WIOSENNE ROZTOPY W PUSZCZY KAMPINOSKIEJ  (87 KM)
UCZESTNICY WYPRAWY: LUBOMIR PLUTECKI, LUKASZ OWDZIEJ, KRZYSIEK WOJCIECHOWSKI. 
    Chlopakow dlugo nie trzeba bylo namawiac na ta wycieczke.Choc pierwsze plany mowily o wyprawie w okolice Olsztyna, zdecydowalismy sie pojechac w Puszcze Kampinoska , ze wzgledu na to ,ze jeszcze sie wczesnie robi ciemno.Liczba uczestnikow z 5 spadla nam do 3 -najbardziej zapalonych .Tomek -brat Marzeny nie pojechal , bo nasluchal sie pogody w tv.Ha, teraz zaluje.A jak Przemek , ktory zrezygnowal rano na kwadrans przed zbiorka? - nie wiem.Moze to i lepiej ,ze nie pojechal. Trasa w niektorych miejscach byla "troszke" blotnista i bagnista - nie dosc ,ze narzekalby co 2 min , to jeszcze by sie poplakal :).
    Coz, nas trzech z gentelmanska punktualnoscia stawilo sie pod blokiem na zbiorce i spokojnie dojechalo do dworca Warszawa-Srodmiescie.Na 8 min przed odjazdem "zoltasa" kupilismy bilety i tu okazalo sie ,ze pociag odjezdza z Centralnego.Pedem rzucilismy sie na dworzec przejsciami podziemnymi. Tam z kolei "spikerka" powiedziala ,ze pociag jednak odjezdza z macierzystego dworca W-wa Srodmiescie.Poniewaz do odjazdu pozostaly ze 3 minuty zilion ludzi zerwalo sie z lawek i niczym stado bedzacych bawolow taranowalo wszystko na swojej drodze.Fajne bylo starcie na schodach tychze ludzi z osobami , ktore dopiero co biegly na Centralny.
    Po tej wpadce PKP, milo zaskoczyl nas przedzial bagazowy: nowe plastikowe fotele, ogrzewanie dzialalo az za nadto,oszklenie 100% -towe.Az przyjemnie bylo jechac.Wkrotce dosiadlo sie dwoch "gentelmanow", ktorzy z ciekawoscia przygladali sie jak dokrecam rower Lukasza oraz swoj.Po raz pierwszy na tej trasie "zaskoczyl" nas kanar.Oczywiscie nasz przejazd byl w pelni formalny, tylko nasi wspolpasazerowie dali kanarowi w lape.W Bloniach panowie wysiedli , wsiadla natomiast super-laska  - nowa sympatia Krzyska. Biedna , uskarzala sie ,ze kiedys miala narzeczonego , ktory bil ja piescia po nosie...Na szczesie ulge odnalazla w ramionach Krzysztofa :).
    W Sochaczewie bylismy o 7.46 i tylko z mala przerwa na zaopatrzenie w miejscowym "gie-esie" od razu wyruszylismy w kierunku Zelazowej Woli, gdzie rozpoczyna sie Poludniowy Szlak Puszczanski.Planowalem przebyc z chlopakami identyczna trase jak przed wakacjami z Mlodym. Ale wtedy  z Przemkiem zgubilismy szlak.My ku naszemu nieszczesciu szlak mielismy caly czas , ktory biegl wzdluz Kanalu Olszowieckiego. Sciezke niemilosiernie poryly dziki , ktore szukaly pozywienia. Zielony szlak powital nas takze podmoklym terenem. Sciezka co pewien czas nagle sie urywala, a przed nami rozciagala sie woda i blota.Coz , tak jest zawsze, gdy laduje sie w srodku bagien. To byly naprawde ciezkie kilometry. W rezultacie juz na wstepie naszej wyprawy przemoczylismy nogi po kolana i stracilismy duzo energii na uzeranie sie z zywiolem.He,he pamietam jak tuz przed wjazdem w bagna Krzysiek powiedzial ,ze nie lubi jezdzic asfaltem.Gdy jednak opuscilismy mokradla obaj zesmy ucalowali pierwsza napotkana normalna sciezke...
    Jednak i tak nam sie udalo zgubic szlak. Po naradach z miejscowymi (kazdy mowil co innego...) obralismy za cel dotarcie do czerwonego szlaku - Glownego Szlaku Puszczanskiego.
Krajobraz w drodze do tegoz szlaku wokol drogi byl iscie po zimowych roztopach. Wszedzie na lakach potworzyly sie gigantyczne "jeziora", zdarzylo sie nawet ,ze w jednym miejscu woda przelewala sie przez droge z jednej strony na druga.Przeszkode te pokonalismy bez trudu- i tak bylo nam juz wszystko jedno , bo mielismy mokre nogi, ktore powoli z powodu niskiej temperatury zaczely nam juz zamarzac.
