Nie zamierzalem pisac o takim bzdecie
jak wycieczka rowerowa do Powsina, no bo i po co? Przeciez to tylko 45km
w dwie strony, w dodatku sciezkami rowerowymi. Dla informacji zwyklych
rowerzystow, ktorzy moze kiedys beda chcieli sie wybrac rodzinnie na taki
rowerowy spacer moge powiedziec, ze jadac caly czas sciezka rowerowa i
to w towarzystwie slabowitych damskich nozek te ok.22km w jedna strone
zajmuje ok.60- 90 minut jazdy...
Tak wiec, wycieczka wycieczka-
fajnie bylo, trzeba wracac, i tak oto w drodze powrotnej na pl. Bankowym,
a wiec rzut beretem przez miedze do domu "nagle" zagrzmialo, huknelo i
lunelo z nieba. Przed deszczem schronilismy sie (my: ja, Marzenka i Mlody)
w zaulku przy wejsciu do Blekitnego Wiezowca od strony Ratusza. Chyba
kazdy, kto byl w czwartkowy wieczor w Warszawie wie, ze nie byla to zwykla
ulewa, tylko istny potop- oberwanie chmury.
Jak to wygladalo na placu Bankowym?
Moge troszke opowiedziec... Nawalnica byla tak silna,ze z pod wiezowca,
nie bylo widac swiatel ani samochodow na skrzyzowaniu...!!! Patrzac
w druga strone takze byl klimat jak podczas apokalipsy. Z nieba sie laly
nie strumienie a cale jeziora wody. Momentalnie zebraly sie ogromne ilosci
wody na chodnikach. Sami widzielismy, jak jakies dziewczyny, ktore dla
zabawy chodzily po nawalnicy, brnely po kostki w wodzie- na chodniku przed
wiezowcem...
Nawalnica trwala z kwadrans. Gdy
juz egipskie ciemnosci minely i juz "tylko" lalo postanowilismy przeskoczyc
jakos szybko do domciu, bo znudzilo sie nam juz stanie i marzniecie. Tuz
po wyjechaniu z ukrycia zaczely walic znienacka pioruny i to calkiem glosne...
Jechalismy chodnikami, droga, tak jak jezdza autobusy do nas na osiedle.
Lalo tak, ze po przejechaniu pod kino Muranow, bylismy juz niemal calkiem
przemoczeni, Przemek postanowil jechac bez podkoszulki- "troche" bylo mu
"cieplo".... Na skrzyzowaniu Andersa i Nowolipek (tam gdzie busy skrecaja
w lewo jadac z placu) utworzylo sie prawdziwe jezioro o glebokosci pol
kola samochodu... Woda dawno sie przelala przez krawezniki i zakrywala
takze trawnik... Poniewaz bylo nam juz wszystko jedno, bo bylismy maksymalnie
mokrzy, a nie chcialo nam sie objezdzac tej naprawde wielkiej wody, wjechalismy
w nia. Czulem sie jak bym jezdzil po basenie. Woda byla tak gleboka,
ze podczas pedalowania noga zanurzala sie po kostke... Zmarzniety Przemek
szybko przejechal przez jezioro i schronil sie w bramie (chyba tylko przed
zimnem..:). Ja dla zabawy czekalem w srodku jeziora na Marzenke, ktora
zostala w tyle. I tak sobie krazylem w wodzie. Nie czesto sie przeciez
zdarza, zeby na srodku drogi byl basen. Samochody ostroznie sie przeprawialy
przez wode. Z naprzeciwka jechal jednak ciut szybciej merol taksowkarza,
ktory chlapal woda na wysokosc ok. 2 metrow. Aby bylo "fajniej" podstawilem
sie pod zblizajaca sie fale, tak ze mnie "zakryla" jak surfingowca :).
Az sie rozesmialy panie, ktore brodzily garbusem za mercem. Zwykle wystrojona
Marzenka twardo niczym IronMan , a raczej IronWoman wjechala w jezioro
i szybko sie przeprawila na druga strone. Zmarznieci szybko skrecilismy
w Zamenhoffa, gdzie wyroslo inne, rownie pokaznych rozmiarow bajoro. Tym
razem przeprawialismy sie wzdluz jeziora, ktore tez bylo zejebiscie nie
plytkie- naprawde mozna by bylo je przeplynac rowerem, tyle ze wodnym...
Ja tam przejechalem je calym rozpedem, zeby bylo fajniej, Marzenka tym
razem przeprawila sie z trudem. Na widok zmoczonej jak kura panienki, ktora
jedzie rowerem posrodku jeziora ataku smiechu dostal kierowca w przejezdzajacym
obok aucie. Dalej jazda przebiegala juz w standartowych kaluzach, caly
czas w ulewie. To byla dluuuga droga. Zmarznieci i przemoczeni do suchej
nitki, ale i tak z usmiechem na twarzach dotarlismy szczesliwie pod nasz
blok. Raz na sto lat mozna sobie zaszalec i pohasac rowerkiem podczas "oberwania
chmury" :), tyle ze buty do dzis mi nie wyschly....:(
Szkoda,ze nie mielismy aparatu.
Ale bardziej by sie przydala kamera dla pletwonurkow...:)