Pan Gawaine i Olbrzym z Carlile

 
Posłuchajcie, panowie, krótkiej opowieści,
gdyż winniście usłyszeć o szlachetnym pieśni.

 

Jak młoda dziewczyna wdzięczny,
w boju był silny i zręczny.

Z pewnością, on to pospołu,
siadał z wasalami Okrągłego Stołu.

 

Ów rycerz - pan Gawaine na imię miał,
i sławny z dworności na Wyspie się stał.

Zaś wyspą Brytanią nie same,
Anglia i Szkocja są zwane.

 

W rogu ich Walia się mieści,
gdzie, jak szybkie niosą wieści,
król Artur z drużyną przebywał,
rozrywki wśród druhów zażywał.

 

Rzekł raz do biskupa swego król:
"Przygotuj nam dzisiaj do mszy stół.
Zrób to, Bodwinie biskupie, snadź
- Potem do lasu rad byłbym gnać.
Bo po lesie jelenie liczne spacerują,
jak ich rycerze - tak one trawy wypatrują."

 

Wesoło, słysząc to, pan Marrocke patrzy,
a także pan Kay, chłop silny za trzech.
Wesoło patrzy Launcelott z Jeziora.
a także Perciuall radośnie woła.
Wesoło, widać, panu Ewaine,
równie - panu Lottowi z Lothaine.

 

A także diukowi w zielonej zbroi
- przy nim pan Gawaine wesoły stoi.
Pan Gawaine zarządcą był w zamku Artura,
co wszystko zawsze grzecznością wskóra.

 

Śmiał się król Artur i Mordred kuzyn 
i niezliczona ilość rycerskich drużyn.

- Pan Lybius Disconyus również był tam
z łucznikami - jak zwykle, nie przyjechał sam.
 
 
                          
Przodem Blanch Faire i pan Ironside jadą,
a wielu podąża za nimi ze swadą.

 

Zaś Ironside - tak w starej księdze stoi,
był ojcem diuka w zielonej zbroi.
Co więcej, nie skłamię, gdy dodam do tego,
że pani z Białego Kraju była córką jego.

 

Człowiek ów więcej miał rycerskiej sławy,
niż ktokolwiek inny z Artura ławy.
Niegroźny był mu najognistszy smok
i zręcznie przebijał dzikich bestii bok.
Każdego niedźwiedzia zabijał wraz
- Nie znajdziecie większego rycerza wśród nas.

 

Powszechnie uchodził za Artura druha,
co w każdym podnosi rycerskiego ducha.

 

Jednakże - dlaczego Ironside był zwany?
Z tego, że broni nigdy nie złożył, był znany.
Zawsze w zbroi i miecz u boku nosił
- żaden olbrzym na próżno pardonu nie prosił.

 

A jego rumak, zbroja i całe ubranie
były srokate - wierzcie mi, panowie i panie.
Na tarczy zaś miał złoto z lazurem
i potężnego gryfa z zagiętym pazurem.
Namalowana była też przedziwna gwiazda,
którą wtenczas znała osoba każda.

 

I zawsze - czy na wschód, czy zachód się zwrócił,
nigdy - ni zwierza, ni człeka w biedzie nie porzucił.
 
 
Psy gończe ostro biegną za zwierzyną,
a król za nimi rwie wraz ze swą drużyną.
Gdy charty przez psiarków spuszczone ze smyczy
jelenia z nóg zbiją - nie puszczą zdobyczy.

 

Wiele barwnych namiotów rozbitych zostało,
wesołych kompanii można w nich znaleźć nie mało
wśród urodziwych i zręcznych rycerzy.
Tam też, na trawie - gdy kto chce, niech wierzy,
kiedy dzień już się zbliżał ku porze wieczerzy
na ziemi aż sto wielkich rogaczy leży!
Wtedy stało się, że pan Gawaine i pan Kay,
a z nimi biskup Bodwin, w pogoni swej
tak się za płowym bykiem zapędzili,
że prędko od reszty diuków odłączyli.

 

Zewsząd otoczyły ich gęstej mgły opary,
które przekreśliły wszelkie ich zamiary.
Wówczas pan Kay rozpoczął głośne swe lamenty,
że jelenia wchłonęły im złośliwe odmęty.

