WARSZAWA- CZERSK- WARSZAWA - 105 km
4.03.2000r.
Relacja żywcem skopiowana ze stron Tomka (oczywiście za jego zgodą).
Oryginał znajdziecie tu:  http://priv5.onet.pl/war/t_r_w/opfel/feliet/czersk/czersk.htm

Czersk- poszukiwanie wiosny

Czas: 4 marca 2000
Uczestnicy:
Rafał Janica (?)
Krzysztof Kowalczyk <Alfer>
Lubomir Plutecki
Marcin Wolcendorf
Tomasz Wasilewski <Wasylek>
Dystans - 119 km
Przeciętna prędkość - 19,52 km/h
Maksymalna prędkość - 54,20 km/h

    Fotki robione przy użyciu promocyjnego filmu dodawanego do proszku do
               prania, aparatem typu 'nie myśl tylko naciśnij"
 

Tididi...tututu...tididi...tututu...
Denerwujący dźwięk dzwonka telefonu przywraca mnie ze świata snów do jasnej
rzeczywistości sobotniego poranka.
- Tak, słucham?
- Cześć Tomek, mówi Marcin Wolcendorf, czy masz klucz do wielotrybu bo mi
się odkręca?

Jaki wielortryb, gzie klucz, o co chodzi? Mój mózg gorączkowo stara się
snaleźć odpowiedź na te pytania o poranny sens istnienia.
Zakumałem.
- Nie, nie mam. Ale wiesz, ktoś może będzie miał...
Gorączkowe spojrzenie na zegar - OK.
Przecież dzisiaj jest rowerowy wypad do Czerska. Jeszcze skok do okna –
pogoda może być!
zapomniałem pompki, co będzie jak inni nie będą mieli?

---
Z pompką w plecaku mknąc jak szaleniec staram się prześcignąć czas, co mi
się prawie udaje. Tididi – T..ak słuchaam? Cześć tu Lubomir, właśnie wstałem
i już do was pędze...
Dzwonię do chłopaków, że dognamy ich na trasie. Okazuje się to jednak
niepotrzebne, ponieważ mamy pierwszego kapcia Marcina...
Po załataniu zasuwamy raźno, chcąc naprawić stracony czas.
Psssss, o k.... Marcin łapie gumę po raz drugi.
Dzwonię do drugiej części ekipy czekającej w Lasku Kabackim, że się
spóźnimy.
Jedziemy.
Psssss – nikt już nie mówi ani słowa, tylko jedziemy do eX po nowe dętki.

---
Aby nadrobić stracony czas, postanawiam mocno podkręcić jadąc normalnie
ulicą, a nie ścieżkami rowerowymi. Prędkość oscyluje w granicach 30 – 35
km/h. W pewnej chwili, gdy stoimy „na światłach” Rafał twierdzi, że jeśli
mamy tak gnać do samego Czerska, to on wysiada. Trafia to wszystkim to głowy
i nieco zwalniamy.
Niestety, po przybyciu na miejsce spotkania w Kabatach okazało się, że ekipa
która tu na nas czekała dała za wygraną i ludziska zrezygnowali. Właściwie
to trudno im się nie dziwić – 1,5 h spóźnienia! Nasze usilne próby
skontaktowania się przez telefon komórkowy nie przynoszą rezultatów (jak,
się później okazało – rozładowana bateria) i ruszamy sami w dalszą drogę do
zamku w Czersku.
Postanawiamy możliwie najwięcej wykorzystywać ścieżki terenowe i unikać
asfaltu. Wszystkim to odpowiada, jedynie Rafał, mając rower trekingowy
wydaje się mieć pewne obiekcje.
Pierwsze przygody zaczynają się jeszcze w Lasku Kabackim, gdy przychodzi do
pokonania stromego zjazdu. Pojawia on się nagle i cały jest pokryty błotem,
z pod którego wystają złośliwe oślizgłe korzenie. Aby nie kusić losu zaraz
na początku wypadu, część z nas postanawia pokonać go zamiast na dwóch
kółkach, to na dwóch nogach.
Szybko poszukaliśmy lasu, w którym to mogliśmy rozkoszować się pięknem lasu
oczekującego na ciepłe tchnienie wiosny.
Oczywiście złośliwy skrzat nie opuszczał ani na krok Marcina Wolcendorfa,
który to po kilkuset metrach od wjechania w las złapał kolejną gumę.
                Mając jednak zapasową dętkę szybko naprawił uszkodzenie i
                ruszyliśmy dalej przebijając się przez piaszczyste leśne
                ścieżki.
                W końcu las się skończył i „na oko” w
                dobrym kierunku przebijamy się przez
                okoliczne wsie w kierunku Wisły.
                Dalej trasa wiodła przez szutrowe
                dróżki, aż w końcu przecięliśmy
                asfaltową drogę i po pewnym czasie
                dotarliśmy do nadwiślańskiego wału
                przeciwpowodziowego, za którym to
                schowani przed podmuchami porywistego
wiatru ruszyliśmy dalej.
Okazało się, że wiosna miast przychodzić do szarego i brudnego miasta woli
jeszcze pobawić się na nadwiślańskich łąkach w berka ze słoneczkiem.
Oczywiście skwapliwie to wykorzystaliśmy robiąc sobie ni mniej ni więcej
tylko majówkę!
                                Niestety, w wielu miejscach tę radosną
                                idylle psuły widoki dzikich wysypisk śmieci,
                                na których walały się nikomu już nie
                                potrzebne domowe sprzęty i puste opakowania
                                po wszelakich wytworach fabryk z całego
                                świata.

