NA POLNOC OD WARSZAWY- 100
KM
To byla nasza pierwsza wyprawa w tak "licznej" grupie.
Mimo zlych prognoz pogodowych w tv, doslownie poltora dnia przed wyprawa
na eskapade zadeklarowal sie Lukasz, Tomek (brat Marzeny), Krzysiek no
i "Przemek". Napisalem w "", bo to jest juz dla mnie CIPKA nie Przemek...Dzien
wczesniej sie smial z Lukasza i nazywal cieniasem, bo ten na poczatku nie
byl pewien czy z nami pojedzie, ze wzgledu na jakis tam egzamin, a sam
nawalil. Jak zwykle Mlody nie usluchal mych prosb, zeby poszedl wczesnie
spac- po 2.00, gdy wychodzilem z psem jeszcze nie spal. Rano tradycyjnie
obwiescil, ze nie jedzie, bo za wczesnie, a w ogole to pogoda mu nie pasuje.
Nie dal sie przekonac. Moze to i lepiej- cipka, tzn. baba z wozu, koniom
lzej...
Jedno wiem- o nastepnej wyprawie Mlody nawet nie zostanie poinformowany!
Nie potrzebny nam jest maruda, z reszta niepowazny, ktory nie potrafi stawic
sie na spotkanie (eh, w odpowiedzi na moje pytanie w liscie "to jak,
jedziemy jutro?" odpisal czerwonymi, wielkimi literami "JASNE"...). Jak
zwykle okazalo sie, ze najlepiej Przemkowi wychodzi tylko pisanie listow
i gadanie, bo z czynami to u niego dosyc miernie. Jak chce wycieczek rowerowych
to niech on teraz zabiega o to bysmy go laskawie zabrali. A jak nie, to
niech sobie jezdzi wokol bloku albo z Domem Starcow. Tam chyba byloby mu
najlepiej.
Okej, dosc pisania o cipkach.
Zbiorke pod blokiem zrobilismy o 8.00 . Z pol
godzinnym poslizgiem wyruszylismy do najblizszego sklepu po zapasy na droge.
Chyba kazdy z nas olal sobie kompletnie przygotowania do czekajacej nas
drogi. Zupelnie jak bysmy mieli sobie pobrykac z godzinke po osiedlu, a
nie jechac tam gdzie psy wode ch... pija :). Krzysiek zaczal skarzyc sie
na luzy w piascie tylniego kola. Wrocil sie spod sklepu do domu po klucz,
aby skrecic "sie". Wkrotce ruszylismy, dojechalismy na sciezke rowerowa,
gdy tuz za mostem Gdanskim krzyskowa piasta mimo moich prob dokrecenia
jej padla na amen. Krzysiek stracil ochote na jazde dalej i sie "obrazil"
:) na wszystko. Tylko chyba dzieki mojemu gderaniu, wrocil sie do domu,
aby pozyczyc z cipkowego roweru kolo. W oczekiwaniu na niego w koncu zjedlismy
sniadanie, na ktore rano nie bylo czasu. Pokropilo tez, ale tylko pare
minut.
Wreszcie o 10.00 Krzysiek sie pojawil - usmiechniety
:). Skierowalismy sie na most Grota- Roweckiego, ktorym przekroczylismy
warszawski sciek. Termometr na moscie wskazywal 4.8 stopni C. Naszym celem
byla Choszczowka (dotarlismy o 10.45) - wiocha pare kilosow w prawo
za Tarchominem, gdzie bieg rozpoczynal zolty szlak, ktory zawiodl nas piekna
lesna i przyjemna trasa do Nieporetu, do ktorego dojazd zajal nam rowna
godzinke. Tam musielismy przesiasc sie na szlak czerwony, ktory jest jakby
"obwodnica" stolicy, na moje oko ok.300- 350 km w sumie. Udalo nam
sie pojechac nie w te strone szlaku. Ale nie ma tego zlego... Lukasz na
moscie nad Kanalem Zeranskim wykazal sie swoja zeglarska wiedza wyjasniajac
nam znaczenie znakow zeglugi, budowe kanalu itp.itd. - trzeba go bylo uciszyc,
bo gadal by do wieczora :). Zawrocilismy we wlasciwa strone, jeszcze tylko
odswiezylismy zapasy kalorii w sklepie i skierowalismy sie na odcinek szlaku
otaczajacy w bezpiecznej (lesnej) odleglosci Legionowo. Po drodze minelismy
Wieliszew, £aski, Dabrowe Chotomowska, az dotarlismy do Chotomowa,
gdzie przez kwadrans okupowalismy sklep. Nie dalem sie namowic na krotsza
trase- tzn. przez Legionowo do domciu. To trasa dla panienek takich jak...-wiadomo
:). Twardo sie uparlem przy moim Nowym Dworze Mazowieckim, ktory byl gdzieees
taaaam na mapie :). Wychodze z zasady, ze jak sie podjelismy tej trasy,
to zrealizujemy ja w 100%, chocby nie wiem co. Nie ma lekko, jak wyprawa
to wyprawa :). Krzysiek i Lukasz - zawodnicy wprawieni zbytnio nie glosowali.
