KAMPINOS- (NIE) DLA LAMERÓW - 90km
22.08.1999r.- KRÓCIUTKA RELACJA :)

Uczestnicy:


    Dawno w sumie po Kampinosie nie jeździłem, dlatego też gdy pojawił się post na pl.rec.rowery pt."kampinos dla lamerów", postanowiłem spędzić aktywnie zbliżającą się niedzielę, mimo, że ja osobiście za rowerowego lamera się nie uważam (cóż...grunt to samokrytyka... :). Jeszcze w nocy z soboty na niedzielę wyjazd stał pod znakiem zapytania, ponieważ napewno do godz. 3.30 lało. Postanowiłem, że wstanę o 9 i jeśli pogoda będzie możliwa to jadę. I tak było, wprawdzie chodniki były jeszcze mokre, a na dodatek "optymistycznie" zapakowałem do plecaka grubsze ciuchy w razie oberwania chmury itp. :), jednak gdy dojechałem na miejsce zbiórki na pl. Grunwaldzkim, już zacząłem się rozbierać, bo z minuty na minute robiło się coraz cieplej.
    W sumie pod salonem Fiata zebrało się nas 10 osób, ale 2 z nich z góry zapowiedziały, że dziś nigdzie nie jadą, że tak tylko wpadli. I tak 8- osobową ekipą wyruszyliśmy ul. Broniewskiego w kierunku puszczy. Po drodze usiłowaliśmy wyciągnąć jeszcze jednego zawodnika, ale niestety był zbyt oporny- wolał spędzić niedzielę pracując. Cóż- jego strata...:).
    W zaiście dostojnym tempie (tak do 12 km/h) doczłapaliśmy się jakoś do puszczy od strony Łomianek. Po drodze minęliśmy jeszcze osiedle bananowych domków o średnim metrażu 400m kw. każdy :). Pogoda do jazdy nam sprzyjała. Było cieplutko, choć słońce tylko od czasu do czasu wyglądało zza chmur. W sumie nasza trasa nie była sprecyzowana, na bieżąco wspólnie decydowaliś dokąd mamy jechać. Ja też wrzuciłem swoje 5gr i namówiłem grupę abyśmy skierowali się ku miejscowości Leszno (miasteczko przy drodze, która dzieli puszczę mniej więcej na dwie połówki). Raz szybciej, raz wolniej spokojnie dążyliśmy do obranego celu. Trasa wyglądała klasycznie- jak to w puszczy bywa- raz twardo, raz piach "po ośki" innym razem korzenie. Po drodze udało nam się "zaliczyć" imprezkę, bo akurat w jakiejś wiosce odbywał się odpust i atrakcje z nim związane, jak strzelanie z korkowców, stoiska z tandetnymi zabawkami oraz grupowe picie najtańszego wina (rocznik godz. 17.15 :) w pobliskim rowie. Z tego całego zamieszania wtedy po raz pierwszy udało nam się zgubić nasz szlak. Jednak szybciutko udało nam się go zlokalizować. Zaraz potem nastał pierwszy dłuższy odcinek asfaltowy, ku uciesze "Tonida" :), który powoli zaczął się uskarżać, że miał to być "wypad dla lamerów" a tymczasem widzi, że szykuje mu się niezły chrzest rowerowy :). Cóż- jak to zwykle bywa, obiecywałem, że nie będzie tak źle, choć dobrze wiedziałem jaki dystans nam się szykuje :). Ale uważam, że tempo i tak było "żółwiowe", a na dodatek zdażały nam się bardzo długie postoje, na których co prawda lepiej się zapoznawaliśmy. Do Leszna dotarliśmy ok.16 (?-nie pamiętam za bardzo...). Tam daliśmy zarobić i każdy zamówił sobie po kiełbasce i frytkach. Opychaliśmy się dobrą godzinę, zanim wyruszyliśmy w drogę powrotną zielonym, rowerowym szlakiem. Jeden z naszych (Jarek bodajże) pożegnał nas i udał się do domu w Milanówku, gdzie miał w miarę blisko.
    Droga powrotna była raczej łatwiejsza, choć wolniejsza, ze względu na to, że niektórzy zjedli zbyt wiele i nie mieli siły pedałować :). I tak dosłownie na styk- gdy już zaczynało się ściemniać dotarliśmy do naszej kochanej, śmiedzącej Warszawy. Wcześniej jeszcze wieczorną, świeżą bryzą przywitała nas góra śmieciowa koło Mościsk. Powoli wszyscy się rozjechali po domach. Ja jako przedostatni i Gosia jako ostatnia, która musiała jeszcze pojechać chyba gdzieś na Ursynów. W sumie to podziwiam ją, bo niezłą dziewczyna ma kondychę :). Przez całą wycieczkę cały czas jechała w czołówce. Do domciu dotarłem bodajże o 19.30, czyli jakieś 9 godzin sobie jeździliśmy.
    I tak oto w bardzo miłym towarzystwie wykorzystałem jedną z ostatnich wakacyjnych niedziel. Dziękuję wszystkim udaną wycieczkę. Gosia, "Wasylek": mam nadzieję, że fotki wkrótce bedą! :)

Klasycznie- jak zwykle, podam kilka liczb:

Powrót