KAMPINOS BYWA ZŁOŚLIWY (83km)
25.03.2000r.

    Jak tylko wiosna zajrzała do Warszawy od razu na grupie news:pl.rec.rowery zrobiło się poruszenie i wiele osób nabrało ochoty na rowerową przejażdżkę. Zaproponowałem klasyczną wycieczkę- pociągiem do Sochaczewa, a stamtąd "na piechotę" na piwo "pod rurę" :). Na wypad zdecydowało się (prawie wszysty w ostatniej chwili) 5 osób. Ilość odpowiednia, aby czuć się raźnie, jednak zbyt duża jeśli chodzi o stopień prawdopodobieństwa usterki w rowerze...
    Na zbiorkę w w piękny, słoneczny sobotni poranek pod Rotundą oprócz mnie stawili się Rafał Janica na swoim trekingu, Artur Topyła <Arczi> oraz jak zwykle spoźniony, przez co zasapany Tomek Wasilewski <Wasylek> :). W obskurnym pociągu (zgodnie z moimi przewidywaniami, że pewnie będziemy mieli nietypowe towarzystwo) mieliśmy delikatnie mówiąc troszkę dziwną współpasażerkę. Była to kobieta ok. 50-letnia sprawiająca wrażenie pijanej, naćpanej, niezrównoważonej psychicznie (wszystko na raz). Przez kilka stacji w dość chaotyczny sposób przedstawiła nam swoją historię i najbliższej rodziny oraz problemy finansowe. Ba- pochwaliła nam się nawet rodzinnymi fotkami, np. z 1966 roku, na której kobieta dziś przypominająca wyglądem żula spod sklepu była nastoletnią calkiem niezlą "laską" :).Wkrótce dosiedli się do nas Staszek Semczuk, któremu kanar podarował bilet na rower i MarcinWolcendorf. W pełnym już składzie dotarliśmy szczęśliwie do Sochaczewa.
    Tradycją już chyba pozostanie, że zdjęcia z wyprawy (poniżej) nie będą najlepszej jakości. Tym razem nasz nadworny fotograf <Wasylek>, sprzęt miał lepszy niż ostatnio, ale za to udało mu się kupić jakiś mocno ściemniony film w kiosku w Sochaczewie... Cóż, do trzech razy sztuka, na następnej wycieczce i aparat i film powinny spełniać jakiekolwiek normy :).
    Zanim jednak wyruszyliśmy w trasę, Staszek wyciągnął nas do Muzeum Kolejki Wąskotorowej i nawet zasponsorował dla wszystkich bilety. Po ok. półgodzinnym szwędaniu się po peronach, pomiędzy nimi a także po "ciuchciach" w końcu wyruszyliśmy, by wkrótce stawić czoła przeciwnościom losu.
    Pech dopadł mnie pierwszego już na pierwszym odcinku- drodze afaltowej z Sochaczewa do Żelazowej Woli. Usłyszałem złowrogie "psssss". Myślałem, że to tylko "kapeć" jednak włosy w nosie mi się zjeżyły, gdy zobaczyłem, że to dziurawa z boku jest opona. Z początku miałem czarne myśli, już widziałem się jak wracam na piechotę do pociągu. Jednak postanowiłem prowizorycznie załatać oponę i jechać dalej. Największa łatka przyklejona od środka opony i na wszelki wypadek kawałek starej dętki na podkładkę musiały wystarczyć. Na oponie i tak zrobił się mały bąbel/pagórek, przez co koło ocierało mi Magury. Dopiero za jakieś pół godziny na drugim- najdłuższym postoju dzięki wskazówce Arcziego udało się usunąć wkurzające ocieranie.
    Największą przerwę podczas trwania wypadu mieliśmy "z okazji" <Wasylka> :), którego zaraz po mnie także dopadł pech, tyle że o wiele bardziej niemiły. Mianowicie, na odcinku podmokło/bagienno/błotnistym w kółeczka tylniej przerzutki wkręciło mu się tyle trawy i błota, że wystarczyło mocniej zapedałować i kompozytowa przerzutka ESP "z hukiem" rozprysła się na kilka kawałków... Było dramatycznie, ponieważ to był przecież dopiero początek naszej tułaczki, a tu taka niespodzianka, w rzeczywistości nawet nie zdążyliśmy dobrze wjechać do lasu.
