WARSAW BY NIGHT
    Od ladnych kilku dni mialem chec na wieczorny spacerek rowerkiem po naszym miescie, lecz wczesniej na Przemka nie moglem liczyc z uwagi na jego akcje z uczuleniem (na co ?). Teraz nie zawiodl Lukasz, ktory z miejsca wyrazil zgode, nawet przed konfrontacja z maminym obliczem. Umowilismy sie o 22. Choc wiedzialem, ze jedziemy sie pokrecic w promieniu paru kilometrow spakowalem do plecaka moj maly przybornik, ktory pomaga wyjsc z roznych rowerowych niespodzianek i awarii. Lukasz jeszcze probowal wziac z nami Przemka, ale ten oswiadczyl: "...jestem po kapieli...". Coz. Przed garazem jeszcze podregulowalismy rower Lukasza po tym jak Nawoja zaliczyla z niego niezly slam. Chodniczkiem dojechalismy do ul. Andersa, gdzie powzdychalismy troche do Scott'ow na wystawie za "ix" tysiecy zlotych... Dalej ciemnym parkiem krasinskich, gdzie slychac bylo rechot zab z tamtejszego bajora, po omacku dotarlismy na uliczki na Starym Miescie. Tam zaskoczenie. Wszedzie gwar, pelno spacerowiczow, prawie jak za dnia. Pogoda rzeczywiscie byla piekna: cieplo, cicho, lekki wiaterek i przede wszystkim ciemno :). Tuz przed Rynkiem Starego Miasta, na ul. Waski Dunaj Lukasz dokonal mistrzowskiego wyczynu, jaki tylko on potrafi zrobic i to na dodatek o 22.20. Udalo mu sie wycelowac w lezacy samopas 6 cm gwozdz i przebil opone tak, ze wbity gora gwodz wyszedl bokiem...Tak- Lukasz zostal niekwestionowanym mistrzem Europy w widowiskowym lapaniu gum :). Oczywiscie bylem na taka ewentualnosc przygotowany. Po ostanim razie, kiedy to pojechalismy pod samo Okecie do sklepu Trek'a i zlapalem gume, a  nie mialem narzedzi, powiedzialem sobie, ze bez kompletu naprawczego nigdzie sie nie rusze. Nie lubie powrotow tramwajem z rowerem pod pacha. Lukasz to samo powiedzial dzis, bo dzis on  pojechal "na golo". Na miejsce wymiany detki wyznaczylem platforme (?) na srodku Rynku Starego Miasta. Czynnosc ta mimo moich wyluzowanych ruchow poszla sprawnie. Milo sie "pracowalo", w okolo fajny klimat- wszedzie stoliki, mnostwo bawiacych sie ludzi mimo poznej godziny (dziwne- srodek tygodnia, normalny dzien, a taki tabun ludzi...Choc wieczor byl naprawde piekny, zupelnie jak sierpniowy). Poniewaz nie mialem juz drugiej detki na kolejne gwozdzie Lukasza :), nie pojechalismy nad Wisle, tylko Krakowskim Przedmiesciem podjechalismy pod Grob Nieznanego Zolnierza, gdzie o godz. 22.55 mielismy okazje zobaczyc zmiane warty. Skorzystalismy takze z fontanny, w ktorej umylismy rece ubrudzone po PITSTOP'ie. A potem wzdluz Domow Centrum, dojechalismy pod dworzec Warszawa- Srodmiecie, gdzie zakupilem pseudo- hamburgera. Podczas gdy jak sie objadalem, Lukasz zgadywal co robi teraz Przemek. Po krotkim namysle doszedl do wniosku, ze pewnie uklada sobie wlosy po kapieli... :). Do domciu dotarlismy ok. 23.20. Nasza "wielka wyprawa" miala az 9 km. Ale nie o dystans tu chodzilo. Przez chwile poczulem sie jak na wakacjach, zwlaszcza przejezdzajac przez park  obok sadzawki z zabami. Czulem sie jakbym jechal gdzies na Mazurach sciezka po ciemnym lesie wzdluz jakiego jeziorka. Eh... Kiedy te wakacje...?
    Tak po za tym to innym badzcem do tego spacerka byla chec sprawdzenia i "aklimatyzacja" na moim nowym, teraz srebrnym rumaku. Ale o szczegolach to bede pisal w Danych Technicznych- niebawem...

POWROT