Z SOCHACZEWA DO WARSZAWY
PUSZCZA KAMPINOSKA ( 90KM)
    Na wycieczke ta wybralismy sie we dwoch- ja i administrator.Byla to nasza pierwsza wspolna wyprawa gdzies dalej.Pogode mielismy udana-cieplo,zadnego slonca i wilgotne powietrze,ktore pozostalo po ulewie dzien wczesniej.
    Wyruszylismy dosyc pozno jak na wyprawe duzego kalibru.Do dworca Warszawa-Ochota dojechalismy miedzy 10 a 11.Tam tez nabylismy bilety na sprawdzony juz przeze mnie pociag relacji Warszawa-Lowicz.Podroz pociagiem przebiegala spokojnie lecz nalezaloby zwrocic uwage na stan jakosci przedzialu bagazowego- jesli tak mozna nazwac slums jaki tam sie znajdowal.Ale juz po 60 minutach jazdy smietnikiem oraz uzbrojeni w zelazne porcje marsow , kanapek i coca -coli zalogowalismy sie na stacji w Sochaczewie.Z Sochaczewa musielismy dotrzec przez Chodakow do Zelazowej Woli,skad zaczynal sie Poludniowy Szlak Lesny.Dosc szybko pokonalismy te 10 km droga asfaltowa z oklicznosciowymi narzekaniami Przemka na pedzacych kierowcow , ktorzy jakby wogole nie przejmowali sie nasza obecnoscia na drodze.
    I tak oto w Zelazowej Woli wyciagnalem juz zasluzona (1977r.),lecz wciaz aktualna mape Puszczy Kampinoskiej.Wlasnie tam okazalo sie ,ze mamy do przejechania dokladnie cala mape "od dechy do dechy".Nie bylo nad czym deliberowac ,tylko trzeba bylo sie zabrac do pedalowania jesli sie chcialo dotrzec za dnia do domu mimo dlugich letnich wieczorow.
    Z Zelazowej Woli do Puszczy bylo drugie 10 km poczatkowo droga asfaltowa , o ktorej Bog zapomnial, potem zwirowa , szutrowa.... i tak stopniowo komfort jazdy spadal.Do samego lasu doprowadzila nas droga piaszczysta jak cholera , po ktorej dosc ciezko sie jechalo.Las przywital nas pieknym szumem i zapachem oraz gorka z piaszczystym podjazdem - nie bylo mowy o podjechaniu ,trzeba bylo zsiasc ze stalowych rumakow i pchac je pod gore.Na szczescie pozniej "piaski" sie skonczyly.Patrzac na mape, jak wiedzie szlak zapowiadalo sie dosc ciekawie ,poniewaz nasza trasa przebiegala przez srodek paru rezerwatow, oraz obok pomnikow przyrody.
    Juz po ok 15 km przez mocne natezenie zieleni na szlaku(jesli to tak mozna nazwac) udalo nam sie zgubic szlak. Na szczescie na niedlugo, przez chwile jechalismy na mojego "czuja" w kierunku wschodnim( aby blizej domu).I tak kontrolujac slonce znalezlismy w srodku lasu chatke , ale nie baby jagi tylko lesniczowke.Z daleka wygladala troche ubogo. Kul w oczy tez zaparkowany przed nia przedstawiciel amerykanskiej motoryzacji,ktory jakby nie pasowal do tej lesnej prostoty.Przy chatce mnie osobiscie spotkala mala niespodzianka.Otoz pukajac w szybke domu,nagle spostrzeglem ,ze po parapecie "cos" pelznie.Przestraszylem sie troche,mimo iz to co pelzlo nie wygladalo na zmije.
Z okna nieufnie wyjrzal w koncu starszy pan.Oczywiscie pierwsze co zrobilem to napomnialem mu ,ze parapet mu pelza,lecz on mnie uspokoil mowiac ,ze jego corka "hoduje" pelzajacych ok.20 sztuk i ze codziennie karmi je zsiadlym mlekiem..Okazalo sie ze szlak mielismy pod nosem, tuz obok chatki.Pan radzil nam zmienic trase na wygodniejsza, ale i tak zrobilismy po swojemu. Powrocilismy na szlak,ktory teraz wygladal jak sciezka dla pieszych miedzy drzewami,gdzie nieraz ledwo miescila sie kierownica oraz krzakami i galeziami tak niskimi,ze niemal trzeba bylo sie klasc na rowerze ,zeby sobie glowy nie  podrapac.
