WYPRAWA NA HEL
 Polwysep helski- piaskowa mierzeja o dlugosci 34 km oddzielajaca wody Zatoki Gdanskiej od Morza Baltyckiego atrakcyjne miejsce wypoczynku ze wzgledu na walory krajobrazowe, unikalny morski klimat i wyjatkowa kulture zyjacych tu od lat Kaszubow.
 
    Sama  wycieczka oraz jej sklad do ostatniej chwili byly wielka niewiadoma. Raz, ze stracilem "na blacu boju" rower, dwa, ze czesc uczestnikow z roznych przyczyn sie wylamala. W zasadzie to zaluje tylko, ze Krzysiek nie mogl pojechac, ale coz- "pech" chcial, ze znalazl zatrudnienie. I tak oto pojechalismy w nastepujacym skladzie: ja, moj tata, Nawoja, Lukasz i Mateusz Owdzieje.
 
    Zbiorka byla sobotnim rankiem tzn. o godz. 5.55 pod blokiem. W pol godziny w miare sprawnie sie zapakowalismy i z lasem rowerow na dachu wyruszylismy ku polnocy. Po podrozy z dostojna predkoscia, do Wladyslawowa dotarlismy tuz przed godzina 12. Po drodze mijalismy miejscowosc Puck, ktorej tabliczke z nazwa pomazali tak, ze zamiast Puck bylo Fuck :). Pogoda niestety nie byla mila- padal lekki deszczyk. Ale nie byla to jedyna "niedogodnosc". W ferworze porannych przygotowan zapomnialem wziac mojego plecaka z zapasowymi detkami i kluczami. Dobrze, ze Lukasz mial swoje "graty", z ktorych na szczescie nie musielismy skorzystac. Przynajmniej nie dzwigalem plecaka jak inni, tylko porozdawalem swoje rzeczy, zeby mi wiezli :). Aby nieszczesc stalo sie zadosc, "umarl w butach" moj maly aparat fotograficzny, tak wiec zdjec z wyprawy nie bedzie :(. Ale nic to, i tak nic by nie bylo widac, bo pogoda byla iscie jesienna: szaro, deszczowo, mglisto... itp. Mam nadzieje, ze uda mi sie zeskanowac widokowki, ktore kupilem w Helu. Przynajmniej bedzie kolorowo na stronie.
    Po zlozeniu rowerow do kupy wyruszylismy na podboj polwyspu. Oczywiscie mapy nie zabieralismy, bo nie sposob tam zabladzic :). Po lewej i prawej stronie nic, tylko "wielka woda". Czasami zaledwie 5 metrow od drogi w najwezszym miejscu polwyspu. Poniewaz moj tata nie mogl narazac nog na przemoczenie, pojechal samochodem do Helu, skad mial sie pokrecic po okolicy na rowerze.
    My zwawo wyruszylismy asfaltowa droga uslana kaluzami. W koncu przetestowalem porzadnie zarowno buty i kurtke. Mimo deszczu i chlapiacej wody spod kol, w butach mialem suchutko i cieplutko. Inni chyba nie mogli powiedziec tego samego. Deszcz nam towarzyszyl przez pierwsze 8km, czyli do Chalup. Zboczylismy tam na chwile nad brzed Zatoki Gdanskiej, ale naturystek i tak nie bylo :). Przez cala ta dziure, ktora w sezonie jest zadeptywana przez turystow przejechalismy brzegiem Zatoki.  Kolejna wiocha, do ktorej mielismy 5km byly Kuznice. Ale dopiero w Jastarni milo zaskoczyla nas sciezka rowerowa, ktora nie rozpiescila nas swoja dlugoscia, bo biegla tylko do polozonej blisko Juraty, gdzie zrobilismy sobie przerwe na batonika i frugo, pare minut jazdy od okazalego osrodka wypoczynkowo- szkoleniowego T.P. S.A. Ostatni etap Jurata- Hel liczyl sobie 14km i byl najbardziej zalesionym fragmentem trasy. Droga miejscami byla tak kreta, ze staly znaki ograniczajace predkosc do 40km/h, ale o lamanie przepisow nie musielismy sie martwic, bo tempo nadawala Nawoja, na szczescie bylo pozadne, bo 20km/h. Po drodze minelismy jednostke wojskowa, od czasu do czasu krecily sie po drodze wojskowe samochody. Przed samym Helem obok drogi straszyl "parking" zdezelowanych (przynajmniej takie sprawialy wrazenie) amfibii i innych wozow opancerzonych.
    Jakies 5km przed Helem z naprzeciwka wyjechal nam moj tata, ktory byl mocno zdziwiony, ze tak szybko przyjechalismy. Ostatnie kilometry w towarzystwie mojego taty byly wyjatkowo spokojne- predkosc max. 12 km/h ... :). Tuz przed samym miasteczkiem byly jeszcze pozostalosci po szlabanach. Kiedys byly takie czasy, ze wstep mieli tylko miejscowi, ze wzgledu na "tajna" baze naszych kilku zardzewialych balii, szumnie nazwanymi okretami wojennymi.
    Pierwsze wrazenie jakie zrobil na mnie Hel to pustka, ale widocznie senna pogoda zatrzymala mieszkancow przed TV. Od razu, "na skroty" pojechalismy na plaze. Jechalismy pierwszymi lepszymi sciezkami. I tak kazda z nich musialaby nas zaprowadzic nad morze :). Plaza w Helu jest wyjatkowo duza. Udalo nam sie tam zapiaszczyc rowery, probujac jechac po piachu. Niestety morza nie naogladalismy sie za duzo, bo uniemozliwila nam to mgla, ktora ograniczyla pole widzenia na kilkadziesiat metrow. Ale na pewno musialo to byc morze, bo z daleka slychac bylo " trabiace" statki :). Na dodatek jakis walesajacy sie kundel obsikal rower Nawojki, z ktorego ja korzystalem. Po bezposrednim najodowaniu pluc, udalismy sie pod latarnie morska, ktora niestety byla zamknieta dla zwiedzajacyh :(. Z tamtad udalismy sie na bulwar w porcie. Smierdzialo tam tak rybskami, iz mialem wrazenie obecnosci pani Teresy spod nr.16 :).
Latarnia morska Hel wybudowana zostala w 1942 r..
                                 Prace przy jej budowie trwaly 7 miesiecy. Zbudowali ja
                                 miejscowi Kaszubi. Zrodlem swiatla jest 1000 W
                                 zarowka, ktora w wypadku przepalenia zostaje auto-
                                 matycznie zastapiona przez zarowke zapasowa. Osmio-
                                 katna wieza latarni jest zbudowana z licowanej
                                 czerwonej cegly.  
                                   