 

Owszem, jeleń uciekł. Lecz słuchajcie -
a wszystkim moim słowom wiarę dajcie:
Niepokój i strach gnębił ich jak buty ciasne,
póki, gdzie zanocują, nie stało się jasne.

 

Zatem pan Gawaine rzekł do Kaya:
"Nie jedźmy dalej próżno ni staja.
Zwierzyna umknęła. - Wierzcie mi, panowie,
nie spotkamy jelenia w nocy w tym parowie.
Radzę - zsiądźmy z koni i dajmy odpocząć,
byśmy sami również mogli wtedy spocząć.
Legnijmy toteż pod tym wielkim drzewem
- Zaprawdę, czy istnieje lepsze wyjście - nie wiem."
"Nie, Gawainie - rzekł Kay - ja tutaj nie zostanę,
Skoro, gdy przyjadę - na serca mego damę
- nigdy i nigdzie gościny mi nie odmawiają.
Nie śmią. Nawet najbogatsi panowie mnie znają."
"Tak - przytaknął biskup - jest tu pewien panek,
co niedaleko stąd zbudował swój zamek.
 
Jak słyszałem, Olbrzymem z Carlile go zwą 
- Wiem to dobrze - ale klnę się na duszę swą -
 
Nie ma na świecie silniejszego odeń człeka -
ten, kto chce się wedrzeć siłą, niech lepiej ucieka!
A kiedy da nogę ratując swe życie,
to, zaprawdę, uczyni wtedy należycie."
 
Wówczas znów odezwał się Kay: "Jadąc razem
- pozwólcie, że swój sąd wyrazić się ważę -
Nawet najsilniejszego pokonać możemy
i wnet bez jego zgody bramę rozewrzemy.
Lecz jeśli będzie się wtedy nam opierał -
to wkrótce własne kości z ziemi będzie zbierał.
Potem - dom mu rozwalę - gdy to nie pomoże,
wiele innych szkód zrobię - dopomóż mi Boże!
A będę go bił tak długo i mocno, aż wreszcie
sławny się stanie z gościny nawet w najmniejszym mieście."
 
"Ten pomysł, widać, z mocnej wyszedł głowy.
Na twe rozkazy - rzekł biskup - jestem więc gotowy."
 
Wtem Gawain krzyknął: "Kayu, przestań się przechwalać
i na innych potem kłopoty swe zwalać!
Jeśli nawet uciekniesz ratując swe życie
- to radzę Ci - zrób to wtenczas należycie."
 
"Cieszą mnie twe słowa. - odrzekł mu wnet Kay
Więc w przypadku takim - jedźmy wszyscy trzej.
- Zaś olbrzym - jak przypieka, tak i piwo warzy,
Jak przekroi - to i zszyć mu się również zdarzy.
A jak warzy piwo, tak je pewnie pije."
"Sądzę, że odwrotnie. To wręcz w oczy bije.
- Lecz jeśli kto pięknie do niego przemówi
to, że uznajemy, iż jest panem, wmówi.
Skoro jednak i grzeczna rozmowa zawiedzie,
wówczas to przy broni ujrzysz nas na przedzie."
"Sugestia ta - rzekł biskup - zadowala mnie nie mniej.
Toteż nie zwlekajmy - jedźmy dalej wszyscy trzej."
 
A skoro przybyli do olbrzyma bramy,
ciężki młot ujrzeli wiszący u ramy.
Gawaine jego drzewce uchwycił więc krzepko
i zastukał grzecznie, aczkolwiek nielekko.
 
"Któż to - wnet wychylił się  z wnęki odźwierny
- tak silnie wali, niby rycerz dzielny?"
"Jam to. - Gawaine mu na to dwornie odpowie
- My dwaj jesteśmy Artura parowie.
Trzeci zaś, to czcigodny biskup tego króla.
- Pytając, człowieku, nic więcej nie wskórasz.
 
Bez przerwy po lesie cały dzień jeździliśmy
siły koni ni ludzi nie oszczędzaliśmy.
- Prosimy toteż w imię króla swego
o nocną gościnę - i Wszechmogącego -
O przenocowanie do ranka następnego dnia.
...i że odjedziemy stąd nie zaznawszy zła."
 
