Puszcza Kampinowska
5.04.99
relacja Łukasza
Owdzieja
Puszcza Kampinowska
to ograna sprawa dla Lubka. Dla mnie to moja pierwsza duża wyprawa oraz
kiedy dostałem najbardziej w tylek. Tym razem postanowiliśmy się wybrać
do puszczy we trójkę: Ja(CyberLuke), Lubek(GML) oraz Julek(Grim). Niestety
przed wyprawą odpadł Julek no i zorientowałem się, że czeka mnie ciężka
przeprawa jako goniec - będę gonić Lubka i nic pozatym :'( Na wyprawę wybraliśmy
Poniedziałek (lany), tj. pierwszy dzień po Niedzieli Wielkanocnej. Ranne
wstawanie mamy już dopracowane a więc sakramentalne spotkanie w Lubka po
drzwiami wypadło równo o ustalonej godzinie... Pociąg z peronu był o godzinie
chyba 8-mej rano (no chyba nie wieczorem :)
Za caly bilet trza było zapłacić
koło 8 złotych. Przed odjazdem na stacje zaopatrzyliśmy się w płyny na
stacji Shell'a.
Następnie pogrzaliśmy ulicami na
dworzec Warszawa Śródmieście (w czasie drogi czułem zimno i wydawało mi
się że się źle ubrałem). Po kupnie biletów grzecznie ustawiliśmy swoje
bajki na peronie i czekaliśmy na pociąg. Lubek w czasie oczekiwania, opowiadał
mi jaka to dzicz szaleje w tych pociągach i ile już niewinnych ludzi zaliczyło
lot z otwartych drzwi. Tak zestrachany wpadłem do pierwszego wagonu za
kierowcą i resztą kolejarzy. Aby jeszcze być bliżej tych "stróżów porządku"
glebneliśmy siebie i rumaki w przejściu. Wkrótce okazało się, że konduktorom
nie chce się ruszać ze swego przytulnego przedziału. Właśnie urządzili
sobie spóźnione śniadanie wielkanocne; jajeczko zakrapiane piwkiem i jabolem
(he he). Tak oto minęła nam podróż pociągiem. Lubek mnie straszył że jakaś
banda kolesi zaraz obleje nas kubłami wody z peronu (nie miałem żadnych
ubrań na zmianę, a dzień zapowiadał się na zimny). Jak zwykle były to tylko
wymysły jego fantazji. I tak o godzinie chyba 11 byliśmy na miejscu. Wskoczyliśmy
na rumaki i podrałowaliśmy przez Sochaczew do początku zielonego Kampinowskiego
szlaku. Po drodze szukaliśmy tych "band z kubłami" ale było bardzo spokojnie
w ten lany ranek... Po rytualnym zjedzeniu batoników na początku szlaku,
ruszyliśmy na wyprawę. Roztopów już nie było a słoneczko zaczynało grzać
coraz mocniej. Na pierwszym "telefonicznym" postoju zobaczyłem pomykającego
zająca :)) Lubek postanowił przetrzeć stare szlaki. Na początku jechaliśmy
starym zielonym, już zaraz się zgapiliśmy i nie udało nam się odbić na
taki tyci odcinek żółtego. Polnymi drogami wpadliśmy na kanałem. Tam tempem
ślimaka poruszaliśmy się po ziemi tak zrytej, że chyba przebiegło tam stado
zmutowanych dzików. Stwierdziliśmy że tak dalej być nie może, i w sobie
znanym miejscu przebyliśmy kanał suchą nogą (od ostatniej naszej przeprawy,
teraz trzeba było wykazać się nie byle zwinnością gdyż belki już zbutwiały).
Ostatnim razem napotkaliśmy tam bagno - teraz było tam wielkie pole suchej
trawy. Butów już nie zamoczyliśmy ale nadal poruszanie się z prędkością
4 km/h nam nie odpowiadało. Lubek swoim tropicielskim nosem wywęszył drogę
wyjścia i znależliśmy się na drodze. Tą piaszczystą ścieżyną dojechaliśmy
do Leśniczówki.
Lubek za każdym razem dojeżdzał
tam z innej strony :) Skorygowaliśmy swoje położenie według mapy i ruszyliśmy
w dalszą wędrówkę. Dalej błąkaliśmy się to po wsiach (gdzie biegały takie
fajne bachorki z wodą ;), takich polnych drogach no i szlakach (co chwilę
jakiś gubiliśmy). W jednym miejscu zrobiliśmy sobie skromny DownHill :))
(btw. na górze z wozu wypakowywała się niedzielna rodzinka na Scott'ach).
