Mały wyczyn, czyli "stówka na kacu" po 3 godzinach snu :) 
    Długi weekend tego roku w porównaniu z ubiegłym przyszło mi spędzić skromnie- sam całe 3 dni w Warszawie. Cóż próżnować nie miałem zamiaru. Kilka dni wcześniej umówiłem się z Julkiem na mały wojaż 1 maja, tj. w sobotę. "Jakoś" tak się złożyło, że w nocy z piątku na sobotę miałem gości, z którymi się zabawiałem do 4 nad ranem, chłonąc znaczne ilości "procentów"... Im bliżej było godziny "zero" , tzn. spotkania pod Julka blokiem tym bardziej mi się odechciewało jechać. Ale, że umowa to umowa i choćby się waliło i paliło (prawda Przemek? :) postanowiłem nie sprawić zawodu koledze i stawiłem się u niego punktualnie. Mimo 3 godzin snu i zawartości % we krwi wcale się tak nie czułem- chęć jazdy na rowerze przy pięknie zapowiadającym się dniu okazała się silniejsza od poimprezowego zmęczenia. U Julka przebrałem się  w krótkie spodenki i bluzke, i tak kompletnie odciążony i pozbawiony zapasowego ubrania pomknęliśmu ku stacji PKP Warszawa- Ochota. Planowej kilka dni wcześniej trasy także postanowiłem nie zmieniać. A miała być dłuższa niż zwykle. Bo ile w końcu można jeździć "środkiem" puszczy ? Do rozdziewiczenia pozostał tylko Północny Szlak Krawędziowy Puszczy Kampinoskiej.
    Jak to zwykle bywa w podmiejskich pociągach spotkaliśmy ciekawego pasażera- wybierającego się na ryby pijaczka z zębami "co szósty wystąp". Pan pijaczek poopowiadał nam trochę bajek, ile to on kiedyś kilometrów nie wyjeździł na rowerze itp. itd... Poczęstował mnie nawet piwem z puszki, Julek grzecznie podziękował :). I tak podróż pociągiem minęła w spokoju, no może dokuczał nam trochę wzmożony ruch wycieczkowiczów majowych.
    Ze stacji PKP w Sochaczewie do szlaku mieliśmu około 15 kilometrów jazdy asfaltową drogą przez wioski. Drogę tę znam jak własną dziurawą kieszeń, ponieważ w tych okolicach mam babcię (przejeżdżaliśmy nawet w odległości 500m od jej domu). Na prośbę Julka w jedynym PTTK'u w tych okolicach przystanęliśmy na jedzenie (tak w ogóle Julek to straszny głodomor, ciągle by jadł, zakładam się, że ma rodzinę tasiemców w brzuchu :). Po posileniu się pizzą, która smakowała ja podeszwa od buta i po tym jak okoliczne komary posiliły się nami dotarliśmy na skraj ("morena czołowa" puszczy) lasu. Tak w ogóle to od Sochaczewa jechaliśmy wzdłuż torów kolejki wąskotorowej. Teraz także mieliśmy jechać lasem, cały czas wzdłuż zarośniętych już szyn. Samo poprowadzenie szlaku na mapie oraz odkrycie, że pokrywa się on z nowym około-puszczańskim szlakiem rowerowym zapowiadało drogę raczej łatwą i przyjemną. Dowodem tego było już na pierwszych leśych kilometrach dogonienie dwóch studentek (a myśleliśmy, że w tej głuszy jesteśmy tylko my...:), które zagadnięte odparły, że w planach mają dojechanie do Warszawy (sic!).
    Cóż- droga była prosta jak drut i b. łatwa a zarazem szybka- w końcu jechaliśmy (niestety :) po specjalnie wytyczonym rowerowym szlaku. Składała się głównie z kilku większych prostych, które przebyliśmy ze średnią ponad 20 kilosów na godzinę- a więc całkiem nieźle :). No ale prócz tych nudnawych odcinków trafiło się kilka miejsc naprawdę ładnych krajobrazowo ("Lenny Las", Rezerwat Rybitew), dlatego warto powtórzyć kiedyś tą trasę.
    Klasycznie- im bliżej było Warszawy, tym gęściej się robiło na szlaku :). Ale co tu się dziwić- piękna, słoneczna pogoda zachęcała do rowerowych wypadów całe rodziny.
    O moim towarzyszu wycieczki mogę powiedzieć, że twarda z niego sztuka :)- niezła kondycja. No i jeszcze po naszej wycieczce poszedł po rozum do głowy i zakupił amortyzator Rock Shoxa (tak chłopaka wytrzęsło :). Cóż niektórzy (Łukasz ... :) wolą zainwestować w SPD i buty niż w komfort jazdy...
    Puszczę Kampinoską przejechałem z Julkiem w rekordowym czasie. Mimo tego pokręciliśmy się jeszcze trochę po Warszawie, a ja mimo stanu poimprezowego i 100 km w nogach czułem się wyśmienicie :).

Sigma BC 700 nie kłamie :)

TRP 101,49 km
AVS 19km/h
STP  5 h 18 min
V max 52 km/h


POWRÓT