Wtem odezwał się zapalczywy rycerz Kay:
"Odźwierny, nie nadwyrężaj cierpliwości mej!
Przekaż wnet to posłanie - bo wrota zwalimy,
a w Artura dworze klucze zawiesimy!"
 
Odpowiedział mu tamten w takich oto słowach:
"Niedługo pożyją, którym pojawia się w głowach
taki pomysł - stu ludzi już życie straciło...
Pan na polowanie jechał - jakby nic nie było."
 
Wtedy powie pan Gawaine, nie jak rycerz Kay:
"Odźwierny, com mówił, przekaż-że w dobroci swej."
"Panie, twoje posłanie bez błędu powtórzę
i prawdy w opowieści nigdzie nie zaburzę"
 
A skoro przybył do tronu olbrzyma,
wnetki przed nim jedno kolano swe zgina,
Mówiąc: "Są tutaj dwaj parowie Artura
i trzeci - czcigodny biskup tego króla.
Cały dzień bez przerwy po lesie jeździli,
siły koni ni ludzi wcale nie szczędzili.
Toteż proszą was, Panie, w imię króla swego
o nocną gościnę - i Wszechmogącego -
O przenocowanie do ranka następnego dnia.
...i że odjadą stąd nie zaznawszy zła."
 
"- Doprawdy, nic tak nie zasmuca teraz myśli mej,
jak to, że wciąż na zewnątrz stoją ci rycerze trzej."
 
Toteż odźwierny otworzył im szeroko bramę,
by wjechać mogli w szyku ramię w ramię.
Ich rumaki do stajni wnet zabrane zostały,
- trzej rycerze do zamku za sługą się udali.
 
W sali siedział Olbrzym na krześle wysokim,
a stopę położył na kolanie szerokim.
Usta miał wielkie nadzwyczaj, brodę szarą,
ramiona pokrywały włosy w lokach falą,
A między jego brwiami co za przestrzeń była!
- żadna wcześniej taka istota nie żyła.
Zaś dwoje jego oczu tak jak ogień lśniło,
- Boże, większego pana od niego nie było!
Na swoich kolanach położył był chleb, który
trzy jardy miał! - powtórzyć to mogę po raz wtóry.
Jego palce podobne grubym słupom były,
a dłonie niby bochny, co są nad dziewcząt siły.
Co więcej, był wysoki na pięćdziesiąt łokci...
- ale dość już opisów tych obrzydliwości!
 
Kiedy pan Gawaine zoczył owego olbrzyma,
zaraz dwornie do niego tak mówić zaczyna:
-"Panie na Carlile, niech Bóg w zdrowiu Cię zachowa,
i niechże w pomyślności coraz większej chowa."
Rzekł Olbrzym: "Skoro Chrystus teraz mnie ochrania,
w imię Artura witam, chociaż od zarania
był on mi największym, najgroźniejszym wrogiem
- mimo to przyjmuję was tutaj za progiem.
Rycerzy moich wielu zguba przezeń spotkała
- rannych odsyłał, by krzywda nie była za mała.
I, mówiąc szczerze, muszę się przyznać, że chętnie
odwdzięczyłbym się tym samym - z pewnością nie pięknie."

"Nie ukrywam, że rodzaj to żmijowstwa - syknął Kay
tak królowi odpłacać się w hardości swej."
Usłyszawszy to Gawaine, cicho doń powiedział:
"Więcej niż można mówisz. Chcę, abyś to wiedział."
 
W ten sposób weszli dalej, w głąb tej wielkiej sali,
gdzie stoły nakryte obrusami stały.
A znaleźli tam cztery szczenięta w wielkim gniewie,
które warcząc przy ogniu leżały przy drzewie.
 
Swe zaślinione kły ostrzył dzik
i potężnie ryczał byk.
Groźny pomruk wydał niedźwiedź wraz
i zaryczał lew nie raz.
 
Głośno ryczał lew i zęby szczerzył
"Spokój!"- rzekł pan zamku i wzrokiem tak zmierzył
że, gdy tylko słowa te przebrzmiały w sali
szczenięta cztery pod stół się wczołgały.
 