W kluczowych momentach musieliśmy się pytać o drogę albo zachrypiałego
od wódy gospodarza albo grupkę miejscowych (sic!) na których nieopatrznie
wpadliśmy. Lubek zadecydował, że "rozdziewiczymy" południowe szlaki. Grzaliśmy
przez pierwsze odcinki leśne - wpadliśmy nawet po krótkim uphill'u (który
ciągną się szczytem takiej leśnej górki -extra) na małą polankę na szczycie,
gdzie stała taka jakaś duuża stalowa wieża (a pod nią grejpfrut ;).
Po takim wysiłku czekały nas miłe chwile dłuugiego DH. Mnie oczywista trzęchło
- Lubkowi to dobrze ale ja się uparłem i najpierw SPD. Następnie zrobiliśmy
sobie krótką chwilę na skrzyżowaniu dróg (tam Lubkowi wypadła mapa - ja
we wspaniałym ;) ślizgu chcąc zahamować przejechałem po niej - na nasze
szczęście to twarda sztuka). Po spałaszowaniu kanapek i dopiciu Fant, wskoczyliśmy
na siodełka i pomknęliśmy w dalszą drogę. I znów kilka pomyłek, cross przez
łąki i pola, i gnanie za Lubkiem. Kiedy dały mi się we znaki korzenie,
dałem za wygraną mojej ciemniej stronie psychiki i mojemu żołądkowi - zacząłem
zrzędzić. Był to zły moment bo właśnie szukaliśmy szlaku. Lubek stawał
na głowie aby wyłuskać ze mnie jeszcze trochę kilosów i odnaleść szlak
(fajne są Lubka teksty w stylu "...no ok, zatrzymamy się na tamtym czubku
wzniesienia.." i kiedy w bólach tam wjeżdzam widzę tylko tuman kurzu ciągnący
się za mknącym downhill'owo Lubkiem :() Prócz takich akcji Lubek katował
mnie zasłyszanął gdzieś piosenką: "Bum bum bum bum, I want you in my room..."
i tak w kółko :O
W sumie to się jechało super (zrobiło
się bardzo ciepło). Po przejechaniu przez południowe odcinki leśne wpadliśmy
do Leszna. Tam na skrzyżowaniu zrobiliśmy krótki telefoniczny postój; Lubek
jak zwykle dzwoni w czasie wyprawy do wszystkich tych którzy przed nią
wymiękli i im zrzędzi ;)) (tym razem dwonił do Julka). Nie została mi dana
ulga i spowrotem wpadaliśmy w las. Lubek wyżywał się grzejąc ponad trzydzieści
w takim parkowym slalomi wśród niedzielnych spacerowiczów. Końcem naszej
wędrówki była miejscowość (no właśnie co to było). Dzielnie jednak się
trzymaliśmy szlaku i dopiero jego koniec zmusił nas na wstąpienie na asfalt.
W czasie odpoczynku w PKS-owym przystanku podziwialiśmy na ścianach twórczość
młodych talentów pisarskich i rysowniczych tamtych okolic. Nie pozostało
nam nic innego jak wskoczyć na asfalt i dać rurę do Warszawy. Nie zawiedliśmy
się tuż przed wjazdem na Żoliborz - od chyba roku prace przy przebudowie
kilometrowego odcinka drogi "osiedlowej" nie posunęły się o centymetr -
ale tamci ludzie mają udrękę z robolami. Przed jednym z domków zatrzymała
nas "miła" dla uszu muzyka... genialne discopolo (tekst był tak wykręcony,
że miałem koszmary nocne - próbowaliśmy ją nagrać ale dyktafon w komórce
nie był tak czuły). Lubek aby mi jeszcze "bardziej" dokuczyć ;) przegonił
mnie po całym Żoliborzu i pokazywał gdzie się uczył. Tak oto dziwnym trafem
wypadliśmy wprost pod sklep "iX" - znany szerokiej rzeszy zapalonych bikerowców.
Pośliniliśmy się chwilkę przed wystawą z takimi fajnymi CannonDale'ami.
Z iX'a mieliśmy już rzut hełmem rowerowym do domu. Kiedy zobaczyłem upragniony
dom nie mogłem uwierzyć, że Lubkowi chciało się jeszcze jechać na Starówę.
I choć obiecywał mi kupno lodów i napojów orzeźwiających grzecznie i stanowczo
podziękowałem (trzeba stanowczo bo z Lubkiem trza być twardym nie miętkim!)
no i wgramoliliśmy się (już nie pamiętam co ty zrobiłeś, tj. gdzie się
udałeś) po schodach do domciów. Tyle by tego było. Niestety w opisie jest
wiele nieścisłości gdyż pisałem go ździebko miesiąc i 10 dni po wyprawie
(tak tak, lenistwo nie popłaca :))
Cóż mogę
dodać? Było dokładnie tak, jak to opisał Łukasz :).
Klasycznie
podam stan licznika:
TRP 88km
AVS 16 km/h
STP 5h 29
min
51,8 max
km/h
powrót