    Gdy dotarlismy na szersze "drogi" napotkalismy tam multum prawdziwych przeszkod wodnych, ktore towarzyszyly nam do samej Warszawy.Musialo dzien wczesnie naprawde niezle lac,skoro potworzyly sie na lesnych drogach prawdziwe jeziora,ktore ciezko bylo wymijac bokiem,bo niedosc ze mialy od 4 metrow w zwysz dlugosci to jeszcze zajmowaly cala szerokosc drogi.Trzeba bylo nieraz naprawde malpiej zrecznosci ,aby taka "kaluze" pokonac.Raz proba sforsowaniej takiej kaluzy przez sam srodek -mimo mojego sukcesu- Przemka kosztowala zmoczona noge z butem prawie "po kolano" ( ale sie wtedy usmialem :).
    W rezerwacie "Zamczysko" przesiedlismy sie na Glowny Szlak Puszczanski,ktorym dojechalismy do Roztoki, gdzie przecielismy asfaltowke z Leszna.Oznaczalo to polowe przebytej drogi.W Roztoce zrobilismy pierwsza pauze z prawdziwego zdarzenia tzn.na kampingu , przy stoliczku - pelna kultura.
Apropos przerw w jedzie nalezaloby wspomniec.Otoz przerwy robilismy krotkie i czeste.Pomyslalby ktos-zawodowcy ,niechca sie rozleniwic i ostygnac-lecz prawda byla inna.Przez cala droge dzielnie towarzyszyly nam ziliony much - much wrednych , much wscibskich , much naprawde wyjatkowo zlosliwych , ktore chyba nigdy w swoim "muszym" zyciu nie widzialy z bliska czlowieka. W zwiazku z czym wszelkie sikania,jedzenia ,patrzenia na mape przebiegaly sprawnie ,a proby wytrzymania dluzej niz 5min. najczesciej konczyly sie bolem rak od opedzania sie, oraz slowotokiem slow powszechnie uzywanych za brzydkie pod adresem much.
A i konczac pauzy pierwsze metry musielismy pokonac "sprintem" ,azeby to zgubic nasze wielbicielki.
Pozniej juz po wyprawie doszlismy do wniosku , ze w zasadzie gdyby nie TE muchy to byloby fajnie w 100%.
    Po przerwie w Roztoce ,mielismy drobne problemy z odnalezieniem szlaku,ktory nistad nizawad znalazl sie po drugiej stronie Kanalu Zaborowskiego.
Po powrocie na trase,juz "troche" zmeczonych przykro zaskoczyla nas gorka,ktora wyrosla jakby z pod ziemi.Celem , miejscem gdzie konczyl sie szlak byl Truskaw.
Ostatni etap jazdy w lesie pokonalismy poczatkowo drogami piaszcystymi w towarzystwie psa ( a moze to byl wilk:) , ktora biegl przed nami jakie 100m.Pozniej droga stawala sie coraz bardziej pagorkowata,zwlaszcza w okolicach Cmentarzu w Palmirach, a ostatni odcinek biegl poprzez blota i bagna, gdzie czasami trzeba bylo nawet przenosic "baika" przez strumyczki.
Ogolnie na calej trasie oprocz miejscowych spotkalismy tylko jedna grupe pieszych turystow, oczywiscie zgodnie z panujaca etykieta na szlakach powiedzielismy 'dzien dobry'.Pod samym Truskawiem napotykalismy takze innych rowerzystow,ktorzy mimo hiper-rowerow i pieknych strojow i kaskow oczywiscie pod kolor ramy wygladali jednak na zwyklych wyjadaczy szlakow rowerowych.Jedni nawet pytali nas sie-gdy sie mijalismy "na bagnach" czy dalej droga jest przejezdna.Widzac chyba bloto na naszych twarzach ,mieli watpliwosci czy jechac dalej czy tez wrocic.Ale odparlem ,ze z cala pewnoscia szlak az do samego Sochaczewa jest przejezdny:).
I tak juz okolo 19 bylismy w Truskawiu.Pozostal nam ostatni etap-asfaltem przez Zoliborz do domciu.Mimo,iz Przemek dostawal juz atakow depresji i chcial sie pakowac z rowerem do autobusu 708 (ponoc ze zmeczenia krecilo mu sie w glowie), za moja namowa ,ze wyprawe nalezy zakonczyc godnie , zacisnal zeby i zrezygnowal z autobusu.Ze wzgledu na jego zmeczenie,mimo iz po wyjechaniu na asfalt prosto z blota,ja czulem sie jakby rower sam jechal, zwolnilem i jechalismy ciut wolniej.Po drodze wpadlismy jeszcze na moment do jego kumpla w Izabelinie.