Wtem w drzwiach pani piękna i szlachetna stanie,
i na Olbrzyma usiadłszy kolanie
to pięknie grała, to wdzięcznie śpiewała
o miłości piosenki, których moc znała.
"Szczęśliwy to człowiek - rzekł do siebie Gawaine
co urodził się, by z damą tą móc leżeć społem."
"Wstyd wielki - odezwał się Olbrzym - chcesz przynieść
i cześć, jak łotr zwykły, z domu tego wynieść!"
"Panie, nie rzekłem niczego, by, jak powiedziałeś..."
"Nie, człeku. - odrzekł Olbrzym - Więcej pomyślałeś."
 
Wtem Kay ciszę przerwał i rzekł do niego,
iż wierzchowca w stajni chciałby dojrzeć swego.
W żłobie ujrzał zarówno ziarno, jak i siano,
lecz przy swym koniu - innego, żrącego to samo.
Wziął Kay rumaka Olbrzyma za szyję
za drzwi go wyprowadził - nie kłamię, jak żyję!
Tak Kay na zewnątrz wziął tego rumaka,
w grzbiet go uderzył - naraz rzecz zdarzyła się taka,
że wtenczas sam Olbrzym stanął przy nim blisko
i rzekł: "Za ten czyn, człeku, zapłacisz mi szybko."
I tak mocno trzasnął on Kaya przez łeb,
że ów prawie-że z tego świata zszedł.
Gdyby nie upadł był na snopek słomy,
plecy by mu pękły rychło we dwie strony.
 
"Gdybyś  był na zewnątrz zamku swego - krzyknął Kay
nie darowałbym teraz tak zniewagi tej!"
"Co? - zdziwił się Olbrzym - Jeszcze mi tu grozisz?
Na wsze przyrzekam dusze, im więcej się srożysz...
- Człowieku! Przysięgam, nie wybaczę tego,
jeśli usłyszę jeszcze od ciebie co złego!
Za każde jedno słowo, któreś wypowiedział,
zasłużyłeś na to, żeś na ziemi siedział."
 
I tak powrócił Kay do dworu
- gdy biskup woła doń od stołu:
"Kayu, bracie, gdzieżeś to bywał?"
"W stajni, u konia jam swego przebywał."
 
Rzekł zatem biskup Bodwin do niego:
"Też muszę spojrzeć, co u konia mego."
W żłobie ujrzał zarówno ziarno, jak i siano,
a przy swym - rumaka żrącego to samo.
Wziął biskup wierzchowca tego za szyję,
za drzwi wyprowadził - a dalej, jak żyję -
Zręcznie odwrócił go łbem w stronę bramy,
w grzbiet walnął - i wówczas - na Chrystusa rany,
rzekł jeszcze: "Wynoś się tam, gdzie diabeł wyziera,
skoroś jadło memu koniowi wyżerał!"
Lecz wówczas sam Olbrzym stanął przy nim blisko
i rzekł: "Za ten cios, człeku, zapłacisz mi szybko."
A tak mocno Olbrzym uderzył go w ciemię,
że mitra i biskup upadli na ziemię.
 
"Litości! - zawołał - Jestem księdzem prawym!
Cokolwiek robię, zawsze dla Chrystusa sprawy!"
Odparł Olbrzym: "Nie za stan duchowny,
czy mitrę, czy pierścień - znak jakże wymowny -
Lecz iż, jak sądzę, ksiądz uprzejmym być winien,
szlachetnym i wzgląd mieć na to w każdym czynie."
 
Z tym powrócił biskup do dworu
- gdy pan Gawaine doń woła od stołu:
"Bodwinie, biskupie, gdzieżeś to bywał?"
"W stajni, u konia jam swego przebywał."

 

Tak też rzekł zaraz pan Gawaine do niego:
"I ja dojrzeć muszę w stajni konia mego."
W żłobie ujrzał zarówno ziarno, jak i siano,
a przy swym koniu - innego, żrącego to samo.
Wierzchowiec Olbrzyma po deszczu wprzód biegał,
więc mokry był, gdyż nikt mu potem derki nie dał.
- Toteż pan Gawaine szybko zdjął swój płaszcz zielony
i nakrył rumaka, by nie drżał spocony.
Rzekł jeszcze: "Stój sobie spokojnie, jedz siano
- twój pan za wszystko płaci, co nam tutaj dano."
Wtem sam Olbrzym grzecznie stanął koło niego;
"Dzięki, - rzekł - za uprzejmość wobec konia mego."
 