                                Wszystko co
                                dobre szybko
                                się kończy i
przed samą Górą Kalwarią drogę zablokowały
nam chaszcze nie do przebycia nawet dla
naszych wspaniałych maszyn.
Pomykając szybciutko po wyasfaltowanej
drodze znaleźliśmy się w mieście.
Tutaj w miejscowym GS-ie czy markecie
nastąpiła regeneracja naszych nadwątlonych sił wszelkim rodzajem pożywienia
od wytworów miejscowej piekarni poczynając.
Po nabraniu sił ruszyliśmy do pobliskiego już Czerska i po niedługim czasie
oczom naszym ukazały się wspaniałe ruiny tegoż zamczyska.
Z radości podskoczyłem rowerkiem, co okazało się fatalne w skutkach bo coś
paskudnie strzeliło i moje kółko zaczęło dziwnie kołysać się na boki.
Ponieważ do zamku było kilkadziesiąt metrów, postanowiłem się tam dotelepać
i dopiero tam dokładniej przyjrzeć się uszkodzeniom.
W kasie po zakupieniu biletów spytaliśmy, czy nie było ty kilku rowerzystów,
mając nadzieję, że reszta grupy wybrała się tutaj nie czekając na nas. Miła
pani w kasie powiedziała, że owszem, ale nie byli tak dziwacznie poubierani
i byli bez kasków.
Dla nas jasnym było, że to „nie nasi”.
Na samym dziedzińcu Lubomir nie wytrzymał i zaczął się popisywać skacząc i
jeżdżąc po zamkowych murach, mając z jednej strony wielką przepaść. Nie
powiem, wyglądało to bardzo efektownie (szkoda, że nie wyszło zdjęcie).
                     Za karę niszczenia zabytku zostawiliśmy go z rowerkami,
                     a sami popędziliśmy na zamkową wieże. Wchodząc po
                     niemiłosiernie krętych schodach wąskimi i ciasnymi
                     przejściami gratulowaliśmy sobie, że na głowach mamy
                     kaski.
                     Po dotarciu na szczyt naszym oczom ukazała się wspaniała
                     panorama okolicy z królującą niedaleko rzeką Wisła.
                     Bardzo żałowałem, że nie
                     zabrałem porządnego aparatu,
                     tylko badziewny automat –
                     szkoda wielka.
                     Jedynie Marcin na wieży nie
                     czuł się jak młody bóg, a to
                     z powodu  lekkiego lęku
                     wysokości.
Po nas na wieże wszegł Lubomir, i zarzekał się,
że swoimi sokolimi oczyma zobaczył Pałac Kultury w Warszawie – no nie wiem,
czy mu wierzyć.
Na dziedzińcu zabrałem się za oględziny uszkodzenia i po burzy mózgów
doszedłem do wniosku, że skoro jakoś działa, to lepiej niech tak zostanie i
nie dotykać to może wytrzyma do Warszawy,
poluźniłem jedynie hamulec (ale i tak ciut obcierał). Ponieważ troszkę się
ochłodziło i na zamkowym wzgórzu zaczął wiać przenikliwy zimny wiatr
postanowiliśmy wracać.
Oczywiście skorzystaliśmy, że wspaniałego zjazdu w kierunku Wiślanych wałów.
Osobiści podczas zjazdu miałem trochę pietra, że uszkodzone tylne koło może
nie wytrzymać i dopiero może być wesoło. Liczyłem jednak na swoje szczęście,
jak się okazało nie na próżno, bo nie zawiodło mnie i raźno wszyscy
ruszyliśmy w kierunku rzeki.
Po naradzie postanowiliśmy przeprawić się mostem w Górze Kalwarii i wracać
drugim brzegiem Wisły.
Od początku drogi powrotnej zaczął nam towarzyszyć przeciwny wiatr, który
chwilami stawał się mocno uciążliwy.
Po przeprawie, ruszyliśmy w kierunku Warszawy
korzystająs z nadbrzeżnych ścieżek. Mając na
uwadze zmęczenie oraz pogarszające się
warunki pogodowe postanowiliśmy skorzystać z
utwardzonych pobocznych dróg wiodących przez
okoliczne wsie.
Mijane osady wyglądały na niemal wymarłe z
powodu pogody, jedynie od czasu do czasu
jakiś anemiczny pies dawał swoim szczekaniem
oznaki życia. Jeszcze tylko raz wskoczyliśmy
nad wiślański łąki, ale pożary traw i bardzo
ciężki teren po kilku kilometrach wygoniły nas na główne drogi.
Nie kombinując więcej wskoczyliśmy na asfalt i nie opuściliśmy go do końca
naszej wyprawy. Pogoda popsuła się i choć nie padało, to porywisty i silny
wiatr skutecznie dawał nam się we znaki. Jadą zaczęliśmy zmieniać co chwila
prowadzącego, aby kolejni jadący za nim mogli jechać w jego tunelu. Tak też
z jedną przerwą, w przydrożnym sklepiku w końcu dotarliśmy do granic
Warszawy. Oczywiście zaraz też polepszyły, się nastroje i skierowaliśmy się
                   k kierunku kultowej knajpki warszawskich rowerzystów czyli
                   Pod Rurę (choć tak naprawdę ma chyba inną nazwę). Trochę
                   nas zdziwiło, że w warszawce padał śnieg, a jednocześnie
                   byliśmy szczęśliwi, że ominęła nas ta wątpliwa
                   przyjemność.
                   Na koniec łyk dobrego grzanego piwka Królewskiego, plany
na kolejny rowerowy  wypad i do domciu.

