ból wewnętrzny (...) Obok stoi młodziutka dziewczyna i wyciąga doń rękę, jakby chciała pocieszyć, drugą zaś trzyma uniesioną ku górze, jakby chciała coś wytłumaczyć. "Starzec i anioł". Obraz Georgesa de La Toura z muzeum w Nantes.
    - To ty jesteś u krańca drogi - powiedział Lekarz. - Ta dziewczyna to anioł zesłany przez Boga, by cię pocieszyć. Cierpisz, bo nie możesz przypomnieć sobie tamtej kobiety, nie pamiętasz jej twarzy i nawet imienia, nic! Świeca, którą zapaliłeś, gdy spaliła się miejska elektrownia, przypomniała ci tamtą świecę i nic więcej. Oto twoja prawda. Powiedziałem ci - będziesz uleczony! Uleczy cię czas, ta wszystkożerna świnia, i staniesz się kaleką. Albowiem uleczenie, o którym dzisiaj marzysz, będzie twoim kalectwem. (...)
- Zostaniesz okradziony z pamięci i ze wszystkich wzruszeń. Teraz już wiesz o tym, ale nawet wiedząc, niczego nie odmienisz i nie zatrzymasz w sobie, wszystko dopali się jak ta świeca i szczeźnie. Jesteś skazany!
    Spojrzał ci w twarz i ty spojrzałeś mu w twarz z nienawiścią.
- Idź do diabła! - wycedziłeś przez zęby i odwróciłeś się na pięcie. (...)
Postanowiłeś, lub raczej postanowiła to twoja nienawiść, że zrobisz Lekarzowi na przekór i dowiedziesz, iż pomylił się. Nie przeszło ci przez myśl, że być może napoił cię tą zawziętością właśnie po to (jakimż wielkim geniuszem był ten człowiek, jeśli tak prostym wybiegiem udało mu się tego dokonać!) (...)

     Jeśli należysz do tych, którzy kochali tylko raz, to niewiele masz do powiedzenia. Ale jeśli to była prawdziwa miłość, to inni powinni milczeć w twojej obecności.

fragmenty rozdziału z książki pt. MW Waldemara Łysiaka

* w oryginale Madeleine aux deux flammes (czyli Magdalena z dwoma płomieniami) - Łysiak zmienił jego tytuł dla potrzeb opowiadania.