Olbrzym pana Gawaina za rękę wziął zatem
obaj do dworu wrócili jak brat z bratem.
Poczym Olbrzym zawołał wnet o puchar wina
- tak to pięknie uczta tutaj się zaczyna.
W pucharze tym 70 szklanic się mieściło;
- żadnego, który by łatwo go uniósł nie było.
Zaś Olbrzym go szybko do policzka przytknął
"Za Twoje zdrowie wpierw piję" - tak krzyknął.
A łyk jeden jego 15 galonów miał!
- Po tym zaś kielich sąsiadom swym dał.
 
Rzekł im następnie w takich słowach grzecznie:
"Chodźmy wieczerzać, Panowie, nie stójmy tu wiecznie."
Pan Gawaine mu na to odpowiedział pięknie:
"Panie, wszędzie pójdziemy na Twój rozkaz chętnie."
"Jeśli tak skoro za mną podążacie,
wielce, Panowie, mnie tym zaszczycacie."
Wpierw umyli się cali - i poszli wieczerzać,
i pić wino tak słodkie... - możecie mi wierzać.
 
Wkrótce Olbrzym do pana Gawaina tak rzecze:
"Widzisz tę długą włócznię? Weź ją miły człecze,
i rozbiegnij się, proszę, od kuchennych drzwi,
i wyceluj dobrze w środek twarzy mi."
"A, - pomyślał pan Kay - gdybym to był ja,
odpłaciłbym mu za cios i za inne zła."
"Dobrze. - rzekł Olbrzym - Możesz, skoro chcesz
wypróbować swą siłę - więc tę włócznię bierz."
"Panie, niczego nie rzekłem - gdy ty powiedziałeś..."
"Nie. - odparł Olbrzym - Więcej pomyślałeś."
 
Gawaine z obrotu sprawy był zadowolony,
więc wziął włócznię w rękę i, rozweselony,
od drzwi kuchennych swój bieg zaczyna
celując w środek twarzy Olbrzyma.
Pan Gawaine nadbiega - gdy ów to zobaczył,
głowę uchylił z trasy, którą sam wyznaczył.
- Cóż za cios Gawaine wówczas ścianie zadał!
Aż drzewce pękło i deszcz iskier spadał.
A tylne okucie wbił w sam mur kamienny,
który pozostał, jak przedtem, niezmienny.
"Spokojnie, - rzekł Olbrzym - nazbyt to rad byłeś."
"Zrobiłem, Panie, jak sam mi mówiłeś."
"Lecz gdybyś uderzył tak, jak zamierzałeś,
zadałbyś mi cios straszny - co zresztą wiedziałeś."
 
Olbrzym pana Gawaina za rękę wziął zatem
i tak go wprowadził w przepiękną komnatę.
 
Ujrzeli tam łoże zasłane bardzo zręcznie,
a w nim Olbrzyma żonę poczywającą wdzięcznie.
 
Rzekł Olbrzym: "Gawainie, poprzez grzeczność swą
wejdź do tego łoża, legnij z panią mą;
Pocałuj ją trzy razy w obecności mej,
lecz nie więcej! - bacz uważnie i nie naraź się!"
 
To mówiąc, Olbrzym kotary szeroko rozsunął,
Gawaine obok pięknej pani do łoża się wsunął.
Potem silnym ramieniem otoczył ją mile
całe ciało poczęło mu gorzeć w tę chwilę.
<!-- $MVD$:spaceretainer() -->
Pomyślał zatem Gawaine, by więcej poczynić...
"Stój! - zakrzyknął Olbrzym - Nie waż się nic czynić!
Na wstyd wielki i hańbę byłbyś mnie wystawił,
gdybyś się w mym domu tak niecnie zabawił!"
 
"Lecz wstań, Gawainie, i idź prędko za mną
na spotkanie z o wiele od tej piękniejszą panną."
 
Olbrzym pana Gawaina za rękę wziął zatem
i tak go wprowadził w kolejną komnatę.
A było tam łoże zasłane bardzo zręcznie,
zaś w nim - Olbrzyma córka poczywająca wdzięcznie.
 