Tylko Tomek narzekal, ale to normalne przy pierwszym razie, jesli chodzi
o dystans, ktory przebylismy i ktory wciaz byl do pokonania.
Z Chotomowa szlak znowu wpadl do lasu. Juz na
wjezdzie sciezka i jej okolice wygladaly podejrzanie znajomo. Wkrotce sploszylismy
stadko dzikow- z 5 doroslych sztuk i kilkanascie slodkich warchlakow. Niezle
spieprzaly- bylem troche zawiedziony, ze locha nie zaatakowala nas w obronie
swoich malych :). Las za Chotomowem nie nalezal do przyjemnych. Sciezka
niemilosiernie rozryta przez dziki. Tylek Tomka niezle dostal w dupe na
tym odciku :). Gdy opuszczalismy ten niezbyt goscinny lasek, licznik wskazywal
51 przebytych kilometrow. Krzysiek wyboje i przyszla trase skwitowal slowami
"ja pierdole!" :).
Jednak nie odpoczelismy dlugo na gladkiej nawierzchi
jadac skrajem lasu. Wkrotce w lesie miedzy Trzcianami a Boza Wola okazalo
sie, ze miejscowy lesniczy ostro pije.Bo kto wytycza szlak miedzy
drzewami i krzakami na zupelnie nie tknietej przez stope ludzka nawierzchni
? Szlak wil sie tropem weza. Jakby nie dosc bylo nierownosci podobnych
do tych po zaoranym polu to co chwila szlak przecinaly "rowy". He, he -
na jednym z nich Krzysiek pobral probke ziemi zebami :).
Gdy wygralismy walke z zywiolem, szlak przeprawil
nas na druga strone drogi nr. 630 z Legionowa do Nowego Dworu Mazowieckiego.
Tam sciezka wzdluz rozlewisk i po zaoranym polu dotarlismy do wislanego
walu przeciw powodziowego. To byl wedlug mnie nudny odcinek trasy, bo caly
czas jechalismy walem. Urozmaiceniem byl tylko jeden kundel, ktory uparl
sie na moja nogawke, a moze kostke ? :). Po meczarni jazdy droga prosta
jak drut dotarlismy w koncu do punktu, w ktorym nastapilo przepolowienie
trasy. Wykrakalem, ze most jest zamkniety. Na szczescie otwarty byl dla
ruchu pieszego. Ok godziny 14.30 mielismy do domu "z gorki". Do Warszawy
czekal nas juz tylko asfalt- zrezygnowalem z planow pojechania "na skroty"
skrajem Puszczy Kampinoskiej - niech juz chlopaki, sie ciesza, ze
do domu juz "blisko" :).
I tak ruszylismy droga podrzedna- rownolegla
do trasy E77 (na Gdansk) w kierunku Czosnowa. Priorytetem byl odnalezienie
telefonu i punktu, gdzie mozna by bylo zakupic beer.
W Czosnowie na terenie hotelu ** "U Witaszka" znalazlem phone.
Nawet nie zagladalismy do srodka w poszukiwaniu piwa- wiadomo, ze i tak
jest cholernie drogo. Na trawce przed hotelem urzadzilismy sobie piknik
i zjedlismy ostatnie kanapki. Lukasz tuczyl miejscowego kota chipsami.