Opracowanie i treść Tomcio Wasilewski "Wasylek". tomaszrw@poczta.onet.pl

***********************************************************
Moje komentarze odnośnie relacji <Wasylka>:
- cieszę się, że wyprawa doszła do skutku mimo niepowodzeń już na samym starcie (gumy Marcina),
- powrót z Czerska był naprawdę ciężki ze względu na silny wiatr w oczy,
- naprawdę widać bylo z wieży zamku w Czersku Pałac Kultury i Nauki....(!!!!). Na dodatek powiem, że widoczny także był wieżowiec Daewoo, który stoi przy skrzyżowaniu ul. Towarowej z Al. Solidarności...Eh, nie wierzą mi... :)
- zdążyliśmy w ostaniej chwili przed kolejnym atakiem zimy, ponieważ od następnego dnia pogoda zepsuła się na ponad tydzień,
- tak w ogóle to wyjaśnienie czemu nie będzie tu mojej relacji. Otoż nie chce mi się :), wystarczy, że Tomek wszystko opowiedział.
- i na koniec stan mojego licznika po tej wycieczce:
    TRP 105.65km
    AVS 19.15km/h
    STP 5h30min
    VMax 54.2 km/h

Foty popełnione przez <Wasylka>:

Kolejna guma Marcina.


Od lewej: <Alfer>, Lubomir Plutecki, Marcin Wolcendorf, Rafał Janica- gdzieś w lesie za Powsinem.


Nad brzegiem Wisły. Wyszło piękne słoneczko. Przez chwilę czuliśmy się jak na majówce, biwakując nad brzegiem rzeki.


Nie, to nie my zostawiliśmy po sobie tyle śmieci... To okoliczni tubylcy.


Kręte schodki wieży zamku w Czersku. Kaski się przydały, ponieważ było wąsko i nisko.


Ot proszę- dewastują zabytki :).


Na nasypie mostu w Górze Kalwarii.


To już tradycja :). Lokal "pod rurą" zaprasza.



Kilka innych fotek przedstawiających ruiny zamku w Czersku:

powrót