Postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę,
cel - okolice Konstancina, które były już zbadane przeze
mnie i Julka. Zebraliśmy
się w naszym punkcie zbiorczym (Liceum Ogólnokształcące im. Poniatowskiego)
o godz. 11 a.m.
Było nas razem czterech: Ja, Lubek,
Matuesz i Julek (Kapsel nie pojechał gdyż nie miał kluczy od
domu :'(
- ale to nie był jedyny powód :) Tak
oto ruszyliśmy w kierunku Powsina. Jechaliśmy w Warszawie ul. Czerniakowską,
oglądaliśmy po drodze "bazę"
TVN'u, i w ogóle fajnie
nam się jechało. A tak w ogóle to byliśmy jeszcze
na Agrykoli, gdzie ja i Łukasz zaliczyliśmy po szatańskim downhill'u z
prędkością maksymalną 69.5 km/h :). Gdy dotarliśmy do Wilanowa,
podłączyliśmy się pod najbardziej znaną trasę "powsińską". Tam zmagając
się z wiatrem zaczęliśmy "tracić" Mateusza. Lubek wytrwale
był przy nim a więc ja i Julek trochę sobie pospeedowaliśmy.... Niestety
przed samym Powsinem
Lubek pokazując nam sztuczkowe jumpy na swym niebieskim rumaczku zaliczył
krawężnik, tj. tylne koło nie wskoczyło
na pobocze i koło zgrzytnęło o kamień. W wyniku tego Lubek
musiał zmieniać dętkę :D (należy mu się - co będzie sobie skakał gdy ja
nie umiem ;) :P Na
górze w parku zakupiliśmy sobie ogromne porcje amciu-amciu, tj. ja i Jul
po dwa Hamburgi a Mat
z GML'em po kiełbaskach i Hamburgach... Tak nażarci bylśmy bliscy poddania
się i powrotu do Warszawy... ale wspólne poczucie odpowiedzialności nie
pozwoliło i po dłuższym ociąganiu ruszyliśmy
jak przecinaki :) przez park. W parku mijaliśmy ukrytych w zaroślach strażników
Teks.. znaczy parku.
Na końcu przy siatce skręciliśmy w lewo i po minimalnym downhillu znaleźliśmy
się w pobliskim osiedlu
- tamtędy trafiliśmy na drogę do Konstancina. Po kilkudziesięciu minutach
jazdy poboczem wjechaliśmy
tryumfalnie na most w Konstancinie. Następnie ulicą Batorego dotarliśmy
do ul. Sienkiewicza (Lubek w banku
próbował pobrać kasę ale Bankomat się nie dał ;) Tam po krótkim
pobycie i zakupie picia ruszyliśmy spacerową alejką wśród starych pięknych
domów. - ale były też nowiutkie wille, po zilion
zeta każda... Po zrobieniu
kilku fotek, jak się wygłupiamy na rowerach, podążyliśmy wzdłuż szlaku
żółtego i czarnego. Tam
pokręciliśmy się wśród miejscowych domów i wpadliśmy do lasu. Droga była
przyjemna do postoju. Dalej rozciągały
się bagniska i podmokłe tereny; w jednym miejscu odcinek
był całkowicie zalany i trzeba było
go objeżdzać. W efekcie nasze bajki były usyfione niemiłosiernie.
Lubek musiał wypieścić swoje hydraule bo by mu nie ruszyły. (...między
hamulce a koło nabrało się "5" kg śmierdzącej, błotnistej mazi...)
Z lasu wypadliśmy na asfalt
i tak dojechaliśmy wiejską drogą do rozjazdu. Na tabliczce widniał napis
Baniocha(lewo) Konstancin(prawo). He he - Lubek sobie tam zdjęcie zażyczył.
Po chwilowym postoju na parkingu pobliskiej
firmy ruszyliśmy w drogę powrotną do Konstancina. Wszystko
przebiegało spoks i już wkrótce zameldowaliśmy się przed lokalną mapą,
którą sfotografowałem.
Godzina robiła się nie młoda więc ruszyliśmy do Powsina. Mateusz trzymał
się Lubka a ja drałowałem
z Julkiem. W krótce zrobiliśmy mały postój (he he - Julek robił strip tease).
Chłopaki nas wyprzedzili - więc my
popędziliśmy za nimi. Pod samym parkiem okazało się ze udało
im się ukryć i wskoczyli nam na ogony.
Ostatni postój w tak przez nas ukochanym Powsinem -
(ja go tam wcale nie lubie- ot najbardziej "komercyjna" ścieżka rowerowa
... :)- upłynął na piciu
wody i dokręcaniu mojego rozklekotanego błotnika. Wskoczyliśmy na ścieżynę
i pomkneliśmy do Warszawy.
(tuż za Powsinem minęliśmy byłego prezydenta stolicy-
Święcickiego, jechał chyba z córką) Po kilkunastu kilosach zatrzymaliśmy
nasze bryki (ja i Julek), abym mógł sfotografować
Mateusa i Gml'a jadących
:)) Następnie niewyżyty rowerowy Julek pojechał ścigać się z jakimiś rowerowymi
pannami a my zajęliśmy się jego czekoladą.
Lubek wykonał końcowe sikanie, Julek zdobył ostatni kawałem
Milki i znów nastąpiliśmy na pedały. Kolejnym odcinkiem była jazda po ścieżce
rowerowej. Poźniej odskoczyliśmy na
Politechnikę, Filtry i tak oto odprowadziliśmy Julka do domu
(chciał nas jeszcze częstowac herbatą ale my spragnieni domciu grzecznie
odmówiliśmy). Ostanim
odcinkiem była tak znana przeze mnie Żelazna/Smocza street. Lubek jeszcze
wykonał kolejny atak
na bankomat i tym razem zdobył pieniądze. Tak kręcąc się wpadliśmy na stare
śmiecie. Pod drzwiami
nr. 20 się pożegnaliśmy i tak oto skończyła
się kolejna już Hordowo-Asterowa wycieczka!!!
Konstancin zdobyty!!!
Moge jeszcze
dodać, że była to chyba najbardziej leniwa wyprawa ... :)
Wskazania
mojego licznika:
- przejazd
dzienny 71 km
- prędkość
średnia 15.19 km/h
- czas
jazdy czynnej 4 godz. 41 minut
- prędkość
maksymalna 69.5 km/h