Rzekł tamten: "Gawainie, poprzez grzeczność swą
wejdź do tego łoża, spocznij z panią tą."
To mówiąc, kotary szeroko rozsunął,
Pan Gawaine do łoża z ochotą się wsunął.
Ramieniem słodkie dziewczę otoczył upojnie...
"Z mym błogosławieństwem, córko, śpij teraz spokojnie."
- rzekł Olbrzym i wyszedł, uśmiechając się z lekka
zamknął cicho drzwi kluczem zrobionym ze srebra.
 
 
Świt wstawał, kiedy Olbrzym ze snu się obudził
i do pokoju córki pierwsze kroki zwrócił.
"Wstań, panie Gawainie, i chodź teraz ze mną,
a pokażę ci wizję cudną, zadziwienia pełną."
 
Olbrzym pana Gawaina za rękę wziął zatem
i tak weszli obaj w kolejną komnatę.
 
Wiele krwawych koszul ich oczy ujrzały,
których materiał pokryty wzorami był cały.
 
Leżały tam też kości w stos wielki zebrane
- 1500 mężów miało tak posłane.
"Biada, - krzyknął Gawaine - cóż się tutaj stało?"
"Mnie i szczeniętom wielu swe życie oddało."
Wówczas pan Gawaine, zawsze uprzejmy i dworny,
postanowił odjechać; za gościny trud znojny
podziękował Olbrzymowi i pięknym paniom -
jak warci tego byli - z grzecznością wszędy znaną.
 
"Nie - rzekł Olbrzym - Zjesz najpierw. Teraz nie pojedziesz.
Potem z mym błogosławieństwem spokojnie odjedziesz."
 
Olbrzym po obiedzie Gawaina wziął zatem
i zaprowadził go rychło w wesołą komnatę.
Na ścianie wisiały tam dwa wielkie miecze.
Olbrzym wziął jeden i powietrze nim siecze,
mówiąc wtenczas te słowa do rycerza cnego:
"Gawainie, jesteś człowiekiem, co dokona tego
- Weź ten miecz ode mnie i zetnij mi głowę."
"Nie - rzekł Gawaine - Wolę, by odebrała mi mowę
śmierć sama. Cierpiałbym ból i niewymowne męki,
gdybym wziął w takim celu miecz owy do ręki."
Olbrzym Gawainowi na to odpowiedział:
"Bądź pewien i zrób, jakem ci powiedział;
Nie bój się zatem, tylko krótkim ruchem głowę
mi zetnij. Uczyń to jednak szybko, bowiem
w innym przypadku twoja z ramion zleci."
Odparł Gawaine: "Tak zrobię, jakeś mi polecił."
Jednym ciosem odrąbał głowę od tułowia
- i człek zwykły stanął przed nim w pełni zdrowia,
wysokości tej samej, co pan Gawaine mierzył.
Prawdę mówię, choć nie jeden w to mi nie uwierzył.
Rzekł on: "Gawainie, niech Bóg ciebie błogosławi
za to, żeś mnie z mocy wszego złego zbawił.
W końcu skruszył ktoś siłę czaru fałszywego
i wyzwolił mnie wreszcie z koła nieszczęść tego!
 
Ukształtowany byłem sztuką czarnoksięstwa
na tak długo, aż człowiek mocą swego męstwa,
rycerz Okrągłego Stołu głowę moją zetnie
- jeśli będzie miał szczęście, to nić czarów przetnie.
 
Zaś od czasu, gdy zostałem przemieniony
40 zim w nieznane już odeszło strony.
Odtąd nikt, kto nocował w tym domu, nie przeżył,
gdy ze mną i szczeniętami moimi się zmierzył.
I jeśli nie wykonał szybko mych rozkazów,
niechybnie ginął z moich rąk od razu.
 
A każdy z nich chybił - oprócz ciebie.
Niech Chrystus tobie wynagrodzi w niebie.
Ten, który stworzył świat, uczyni ci zadość
za to, że nieszczęście obrócił w wielką radość.
 
I prawo ustanowię, by zmniejszyć mą winę,
że żaden już człowiek ode mnie nie zginie.
Zamierzam także kaplicę w tym miejscu zbudować,
aby imię mych ofiar w pamięci zachować.
I 5 księży będzie w niej zawsze śpiewało,
aż do Dnia Sądnego za wszystkich błagało.
I Gawainie, z miłości mej do ciebie,
każdego z radością powitam u siebie."
   
