Czersk- poszukiwanie wiosny
Fotki
robione przy użyciu promocyjnego filmu dodawanego do proszku do
prania, aparatem typu 'nie myśl tylko naciśnij"
Tididi...tututu...tididi...tututu...
Denerwujący dźwięk dzwonka telefonu
przywraca mnie ze świata snów do jasnej
rzeczywistości sobotniego poranka.
- Tak, słucham?
- Cześć Tomek, mówi Marcin Wolcendorf,
czy masz klucz do wielotrybu bo mi
się odkręca?
Jaki wielortryb, gzie klucz, o co
chodzi? Mój mózg gorączkowo stara się
snaleźć odpowiedź na te pytania
o poranny sens istnienia.
Zakumałem.
- Nie, nie mam. Ale wiesz, ktoś
może będzie miał...
Gorączkowe spojrzenie na zegar
- OK.
Przecież dzisiaj jest rowerowy
wypad do Czerska. Jeszcze skok do okna
pogoda może być!
zapomniałem pompki, co będzie jak
inni nie będą mieli?
---
Z pompką w plecaku mknąc jak szaleniec
staram się prześcignąć czas, co mi
się prawie udaje. Tididi T..ak
słuchaam? Cześć tu Lubomir, właśnie wstałem
i już do was pędze...
Dzwonię do chłopaków, że dognamy
ich na trasie. Okazuje się to jednak
niepotrzebne, ponieważ mamy pierwszego
kapcia Marcina...
Po załataniu zasuwamy raźno, chcąc
naprawić stracony czas.
Psssss, o k.... Marcin łapie gumę
po raz drugi.
Dzwonię do drugiej części ekipy
czekającej w Lasku Kabackim, że się
spóźnimy.
Jedziemy.
Psssss nikt już nie mówi ani
słowa, tylko jedziemy do eX po nowe dętki.
---
Aby nadrobić stracony czas, postanawiam
mocno podkręcić jadąc normalnie
ulicą, a nie ścieżkami rowerowymi.
Prędkość oscyluje w granicach 30 35
km/h. W pewnej chwili, gdy stoimy
na światłach Rafał twierdzi, że jeśli
mamy tak gnać do samego Czerska,
to on wysiada. Trafia to wszystkim to głowy
i nieco zwalniamy.
Niestety, po przybyciu na miejsce
spotkania w Kabatach okazało się, że ekipa
która tu na nas czekała dała za
wygraną i ludziska zrezygnowali. Właściwie
to trudno im się nie dziwić 1,5
h spóźnienia! Nasze usilne próby
skontaktowania się przez telefon
komórkowy nie przynoszą rezultatów (jak,
się później okazało rozładowana
bateria) i ruszamy sami w dalszą drogę do
zamku w Czersku.
Postanawiamy możliwie najwięcej
wykorzystywać ścieżki terenowe i unikać
asfaltu. Wszystkim to odpowiada,
jedynie Rafał, mając rower trekingowy
wydaje się mieć pewne obiekcje.
Pierwsze przygody zaczynają się
jeszcze w Lasku Kabackim, gdy przychodzi do
pokonania stromego zjazdu. Pojawia
on się nagle i cały jest pokryty błotem,
z pod którego wystają złośliwe
oślizgłe korzenie. Aby nie kusić losu zaraz
na początku wypadu, część z nas
postanawia pokonać go zamiast na dwóch
kółkach, to na dwóch nogach.
Szybko poszukaliśmy lasu, w którym
to mogliśmy rozkoszować się pięknem lasu
oczekującego na ciepłe tchnienie
wiosny.
Oczywiście złośliwy skrzat nie
opuszczał ani na krok Marcina Wolcendorfa,
który to po kilkuset metrach od
wjechania w las złapał kolejną gumę.
Mając jednak zapasową dętkę szybko naprawił uszkodzenie i
ruszyliśmy dalej przebijając się przez piaszczyste leśne
ścieżki.
W końcu las się skończył i na oko w
dobrym kierunku przebijamy się przez
okoliczne wsie w kierunku Wisły.
Dalej trasa wiodła przez szutrowe
dróżki, aż w końcu przecięliśmy
asfaltową drogę i po pewnym czasie
dotarliśmy do nadwiślańskiego wału
przeciwpowodziowego, za którym to
schowani przed podmuchami porywistego
wiatru ruszyliśmy dalej.
Okazało się, że wiosna miast przychodzić
do szarego i brudnego miasta woli
jeszcze pobawić się na nadwiślańskich
łąkach w berka ze słoneczkiem.
Oczywiście skwapliwie to wykorzystaliśmy
robiąc sobie ni mniej ni więcej
tylko majówkę!
Niestety, w wielu miejscach tę radosną
idylle psuły widoki dzikich wysypisk śmieci,
na których walały się nikomu już nie
potrzebne domowe sprzęty i puste opakowania
po wszelakich wytworach fabryk z całego
świata.
Wszystko co
dobre szybko
się kończy i
przed samą Górą Kalwarią drogę
zablokowały
nam chaszcze nie do przebycia nawet
dla
naszych wspaniałych maszyn.
Pomykając szybciutko po wyasfaltowanej
drodze znaleźliśmy się w mieście.
Tutaj w miejscowym GS-ie czy markecie
nastąpiła regeneracja naszych nadwątlonych
sił wszelkim rodzajem pożywienia
od wytworów miejscowej piekarni
poczynając.
Po nabraniu sił ruszyliśmy do pobliskiego
już Czerska i po niedługim czasie
oczom naszym ukazały się wspaniałe
ruiny tegoż zamczyska.