    Jazda czerwonym szlakiem po bagiennych przejsciach byla jak przejazdzka autostrada.Nieoznacza to ,ze caly czas bylo latwo.Szlak zaskakiwal ciekawymi pagorkami, z ktorych potem robilsmy szalencze downhill'e.
    Pierwsza wieksza przerwe na regeneracje sil i posilek urzadzilismy  gdzies w Dembowskich Gorach, gdzie znalezlismy lawki z daszkami.Nasze zziebniete nogi rozgrzalo troche piwko, o ktore wczesniej zadbal Krzysiek.Nastepny taki postoj zrobilismy dopiero w Roztoce, kiedy przecielismy jedyna wieksza droge , ktora dzieli Puszcze na mniej wiecej polowe.W Roztoce o dziwo mimo nieciekawej pogody czynna byla budka, w ktorej to Krzysiek za ostanie pieniadze kupil kielbache.Za nami mielismy ciezszy kawalek trasy.Przed nami byla juz droga jak po masle- pare dluzszych prostych i finito. W Truskawiu przy przystanku MZA bylismy o 15.45, czyli rowne 8 godzin zajela nam przeprawa z Sochaczewa przez okolo-warszawskie knieje , tempem naprawde wycieczkowym i na luzie.Cala nasza ekipa dostosowala sie do dzielnego Lukasza , dla ktorego bylo to pierwsze takie doswiadczenie.
    W Truskawiu popiwkowalismy jeszcze ze 30 minut , dzieki Lukaszowi , ktory zafudowal browar.
    Przed nami zostal ostatni etap naszej wycieczki - 20 kilometrow do domciu asfaltem , ale za to w lejacym deszczu.Pod blokiem zameldowalismy sie tuz przed 18 -nasta. Od razu sprowadzilismy do garazu ujebane po siodelko rowery.W napieciu czekalismy na pana Haberko, ktory ma niezwyklego nosa jak cos sie dzieje w garazu nie po jego mysli.Ale jak by przylazl to by dostal szlauchem,ktorym potraktowalismy bike'i. Bylismy bardziej zlosliwi niz ja ostanio z Przemkiem - tym razem chlapalismy woda w garazu jego wlasnym wezem -wezem Haberkowym :).
    W czasie gdy ja z Krzyskiem obmywalismy nasze stalowe rumaki, Lukasz zdazyl zasnac na przyczepie sasiada.Oczywiscie z wycienczenia, lecz Mlody , ktory zlazl do garazu drwil, ze to od wypitego piwa.
    Pomoglem jeszcze wczlapac sie Lukaszowi do nadzwyczaj kochanego i upragnionego w tym dniu domciu, gdzie jego mamuska otoczyla go prawdziwa matczyna troska i opieka, widzac ,ze z jej dawnego Lukcia zostal tylko ochlap.
    Ogolnie troche sie martwilem czy "przezyjemy" wyprawe i jej skutki (zakwasy,ewentualne zaziebienia).Wielka satysfakcje daly mi slowa obu moich kompanow , ktorym bardzo sie ta wyprawa spodobala i zapowiedzieli ,ze pisza sie takze na nastepna wycieczke.
    Mamy nadzieje ,ze nasza ekipa sie powiekszy.
Na koniec slowa uznania dla Krzyska, ktory cierpial z powodu zeszmacenia jego kochanego roweru ,z ktorym nawet sypia :)
Oraz oczywiscie dla Lukasza , ktory spisal sie niezwykle dzielnie i dowiodl,ze potrafi przetrzymac wiele przeciwienstw i nie poddac sie w ciezkiej sytuacji , tylko znalezc jeszcze sile i zdrowie na czerstwe dowcipy :)
Ave Kamaraty ! Oby podczas wszystkich wypraw dopisywaly wam takie humory- od razu az chce sie jechac - chocby i cala Tajge wzdluz :) 

    Byc moze nie jest to zbyt szczegolowy opis wycieczki w porowaniu z poprzednimi moimi wspomnieniami po innych wyprawach.Mam nadzieje ,ze do syta napelnia was zdjecia ,na ktorych uwiecznilismy nasza prawdziwie meska przejazdzke po lesie.
Z jednego tylko jestem niezadowolony - jestem na niewielu zdjeciach.Ale tak jest zawsze ,ze szewc bez butow chodzi.Nastepnym razem bierzemy fotografa :) 

 
FOTKI
WRAZENIA KRZYSKA
WRAZENIA LUKASZA
WYJSCIE