 
Panu Gawainowi i pięknej młodej pani
ślubu udzielił biskup z wszelkimi honorami.
 
Pan zamku biskupowi, by w pamięci go chował
- pierścień, pastorał i mitrę w dniu tym podarował.
 
Konia gorącokrwistego dał panu Kayowi,
by splendoru przydać gniewnemu rycerzowi.
 
A córce dał białego rączego rumaka,
gdyż jego miłość do niej nie była nijaka.
A był to na świecie najpiękniejszy konik,
co złotymi dzwonkami przy uprzęży dzwonił.
 
Zaś Pani przybrana była szlachetnie i wesoła
- nikt właściwie jej szaty opisać nie zdoła.
 
A Gawainowi zlecił, żeby już odjechał,
- królowi Arturowi przekazać nie zaniechał
jego prośby - na Tego, co w Betlejem się zrodził,
i którego Judasz Żydom sprzedać się ugodził
- by zaszczycić go raczył ranka następnego
i na ucztę przybył, co będzie w zamku jego.
 
Na to w takich słowach Gawaine odpowiedział :
"Z pewnością król o wszystkim będzie dzisiaj wiedział."
 
Potem pojechali, śpiewając po drodze
wraz z panią wesołą w swoim korowodzie.
A tak byli szczęśliwi z pani tej piękności,
jak ptak, co widzi słońce po nocnej ciemności.
 
Gdzie byli, Arturowi wszystko powiedzieli
i jakie przygody w tamtym miejscu mieli.
"Dziękuję Bogu - rzekł król - kuzynie Kayu,
że żywo wyszedł z niebezpieczeństw wielu."
 
"Bądź pewny, - odparł Kay, rycerz zapalony -
że ja również jestem z tego zadowolony.
 
Na miłość do w Betlejem zrodzonego Pana,
u Olbrzyma mamy ucztować jutro z rana."
     
 
O świtaniu raźno w drogę wyruszyli
na wesołe spotkanie rychło w czas przybyli.
 
A kiedy wszyscy społem w zamku się spotkali,
zapewniam was, że pięknie razem wyglądali.
Trąby grały głośno u zwieńczenia bramy,
trąby srebrne, witając gości z honorami.
Wszelkie sztuki minstrelów w tym miejscu się spotkały
harf, gitar i psalteriów dźwięki się zmieszały.
 
Zaś króla do sali biesiadnej zawiedziono
i u stołu dworzan jego usadowiono.
 
Następnie, gdy posiłek gotowy był właśnie
stoły przykryto na całej ich długości kraśnie.
Nikt wówczas nie zwlekał dłużej już z umyciem;
ucztę zaczęto, racząc się jedzeniem i piciem.
- W godnym porządku dworzan ciżba cała -
każda dama naprzeciw rycerza siedziała.
Zaś pod arkadami minstrele różni stali
i na instrumentach wszyscy czysto grali.
I na cześć każdego z gości, dla każdej kompanii
głośne wznosili okrzyki: "Largnesse, zacne pany!"
 
Spytał więc króla gospodarz: "Czyś zadowolony,
Panie, czy grzecznie czujesz się tutaj uczczony?"
A król odrzekł: "Na św. Michała,
ta uczta, panie, podoba mi się cała!"
 
Potem go pasował na rycerza swego,
dając mu Carlile, jako lenno jego.
I księciem go uczynił wszystkiej wkoło ziemi,
i rycerzem Stołu Okrągłego mienił.
 
Rzekł król jeszcze: "Rycerzu, będziesz teraz zwany
Carlile, pod tym imieniem wszędzie będziesz znany."

 

Uczta dobiegła końca, każdy rycerz wstaje
i w myślach w swe rodzinne strony się udaje;
bo coraz chętniej naprzód by pojechał
do kraju własnego i domu zajechał.
 
 
Ten, który nas wszystkich stworzył swoimi rękami
i morza, i ziemie z wszelkimi zwierzętami,
Dał nam możliwość, by dla Jego sprawy
opuścić ten świat fałszywy, jako człowiek prawy.
I poza nim, gdy odejść przyjdzie i człek szczeźnie
do nieb błogosławionych nasze dusze weźmie.
Bóg daje nam tę łaskę we swojej miłości,
Amen, powiedzcie wszyscy, dla jego litości.
 
          FINIS