MOJ REKORD !
115 KM + 60 KM = 175 KM 
czesc pierwsza: "rozgrzewka"
 
 
    W nudny sobotni dzien 20 czerwca pojechalem razem z rodzicami do wujka na dzialke, gdzie zostalismy zaproszeni na imieninowa imprezke. Poniewaz wiedzialem, ze jedziemy w malownicze okolice Narwi, postanowilem wziac "na dach" rower, aby sobie na miejscu troszke pojezdzic, no i oczywiscie przyjechac na nim do Warszawy, bo na taki pomysl wpadlem o wiele wczesniej. Tym razem oprocz standartowego "warsztatu naprawczego", ktory zawsze woze na wszelki wypadek, do plecaka wrzucilem zolta kurtke przeciwdeszczowa. Jeszcze przed wyjazdem z rodzicami, z Lukaszem pojechalismy do "Ski- Team'u" na ul. 17- go Stycznia, gdzie razem kupilismy sobie po kasku, a ja dodatkowo koszulke rowerowa. Zdecydowalem sie pojechac na zakupy wlasnie tuz przed wyjazdem, zdajac sobie sprawe, ze licho nie spi, zwlaszcza na miedzynarodowych drogach wsrod pedzacych TIR-ow. A taka droga zamierzalem wracac...
    Na miejscu dlugo nie siedzialem przy stole, tylko wsiadlem na rower i wyruszylem na zwiad okolicy. "Na przyczepke" zabralem jednego 12- latka, ktory pojechal na Kettlerze mojego taty oraz 2 psy :). I w tym oto skladzie zrobilismy 10- cio kilometrowa runde. Do Narwi nie mielismy daleko, bo niespelna 2km. W drodze powrotnej pojechalismy (tylko mnie sie udalo jechac :) na skroty przez lake, na ktorej autentycznie byla trwa po pas... Wrocilem, najadlem sie i napilem piwka, zrobilem na droge pare kanapek, wsadzilem do plecaka atlas samochodowy formatu A4 i o wadze slownika :( i nastawilem zegarek na godz. 5.00, po czym poszedlem "w kimono" w ogole nie przejmujac sie podroza.
    Wstalem planowo i po krotkich porannych czynnosciach wyruszylem punktualnie o godz. 5.17. Z dzialki mialem niecaly kilometr do drogi nr. 61 (Warszawa- Ostroleka). Skret z tej drogi na dzialke jest rowniotko przy slupku z 99 kilometrem. Tyle bym mial jadac ta droge, jednak wcale nie planowalem jechac tedy, poniewaz droga ta nie ma pobocza, a po za tym sa glebokie koleiny. Az takim samobojca to nie jestem, moglby mnie tu zdmuchnac z drogi pierwszy lepszy rusek jadacy ciezarowka. Zaden kask by mi nie pomogl. Po za tym napatrzylem sie na warunki panujace na drodze jadac wczesniej samochodem.
 