Obaj juz mielismy dosyc-on chcial w spokoju jakos dojechac do domu, ja chcialem miec to juz jak najszybciej za soba. W zwiazku z czym "rozstalismy sie" w Izabelinie i kazdy pojechal wlasnym tempem.Przemek zostal daleko w tyle.Ja ku memu zdziwieniu czulem ze mam nagly przyplyw energii i jechalem caly czas do Warszawy i przez nia z predkoscia 25-30km/h ,co naprawde jest duzo.Normalnie jezdzac po Warszawie,nigdy bym nie przejechal 15km z taka predkoscia-tu tak jakby ten caly dzien w puszczy byl rozgrzewka ,sunalem doslownie jak przecinak.
Lecz juz na ul.Broniewskiego tuz przed wiaduktem za rondem Babka ,zaczelo mi sie krecic w glowie ze zmeczenia, i z obciazenia organizmu.Podjezdzajac pod wiadukt przezywalem kryzys,juz w pewnym momencie mialem zejsc z roweru,bo mialem plamki przed oczyma(A jednak Przemek wtedy nie klamal-rzeczywiscie moglo mu sie krecic w glowie!)."Przezylem" chyba dlatego,ze wiedzialem ze juz za wiaduktem z 500m jest dom i KONIEC.
    Na osiedlu zameldowalem sie jakos przed 20 ( w sumie z Truskawia dojechalem w okolo 15-20min!).Prosto z trasy zajrzalem na boisko szkolne,gdzie jak mnie zobaczyli to powiedzieli ze wygladam jakbym przejechal Camel-Trophy tyle ze na rowerze.Wpadlem jeszcze do sklepu po kalorie i zasiadlem na lawce przed naszym blokiem.Jakos na razie nie mialem ochoty isc do domu-odpoczywalem na lawce.
W jakies 25 min po mnie zjawil sie Przemek (podjechal trawmajem :( bu!-no ale to byla jego pierwsza taka wyprawa i to z marszu -wiec mozna mu darowac:),ktory rownie jak ja byl caly oblepiony blotem,zmeczony ale szczesliwy ze sie udalo no i z tego, ze nareszcie jestesmy w domu.
Rowerow w takim stanie w jakim byly nie mozna bylo wprowadzic do domow,wiec poszlismy do garazu pod blok,wyjalem szlauf , myjemy -a tu.....
...przychodzi pan Haberko (uczulony na punkcie zeby nie bylo wilgoci w garazu,  bo mu samochod rdzewieje) rozpetala sie afera,na nic moje tlumaczenia ze potrzebny jest szlauf ,zeby z sila potraktowac bloto,ze poszlo moze z 30 l wody-Coz nie ma co dalej opisywac tej jalowej dyskusji z Haberka i jego zona, ktora nagle przegiela pale zaczynajac zupelni inny temat.Efekt-nie mowimy mu od tamtej pory dzien dobry , no i "trzesiemy sie "ze strachu czy moze Haberko nie potnie sieciowych kabli ,gdy bedzie mial kolejny napad glupoty :).
Podsumowujac rajd puszczanski :
bylo zajebiscie - taki kalejdoskop warunkow jazdy! raz asfaltem, za chwile Przemek "topi sie" w kaluzy  -osobiscie kocham takie zmiany- monotonna dla mnie jest jazda nudna droga ,gdzie nic sie "nie dzieje"
zle strony -muchy ,lecz teraz wspominamy je ze usmiechem
zla strona jest jeszcze to ze bylismy we tylko we dwoch,koniecznie ta trase trzeba powtorzyc najlepiej takze latem(choc ja nie traktuje roweru jako srodek transportu sezonowy) i w wiecej osob
zalujemy ze nie mielismy aparatu-ale to da sie nadrobic podczas innych wycieczek
moze nie dlugo dojda jakies skany map,zdjec...
przejechac cala mape-puszcze to naprawde nic trudnego-w koncu nie jestesmy zawodowymi kolarzami ,nie cwiczymy a udalo nam sie to z marszu-kluczem do sukcesu jest pozytywne nastawienie oraz czerpanie jak najwiecej dobrych wartosci nawet z "meczacej" trasy
<KONIEC HISTORII>