Polezelismy tak z 30 min na trawce. Na odjezdnym skrzyczal mnie jeden
pan za to, ze obsikalem hotelowy krzaczek :). Nie ujechalismy daleko- w
koncu trafil sie monopolowy... Kupilismy po kroleszczaku i po sladach szkla
udalismy sie za budynek sklepu, gdzie tak jak miejscowe zule, obalilismy
w spokoju nasze browary.
Po podladowaniu baterii, droga prosta jak drut
przez £omna, Pienkow i 3 Dziekanowy dotarlismy do £omianek,
gdzie ulica Rolnicza dojechalismy, az do konca tego piekielnie dlugiego
odcinka. Akurat na miejscowym "ligowym" boisku- raczej blotnisku.. rozgrywany
byl mecz towarzyski miedzy £omiankami a Przyjezdnymi z miejscowosci
X :). Ale juz po kwadransie widowiska nudnego jak kozie wymiociny ruszylismy
w ostatni wiekszy etap £omianki- Warszawa.
Na Bielanach z nudow i niewyrzycia oraz ku "uciesze"
Tomka odbilismy z ul. Marymonckiej by przeciac lasek bielanski i dotrzec
do sciezki rowerowej nad Wisla. W lasku z Lukaszem wspielismy sie na gorke,
by zaraz trzasnac downhill z predkoscia ponad 40 km/h miedzy drzewami.
Poniewaz czas naglil, dlugo nie zabawilismy w "plucach zoliborza". Sciezka
rowerowa, ul. Konwiktorska i Stawkami dotarlismy do mety o godzinie 19.00
.
10 godzin w trasie....
Po wycieczce licznik wskazywal:
-
TRP (dzienny przejazd) 103,30 -
moj osobisty i nasz wspolny rekord przejechanych km za jednym zamachem
-eh, Krzysiek ma o 6 km wiecej , przez to, ze sie wracal do domu po kolo
:(
-
AVS (predkosc srednia) 16,03 km/h
- uwazam, ze dosc dobra
-
STP (rzeczywisty czas jazdy- ruchu roweru) 6
h 26 m
-
MAX (predkosc maksymalna) 46,7 km/h
-
DST - suma przejechanych przeze mnie kilosow wzrosla do 8283
km
Moje podsumowanie:
-
Nareszcie cos innego niz zadeptana Puszcza Kampinoska. Przyjemnie jest
rozdziewiczac nowe sciezki.
-
Pogoda na czworke z minusem. Choc bez slonca, ale i tak bylo cieplo.
-
Sprzet nam nie nawalil- znowu zadnej gumy! Odpukac...
-
Jeszcze jeden dowod na to, ze jestesmy Iron Men'ami :). Pokazalismy
sobie,ze "paczka" kilometrow w roznych warunakch to nic strasznego.
-
Samopoczucie - z tego co widzialem, to zeby zawsze tak bylo. Wspoltowarzysze
wygladali jakby wrocili z parku Krasinskiego, a nie z Nowego Dworu Mazowieckiego.
Nie liczac Tomka...Ale to pierwszy raz. Mimo, ze po powrocie wtopil sie
u mnie w kanape i zaobserwowalem zanik pewnych czynnosci zyciowych :) to
i tak wygladal lepiej niz Lukasz po ostatnim Kampinosie. Cieszy mnie to,
ze chlopaki dobrze zniesli jak dotad nasza najwieksza eskapade. Tomek "stracil"
tylko tylek i swoj "instrument", Lukaszowi na drugi dzien dopiero odezwaly
sie nozki. Co prawda Krzyska jeszcze nie widzialem, ale pewnie przezyl-
mam nadzieje... :) Chyba sie podobalo, bo Lukasz lada chwila pakuje gruba
kase w rower i modernizuje w nim caly osprzet. Na pewno nie robi tego na
darmo, tylko zeby z niego korzystac.
-
Aparat wzielismy, ale po krotkiej debacie wspolnie doszlismy do wniosku,
ze nie kupujemy kliszy, bo w sumie nic ciekawego nie bedzie po drodze.
Niby racja, ale moje oko i tak zrobiloby z 10 mozliwych fotek.
-
Mam nadzieje, ze chlopaki szybko opisza swoje wrazenia.
-
Na koniec jeszcze jedno moje westchniecie,
ktore jest takze linkiem wyjsciowym z tej strony :)
EH MLODY !!!