 
    Droga ta przemeczylem sie (na szczescie rano ruch jest znikomy, zwlaszcza w niedziele) 10km do miejscowosci Rozan ( ze tez musi lezec na gorce...). Za ta miescina skrecilem w lewa na droge nr. 60 w kierunku Ostrowia Mazowieckiego. Rozpedem z gorki przejechalem most nad Narwia i we wsi Kaszewiec skrecilem w prawo aby dojechac na skroty, a glownie ominac niebezpieczne drogi. Okazuje sie, ze drogi, ktore na mapach sa oznaczone najbledszym kolorem sa szutrowe, gdzieniegdzie z domieszka piasku ( zwlaszcza przejezdzajac przez las) albo tez zamienialy sie w tzw. "leszowki". Specjalnie po to wzialem ciezki atlas, zeby sie nie pogubic na tym zadupiu. Poniewaz nie bylo zadnych tabliczek z nazwami wioch, bardzo uwaznie czytalem mape. Kazde wygiecie, nitka wody czy inna duperela byla dla mnie niekiedy jedyna wskazowka, kiedy trafialy sie "skrzyzowania", a wokolo ani sladu chalupy, albo nawet dymu z komina... Pare razy upewnialem sie pytajac napotkanych tubylcow o droge, ktorzy jak wiadomo w tamtych stronach wstaja razem z kurami.
    I tak dojechalem do Chrzczanki Wloscianskiej, gdzie musialem wskoczyc na najwyzsze obroty, ze wzgledu na niecne zamiary wiejskiego burka (wielkosci "wilka"), ktory koniecznie chcial mnie ugryzc. Przez ta "dziure" jak z mapy wynikalo przebiegala jakas "lepsza" droga. Jednak okazalo sie, ze jest to doslownie pasek asfaltu... Licznik wskazywal dopiero 30km. Byla godzina 6.50- nadeszla pora pierwszego posilku. Usiadlem wiec na kamieniu przy skrzyzowaniu mojej polnej drogi z nitka asfaltowa. Zauwazylem, ze we wsi chyba "strajkowal" mleczarz, bo wszysty jechali na swych rozklekotanych "ukrainach" z bankami mleka. A moze to nie strajk? Tylko po prostu etat mleczarza jest wolny? Jesli ktos bylby zainteresowany praca na wakacje to moge podac namiary na ta wioche- dojazd rowerem ok. 100km :))). Przejezdzajacy ludzie patrzyli sie na mnie jak na ufoludka. Nawet krowy, ktore byly za mna, wszystkie podeszly i przez plot mnie i rower obwachiwaly. Teraz juz wiem, ze powiedzenie "gapic sie jak ciele na malowane owce" ma sens, tyle ze owcy raczej nie przypominam, a malowany to najwyzej mialem kask i kolorowa koszulke...
    Po odsapnieciu ruszylem dalej szutrowka kierujac sie na Porzadzie. Ciekawszy byl odcinek tuz przed ta miejscowoscia ( szumnie nazwana dziura). Wiodl on przez ciemny i ponury las (nie polecalbym tej drogi kobietom, nawet za dnia...), a takze byly 3 niewielkie premie gorskie. Na drodze tej przemielilbym jakiegos ptaszka, postury wrobelka, ktory chyba sobie spal na srodku drogi, a gdy sie mnie przestraszyl, cymbal jeden wlecial mi prosto w lewy bok roweru. Juz myslalem, ze koles wpadl w szprychy, jednak fart chcial, ze trafil w moja noge i dlatego byc moze przezyl :).
    Do Porzadzia dojechalem w rowniotka godzine- bylem o godz. 7.50, licznik wskazywal 45km. Nareszcie skonczyl sie przeklety zwir- po 35km jazdy po nim juz mnie troche zaczynalo denerwowac to szumienie pod kolami.
 
 
    Przerwa byla krociotka- juz o 8.05 przekroczylem granice gminy Wyszkow, gdzie jakies wieski jadace maluchem podniecily sie na moj widok, powystawiali glowy przez okna i wymachiwali rekoma przy czym slyszalem jakies "indianskie" okrzyki... O godz. 8.15 przekroczylem granice samego miasta. Mialem farta- przez niestrzezony przejazd kolejowy przejechalem ze 100m przed jadacym wolno pociagiem towarowym z zilionem wagonow- pewnie bym czekal z 10 minut, az sie przetoczy po torach. O godzinie 8.25 zasiadlem przed mostem nad Bugiem i spalaszowalem druga i ostatnia porcje kanapek. To byla mniej wiecej polowa mojej drogi. Licznik wskazywal 59km, predkosc srednia wynosila 22,89 km/h, a czas poruszania sie roweru wynosil 2h 34 minuty.
    Pozostala polowa drogi dzielila sie na dwie czesci: 26km do Radzymina i ok.30 km z Radzymina do centrum Warszawy. Jechalem poboczem drogi nr. 18 (Warszawa- Bialystok). Mimo duzej ilosci pojazdow, kierowcy trzymali bezpieczny dystans, nie doszlo do zadnej niebezpiecznej sytuacji. To byl bardzo nudny i wbrew pozorom ciezki odcinek. Mimo asfaltu jechalo sie niezbyt przyjemnie- droga prosta jak drut, a po za tym matkojebca wiatr zaczynal wiac w oczy i to im blizej bylo Radzymina tym bardziej sie wzmagal. Moze to przez deszcz, ktory pokropil az cala minute? W kazdym badz razie marzylem o dluzszym odpoczynku w Radzyminie, bo do tej pory zrobilem tylko jedna krociotka przerwe na picie kolo wsi Gluchy. Jakze sie "zdenerwowalem", gdy tuz przed miastem wyrosl wiadukt do pokonania- grrr... Gdy juz dotarlem do upragnionej lawki licznik wskazywal 89,5 km i godzine 10.05. Oprocz mnie na lawce wypoczywali chlopak i dziewczyna, ktorzy chyba jechali na wczasy na rowerach, bo z tylu mieli niezle wypchane sakwy na bagaznikach. Z miny dziewczyny wywnioskowalem, ze chyba zalowala, ze dala sie namowic na wycieczke :). Na lawce pozbylem sie ostatnich zapasow picia- siedzialem chyba ze 20 minut, aby zregenerowac troche sily.
    Potem tylko sie ubralem w bluze z uwagi na to, ze nagle "klimat" sie oziebil i ruszylem przed siebie. Do Marek dojechalem w moment, ktore sie ciagnely i ciagnely- konca nie bylo widac. Jadac wypatrywalem "Macro Cash" w Zabkach, z ktorych jest juz rzut beretem przez miedze do Warszawy.
 
