INAUGURACJA SEZONU ZIMOWEGO
JAZDY NA BIKE'ACH
Dzis z Przemkiem wyruszylismy na naszych killabee
bike'ach poszalec troche po sniegu.Zadna tam wielka wyprawa, ot z 17km
, ale za to w bialym puchu , gdzieniegdzie zamieniajacego sie w blotnista
maz.Szkoda,ze nie bylo z nami Krzyska , no ale nastepnym razem to chyba
pojedzie , planuje mala wyprawe do puszczy , zeby rozdziewiczac kolami
nie tkniete ludzka noga lesne szlaki.
Nasza wyprawe rozpoczelismy pojechaniem pod szkole
Pauliny, mielismy ja tam rozjechac, no ale od zaufanych inormatorow dowiedzielismy
sie ,ze poszla na papierosa.Nie czekalismy ,az sie dotleni ,tylko wzielismy
kurs na Stare Miasto. Dojechalismy do skarpy przy kosciele Panny Marii,
gdzie zaliczylem szatanski downhill. Po raz pierwszy na maxa zadzialal
amortyzator , poniewaz "sliskosc" i pochylosc gorki uniemozliwila mi kierowanie
rowerem i bylem skazany na jazde na wprost.Poniewaz nie takie "wprost"
mialem na mysli wpadlem z impetem w dosc niemile doly.
Potem pojechalismy pod skarpe przy Zamku Krolewskim
, gdzie oczyma wyobrazni jezdzilem juz na snowboardzie.Nastepnie pojechalismy
wzdluz Wisly sciezka rowerowa do Cytadeli , gdzie tym razem obaj zrobilismy
downhill.
Od razu potem przez siec uliczek z domkami jednorodzinnymi
dotarlismy na plac Wilsona, gdzie sie usmialismy jak Babcia w Kartonie
meczy sie z zywiolem. Biedna nie mogla ruszyc spod swiatel , gdyz jak wiadomo
Trabant nie wazy wiele, a bylo ciut pod gorke.No ale po upartej walce i
wypuszczenia klebow dymy babci udalo sie odjechac.
Zaraz potem pojechalismy na tyly domu towarowego
Merkury, gdzie jest gorka, na ktorej widok Przemek nazwal ja kupa. Ale
jednak mu sie spodobala , bo zesmy zrobili z niej 3 downhille.
Potem odbilismy pod Hale Marymoncka , gdzie na chwile sie zobaczylem
z Marzena , ktora akurat wychodzila ze szkoly.
Po tym krotkim widzeniu , zaczelismy powrot do domu przez
plac Wilsona , gdzie po drodze jedna dziewczyna (jakas panikara) wyzwala
nas od kretynow , ale nie bylem jej dluzny, moze by jej sie " nie dostalo"
, ale byla brzydka jak noc listopadowa i w dodatku nos miala jak hamulec
u karuzeli.
Na placu Wilsona dobieglo mnie z tylu " Ej ,Lubek
zaliczylem! ". Mysle sobie , co? zima , mroz , rower a Przemek "zalicza"
panienke.... Lecz gdy sie obejrzalem , wiedzialem juz , ze nie chodzi o
oblupianie dziewczyny , ale o utrate kontroli nad pojazdem. W sumie byl
to jego drugi poslizg niekontrolowany, ku mojemu niezadowoleniu , bo caly
czas mialem nadzieje , ze sie porzadnie wylozy , no i bedzie o czym pisac.Ale
pod wzgledem Mlody mnie rozczarowal.
Do domu wrocilismy tempem spacerowym przez wiadukt
przy Intraco (tak zesmy sie zmachali ,ze pozdejmowalismy czapki na podjezdzie
pod ta premie gorska) , a potem przez Muranow ,znaczy sie placyk przy pomniku
zydowskim dotarlismy do domu.Po drodze jeszcze rozsmieszyla nas troche
jedna babcia , bo jechalismy predkoscia zolwia z ladunkiem ,chodnikiem
szerokim jak 12-pasowa autostrada w USA ,a ona zaczela prawie krzyczec
"uwaga! uwaga ! " jakbysmy ja mieli za chwile rozjechac na amen.No ale
osoba starsza , wiec nie ma co sie dziwic , ma prawo sie bac "zmotoryzowanych".
Tak wiec po okolo 2,5 godzinnej tulaczce dotarlismy
do domu z rowerami , do ktorych przykleila sie warstwa sniegu , z
ktorej mozna by bylo ulepic balwana.U mnie w przedpokoju na gazetach ,gdzie
stoi moj killabee rower zrobilo sie juz pokazne jeziorko , a wody nadal
przybywa...
Co by nie bylo lyk swiezego powietrza dobrze
nam zrobil, a mnie dal wilczy apetyt, obiad zjadlem jednym haustem...
POWROT