    No ale, McGyvera chyba każdy oglądał :). Co prawda naprawa/demontaż zniszczonej przerzutki trwała na tyle długo, że zaczęły nad naszymi głowami krążyć ptaki (sępy? :), ale ważne że udało się i można było jechać dalej. <Wasylek> niestety nie mógł już w pełni rozkoszować się urokami rowerowej przejażdzki, bo dysponował "aż" jednym, stałym przełożeniem, które i tak sprawiało wiele kłopotów, ponieważ średnio raz na dwa- trzy kilometry albo i częściej niesforny łańcuch zmieniał swoje miejsce na kasecie i Tomek musiał to wkółko poprawiać.
    Najważniejsze, że posuwaliśmy się do przodu. Na pierwszym leśnym odcinku, na Południowym Szlaku Puszczańskim nie było już więcej niespodzianek. No nie licząc wywrotek Marcina Wolcendorfa, którego najwyraźniej pokochały gałęzie drzew, bo to one go wysadziły z "siodła" aż dwukrotnie, raz po razie. I tak doczłapaliśmy się do jednego z najbardziej "komercyjnych" parkingów w puszczy w miejscowości Granica ( na wysokości miejscowości Kampinos). Tam zasłużenie posililiśmy się. Nieopodal na polance biwakowała konkurencja na trochę większych rowerach- wyglądało to na wiosenny zlot grupy pl.rec.motocykle. "Dawców nerek" było naprawdę dużo, minimum 50. Z narażeniem życia zrobiłem im fotkę :).
    Po około półgodzinnej przerwie ruszyliśmy dalej. Wkrótce odjechali nam Staszek i Marcin. W odchudzonym gronie dojechaliśmy Głównym Szlakiem Puszczańskim (czerwony) a potem czarnym do Truskawia. Po drodze moja tylnia oponka puściła w drugim miejscu. Znowu ok. 20 minut przerwy, na zrobienie podładki ze starej dętki... Chwile grozy miał też Rafał Janica, któremu przed samym Truskawiem zaplątała się gałąź pomiędzy błotnik a tylnie koło. Sam słyszałem ten trzask. Zarówno on jak i ja myśleliśmy, że już jest po szprychach. Na szczeście los oszczędził nas, gdyż już troszkę byliśmy zmęczeni walką z usterkami.
    Z lasu udało nam się wyjechać dosłownie w ostatniej chwili, zanim na dobre zapadł zmrok. Pozostał nam ostatni odcinek- asfaltowy, ok. 20km do piwiarni "pod rure", przy moście gdanskim. Świadomość, że to już tuż tuż dodała nam sił i w niecałą godzinę dojechaliśmy. Ustalone "z góry" przełożenie u <Wasylka> pozwalało na jazdę z Vmax góra 20km/h. Po drodze odbił do domciu Rafał, na którego czekały obowiązki. Jeszcze na kilka metrów przed celem Tomek zaskoczył mnie i Arcziego upadkiem, który w zasadzie można zakwalifikować do OTB :). Otóż udało mu sie nadziać na pułapkę zastawioną przez właściciela "mordowni" (nie bójmy się tej nazwy:). Nie zauważył o zmroku linki, która zagradzała ścieżkę przy schodkach, co by bike'rzy nie rozjeżdżali trawy errr.. błota... obok schodów. Skończyło się na szczęście na kilku siniakach.
    Ci co nie byli niech żałują, bo <Wasylek> stawiał kolację- pyszną kiełbaskę i piwko grzane :). Po spokojnym posileniu i napiciu się oraz po wymianie na świeżo wrażeń z wycieczki rozjechaliśmy sie do domów, by po 12 godzinach przebywania na świeżym powietrzu zakosztować kąpieli w domciu. A należało się, nawet mimo spokojnego tempa całej wyprawy :).
TRP: 83km
AVS: 15.12km/h
STP: 5h 30min
Vmax: 38km/h

Fotki pstrykane przez <Wasylka>. Fotki pochodzą z jego strony z opisem wycieczki.


Ekipa w komplecie: (od lewej)- Lubomir Plutecki, Artur Topyła <Arczi>, Rafał Janica, Stanisław Semczuk, Marcin Wolcendorf.


Przerzucamy się na "rowery" parowe :).


Wielka dziura w moim Panaracerze. Na oponie widać ślady jakby nacieć.


Ciekawy i trudny odcinek. Aczkolwiek "za ciekawy" dla <Wasylka>...


Było sobie ESP...


Puszcza Kampinoska niewątpliwie jest piękna.


Zasłużone piwko podsumowujące wycieczkę.

<<powrót