Wycieczka do Konstancina
10.04.1999r.
Relacja Łukasza Owdzieja (http://www.astercity.net/~zeiner)
Fotki do obejrzenia są TU

Czerwonym drukiem pozwoliłem zamieścić sobie moje komentarze :)

Postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę, cel - okolice Konstancina, które były już zbadane przeze mnie i Julka. Zebraliśmy się w naszym punkcie zbiorczym (Liceum Ogólnokształcące im. Poniatowskiego) o godz. 11 a.m. Było nas razem czterech: Ja, Lubek, Matuesz i Julek (Kapsel nie pojechał gdyż nie miał kluczy od domu :'(  - ale to nie był jedyny powód :) Tak oto ruszyliśmy w kierunku Powsina. Jechaliśmy w Warszawie ul. Czerniakowską, oglądaliśmy po drodze "bazę" TVN'u, i w ogóle fajnie nam się jechało. A tak w ogóle to byliśmy jeszcze na Agrykoli, gdzie ja i Łukasz zaliczyliśmy po szatańskim downhill'u z prędkością maksymalną 69.5 km/h :). Gdy dotarliśmy do Wilanowa, podłączyliśmy się pod najbardziej znaną trasę "powsińską". Tam zmagając się z wiatrem zaczęliśmy "tracić" Mateusza. Lubek wytrwale był przy nim a więc ja i Julek trochę sobie pospeedowaliśmy.... Niestety przed samym Powsinem Lubek pokazując nam sztuczkowe jumpy na swym niebieskim rumaczku zaliczył krawężnik, tj. tylne koło nie wskoczyło na pobocze i koło zgrzytnęło o kamień. W wyniku tego Lubek musiał zmieniać dętkę :D (należy mu się - co będzie sobie skakał gdy ja nie umiem ;) :P Na górze w parku zakupiliśmy sobie ogromne porcje amciu-amciu, tj. ja i Jul po dwa Hamburgi a Mat z GML'em po kiełbaskach i Hamburgach... Tak nażarci bylśmy bliscy poddania się i powrotu do Warszawy... ale wspólne poczucie odpowiedzialności nie pozwoliło i po dłuższym ociąganiu ruszyliśmy jak przecinaki :) przez park. W parku mijaliśmy ukrytych w zaroślach strażników Teks.. znaczy parku. Na końcu przy siatce skręciliśmy w lewo i po minimalnym downhillu znaleźliśmy się w pobliskim osiedlu - tamtędy trafiliśmy na drogę do Konstancina. Po kilkudziesięciu minutach jazdy poboczem wjechaliśmy tryumfalnie na most w Konstancinie. Następnie ulicą Batorego dotarliśmy do ul. Sienkiewicza (Lubek w banku próbował pobrać kasę ale Bankomat się nie dał ;) Tam po krótkim pobycie i zakupie picia ruszyliśmy spacerową alejką wśród starych pięknych domów. - ale były też nowiutkie wille, po zilion zeta każda...  Po zrobieniu kilku fotek, jak się wygłupiamy na rowerach, podążyliśmy wzdłuż szlaku żółtego i czarnego. Tam pokręciliśmy się wśród miejscowych domów i wpadliśmy do lasu. Droga była przyjemna do postoju. Dalej rozciągały się bagniska i podmokłe tereny; w jednym miejscu odcinek był całkowicie zalany i trzeba było go objeżdzać. W efekcie nasze bajki były usyfione niemiłosiernie. Lubek musiał wypieścić swoje hydraule bo by mu nie ruszyły. (...między hamulce a koło nabrało się "5" kg śmierdzącej, błotnistej mazi...) Z lasu wypadliśmy na asfalt i tak dojechaliśmy wiejską drogą do rozjazdu. Na tabliczce widniał napis Baniocha(lewo) Konstancin(prawo). He he - Lubek sobie tam zdjęcie zażyczył. Po chwilowym postoju na parkingu pobliskiej firmy ruszyliśmy w drogę powrotną do Konstancina. Wszystko przebiegało spoks i już wkrótce zameldowaliśmy się przed lokalną mapą, którą sfotografowałem. Godzina robiła się nie młoda więc ruszyliśmy do Powsina. Mateusz trzymał się Lubka a ja drałowałem z Julkiem. W krótce zrobiliśmy mały postój (he he - Julek robił strip tease). Chłopaki nas wyprzedzili - więc my popędziliśmy za nimi. Pod samym parkiem okazało się ze udało im się ukryć i wskoczyli nam na ogony. Ostatni postój w tak przez nas ukochanym Powsinem - (ja go tam wcale nie lubie- ot najbardziej "komercyjna" ścieżka rowerowa ... :)-  upłynął na piciu wody i dokręcaniu mojego rozklekotanego błotnika. Wskoczyliśmy na ścieżynę i pomkneliśmy do Warszawy. (tuż za Powsinem minęliśmy byłego prezydenta stolicy- Święcickiego, jechał chyba z córką) Po kilkunastu kilosach zatrzymaliśmy nasze bryki (ja i Julek), abym mógł sfotografować Mateusa i Gml'a jadących :)) Następnie niewyżyty rowerowy Julek pojechał ścigać się z jakimiś rowerowymi pannami a my zajęliśmy się jego czekoladą. Lubek wykonał końcowe sikanie, Julek zdobył ostatni kawałem Milki i znów nastąpiliśmy na pedały. Kolejnym odcinkiem była jazda po ścieżce rowerowej. Poźniej odskoczyliśmy na Politechnikę, Filtry i tak oto odprowadziliśmy Julka do domu (chciał nas jeszcze częstowac herbatą ale my spragnieni domciu grzecznie odmówiliśmy). Ostanim odcinkiem była tak znana przeze mnie Żelazna/Smocza street. Lubek jeszcze wykonał kolejny atak na bankomat i tym razem zdobył pieniądze. Tak kręcąc się wpadliśmy na stare śmiecie. Pod drzwiami nr. 20 się pożegnaliśmy i tak oto skończyła się kolejna już Hordowo-Asterowa wycieczka!!!
Konstancin zdobyty!!!
Moge jeszcze dodać, że była to chyba najbardziej leniwa wyprawa ... :)

Wskazania mojego licznika:
- przejazd dzienny 71 km
- prędkość średnia 15.19 km/h
- czas jazdy czynnej 4 godz. 41 minut
- prędkość maksymalna 69.5 km/h


POWRÓT