 
Po drodze jeszcze "zainteresowala sie" mna jakas grupka Cyganow, ktorzy cos krzyczeli w stylu "...Ej! Chuju !..." :). Oszczalem brudasow i spokojnie dojechalem sobie na wysokosc Targowka, gdzie uczepilem sie autobusu ( 512 ?). Miesnie mialem juz tak wypracowane,ze jazda z predkoscia ponad 50 km/h po przejechanych 100km poszla jak splatka do samego pl. Bankowego.
    Pod klatka zameldowalem sie o godzinie 11:30. Na liczniku widnialy nastepujace wartosci:
czesc druga: "deserek"
 

     Po powrocie do domu dalem znak Lukaszowi, ze juz jestem. Poniewaz obiecalem mu, ze jak wroce to gdzies pojedziemy, slowa dotrzymalem. Za ok. 40 minut bylismy gotowi do drogi. Podjechalismy jeszcze do "Roberta" po zakupy  na droge, ktore Lukasz chcial zrobic. Lekkim tempem w ok. 50 minut dojechalismy do skrzyzowania ulic Ostrobramskiej i Marsa. Naszym celem bylo Miedzylesie, gdzie bieg rozpoczynal zolty szlak, ktorym zamierzalismy dojechac do szlaku czerownego, na ktory chcielismy odbic w kierunku Gory Kalwarii. Przy "drzwiach do lasu" jeden pan zrobil nam zdjecie

i w koncu zapuscilismy sie  w piekna lesna sciezke, na ktorej mijalismy, az 2 szescio (?) osobowe- calorodzinne wycieczki rowerowe. Musze powiedziec, ze tempo bylo "dostatnie"- a moze tak mi sie tylko zdawalo po calym dniu pedalowania ? Tak czy siak Lukasz juz jest zawodnikiem sprawdzonym w 100%. Jezdzic z nim to prawdziwa przyjemnosc: ma dobra ( co raz lepsza) kondycje, nie marudzi w trakcie drogi, ma chec i zaparcie do pedalowania (sklonny byl pojechac do Gory Kalwarii- gotowy byl nawet wracac "po nocy"...:). Bez zajakniecia przebyl na najwyzszych obrotach nawet b. trudne technicznie piachy na sciezce, az chcialo mi sie powiedziec "nie poznaje kolegi".
    Podczas ktorejs tam przerwy spojrzalem na zegarek i zorientowalem sie, ze planowana Gora Kalwaria nie wypali, poniewaz bylem juz ustawiony z Marzena, zreszta nalezal mi sie do cholery porzadny odpoczynek :). Tak wiec czerwonym szlakiem dojechalismy do drogi nr. 17, ktora nasz szlak przecinal w miejscowosci Wiazowna. Tam na stacji benzynowej Lukasz zafundowal ze swojej kiesy lody, ktore z przyjemnoscia spalaszowalismy. Po "posilku" dojechalismy do "wiochy"  Zakret (na wysokosci Sulejowka), gdzie przebiegala  trasa miedzynarodowa nr. 2. Skierowalismy sie w strone Warszawy, po drodze jeszcze zjedlismy po batoniku i tak w spokoju dojechalismy do domciu. Aaa- na Nowym Swiecie, jak przejezdalismy, to akurat wystawione byly samochody wielu marek. W tamta strone ciezko bylo sie nam przedrzec przez tlum "gapiow".
    Po wejsciu do chaty, "luknalem" na moja Sigme BC700. Licznik wskazywal 175,85km, predkosc srednia wynosila 21,28 km/h. Czas ruchu roweru w tym ciezkim dla niego dniu wynosil 8 godzin i 16 minut. Tak- to byl cieeeezkiiiiiii dziiieeennnn :).
odpoczynek po stukilkudziesieciu kilosach

Wiecej szczegolow moze opisze Lukasz, ale ten obibok grzebie sie z opisaniem wycieczki....
 

Niebieska krecha to nasza trasa. Czerwony krzyzyk to Mooranov Zone :).

Za skanowanie dziekuje Mateuszowi. Jesli chodzi o kiepska jakosc skanow to jak zwykle musze cos "wymyslec" :). Tym razem to wina kiepskiego skanera recznego i sfatygowanego atlasu. Zreszta nie mam tyle czasu, zeby siedziec na Photoshopem i sie bawic w upiekszanie skanow.


POWROT