Z radości podskoczyłem rowerkiem,
co okazało się fatalne w skutkach bo coś
paskudnie strzeliło i moje kółko
zaczęło dziwnie kołysać się na boki.
Ponieważ do zamku było kilkadziesiąt
metrów, postanowiłem się tam dotelepać
i dopiero tam dokładniej przyjrzeć
się uszkodzeniom.
W kasie po zakupieniu biletów spytaliśmy,
czy nie było ty kilku rowerzystów,
mając nadzieję, że reszta grupy
wybrała się tutaj nie czekając na nas. Miła
pani w kasie powiedziała, że owszem,
ale nie byli tak dziwacznie poubierani
i byli bez kasków.
Dla nas jasnym było, że to nie
nasi.
Na samym dziedzińcu Lubomir nie
wytrzymał i zaczął się popisywać skacząc i
jeżdżąc po zamkowych murach, mając
z jednej strony wielką przepaść. Nie
powiem, wyglądało to bardzo efektownie
(szkoda, że nie wyszło zdjęcie).
Za karę niszczenia zabytku zostawiliśmy go z rowerkami,
a sami popędziliśmy na zamkową wieże. Wchodząc po
niemiłosiernie krętych schodach wąskimi i ciasnymi
przejściami gratulowaliśmy sobie, że na głowach mamy
kaski.
Po dotarciu na szczyt naszym oczom ukazała się wspaniała
panorama okolicy z królującą niedaleko rzeką Wisła.
Bardzo żałowałem, że nie
zabrałem porządnego aparatu,
tylko badziewny automat
szkoda wielka.
Jedynie Marcin na wieży nie
czuł się jak młody bóg, a to
z powodu lekkiego lęku
wysokości.
Po nas na wieże wszegł Lubomir,
i zarzekał się,
że swoimi sokolimi oczyma zobaczył
Pałac Kultury w Warszawie no nie wiem,
czy mu wierzyć.
Na dziedzińcu zabrałem się za oględziny
uszkodzenia i po burzy mózgów
doszedłem do wniosku, że skoro
jakoś działa, to lepiej niech tak zostanie i
nie dotykać to może wytrzyma do
Warszawy,
poluźniłem jedynie hamulec (ale
i tak ciut obcierał). Ponieważ troszkę się
ochłodziło i na zamkowym wzgórzu
zaczął wiać przenikliwy zimny wiatr
postanowiliśmy wracać.
Oczywiście skorzystaliśmy, że wspaniałego
zjazdu w kierunku Wiślanych wałów.
Osobiści podczas zjazdu miałem
trochę pietra, że uszkodzone tylne koło może
nie wytrzymać i dopiero może być
wesoło. Liczyłem jednak na swoje szczęście,
jak się okazało nie na próżno,
bo nie zawiodło mnie i raźno wszyscy
ruszyliśmy w kierunku rzeki.
Po naradzie postanowiliśmy przeprawić
się mostem w Górze Kalwarii i wracać
drugim brzegiem Wisły.
Od początku drogi powrotnej zaczął
nam towarzyszyć przeciwny wiatr, który
chwilami stawał się mocno uciążliwy.
Po przeprawie, ruszyliśmy w kierunku
Warszawy
korzystająs z nadbrzeżnych ścieżek.
Mając na
uwadze zmęczenie oraz pogarszające
się
warunki pogodowe postanowiliśmy
skorzystać z
utwardzonych pobocznych dróg wiodących
przez
okoliczne wsie.
Mijane osady wyglądały na niemal
wymarłe z
powodu pogody, jedynie od czasu
do czasu
jakiś anemiczny pies dawał swoim
szczekaniem
oznaki życia. Jeszcze tylko raz
wskoczyliśmy
nad wiślański łąki, ale pożary
traw i bardzo
ciężki teren po kilku kilometrach
wygoniły nas na główne drogi.
Nie kombinując więcej wskoczyliśmy
na asfalt i nie opuściliśmy go do końca
naszej wyprawy. Pogoda popsuła
się i choć nie padało, to porywisty i silny
wiatr skutecznie dawał nam się
we znaki. Jadą zaczęliśmy zmieniać co chwila
prowadzącego, aby kolejni jadący
za nim mogli jechać w jego tunelu. Tak też
z jedną przerwą, w przydrożnym
sklepiku w końcu dotarliśmy do granic
Warszawy. Oczywiście zaraz też
polepszyły, się nastroje i skierowaliśmy się
k kierunku kultowej knajpki warszawskich rowerzystów czyli
Pod Rurę (choć tak naprawdę ma chyba inną nazwę). Trochę
nas zdziwiło, że w warszawce padał śnieg, a jednocześnie
byliśmy szczęśliwi, że ominęła nas ta wątpliwa
przyjemność.
Na koniec łyk dobrego grzanego piwka Królewskiego, plany
na kolejny rowerowy wypad
i do domciu.
Opracowanie i treść Tomcio Wasilewski "Wasylek". tomaszrw@poczta.onet.pl
Foty popełnione
przez <Wasylka>:
Kolejna guma Marcina.
Od lewej: <Alfer>, Lubomir Plutecki,
Marcin Wolcendorf, Rafał Janica- gdzieś w lesie za Powsinem.
Nad brzegiem Wisły. Wyszło piękne
słoneczko. Przez chwilę czuliśmy się jak na majówce, biwakując nad brzegiem
rzeki.
Nie, to nie my zostawiliśmy po
sobie tyle śmieci... To okoliczni tubylcy.
Kręte schodki wieży zamku w Czersku.
Kaski się przydały, ponieważ było wąsko i nisko.
Ot proszę- dewastują zabytki :).
Na nasypie mostu w Górze Kalwarii.
To już tradycja :). Lokal "pod
rurą" zaprasza.