                                 wysokosc wiezy   - 41,5 m   
                                 wysokosc swiatla - 40,8 m n.p.m.   
                                 zasieg swiatla     - 17 Mm 

 
Na koncu bulwaru przez kilkanascie minut obserwowalismy kilku pletwonurkow, ktorzy sie przygotowywali do nurkowania. Zauwazylismy tez, ze w porcie jest strasznie duzo meduz. Fajnie wygladaja- jak cienkie, przezroczyste, okragle torebki foliowe. Prosto z tego nieprzyjemnego dla zmyslu wechu miejsca udalismy sie do "Fokarium", gdzie akurat trafilismy o godz. 16 na karmienie fok. Tam poprzygladalismy sie tym spasionym grubasom o swojsko brzmiacych imionach- Agata, Krysia, Ania (dalej nie pamietam...). Przez chwile nawet bylismy swiadkami "dramatu". Mianowicie miejscowy piesek, ktory obszczekiwal foki zza siatki, sprytnie przedostal sie na druga strone. Tu jednak spotkala go niemila niespodzianka i o maly wlos foki by go pogryzly...
    Gdy juz foki zezarly wszystkie ryby i maly wlos psa, pojechalismy zobaczyc okrety wojskowe. Jednak znowu mgla skutecznie nam to uniemozliwila. Poniewaz o swoim istnieniu zaczely nam przypominac nasze zoladki, pojechalismy do knajpy na smazona rybke. Dlugie oczekiwanie, no i delektowanie sprawily, ze zrobila sie pozna pora. Mimo przejechanych zaledwie 40 km, ani mnie, ani Lukaszowi nie chcialo sie wracac przez polwysep na rowerze. Zreszta nawet dobrze, bo gdy wracalismy samochodem, byla naprawde niezla mgla- prawie  jak mleko. Jadac droga w takich warunkach narazeni bysmy byli, na jadace po omacku auta.
    I tak opuscilismy Hel, ktory po za sezonem jest okropnym zadupiem. Ludzi na ulicach skape ilosci, 3/4 sklepow pozamykana (niegdzie nie mozna bylo kupic znaczkow pocztowych!), do tego jesienna pogoda sprawily, ze chyba bylismy jedyna grupka entuzjastow tego miejsca.
    Czas jazdy na rowerze ze srednia predkoscia 16km/h wyniosl prawie 3 godziny. Skapo to, ale mysle, ze nie o to glownie chodzilo. Liczyl sie fakt, ze na chwile oderwalismy sie od stolecznego syfu i pozytecznie spedzilismy sobote w badz co badz szczegolnym zakatku Polski. Mnie podczas wycieczki stuknelo 11 000 km przejechanych na rowerze, stuknely tez juz plany na nastepna wyprawe...:). Piekne okolice Bialegostoku- Puszcza Knyszynska. Ale minie jeszcze troche czasu, zanim wszystko sie zorganizuje.
    Po drodze do Warszawy wstapilismy jeszcze do Sopotu. Poszlismy na spacer na molo, pokrecilismy sie po deptaku, zjedlismy pyszne lody. Mimo poznej wieczornej godziny, ludzi bylo zatrzesienie. Po okolo godzinnym pobycie wyruszylismy w koncu do domciu, w ktorym zameldowalismy sie o 1 w nocy. Na dole podczas rozpakowywania bike'ow "napatoczyl" sie Pawel, powracajacy z imprezy. Glownie Lukasz i Mateusz sprawnie zajeli sie rozladunkiem rowerow (dzieki chlopaki!), ale mieli duzo sily, bo spali cala droge :). Wkrotce po Pawla przyjechal samochod i pojechal dalej imprezowac, my z grubsza oczyscilismy rowery. Po wizycie na plazy niestety przydalaby sie im pozadna kapiel i konserwacja.
    No, to by bylo na tyle. Niech zaluja ci, co gnili w Warszawie. Wyjazd wyszedl niespodziewanie tanio- Lukasz i Mateusz wisza mojemu tacie dobre wytrawne wino, ja natomiast musze posprzatac piwnice :). Drozej wynosily mnie eskapady "rzut beretem"  za Warszawe...

POWROT