POZEGNANIE Z LATEM (96
km)
W sumie cale wakacje przebimbalismy, jesli chodzi o
dluzsze wycieczki rowerowe. Az w koncu sie zebralismy i pamietnego dnia
6 wrzesnia postanowilismy pojechac w okolice Zalewu Zegrzynskiego. Na start,
procz mnie oczywiscie :) stawili sie bracia Lukasz i Mateusz Owdziejowie
( Mlodemu sie upieklo, bo pojechal do Lublina). Jak to zwykle bywa, zbiorka
zaplanowana na godzine 8.15 przesunela sie tycke, tzn. o cala godzine.
W koncu nasze trio wyruszylo w kierunku mostu Grota- Roweckiego. Przez
caly ten odcinek Mateusz przysluchiwal sie piszczeniu, klekotaniu i zgrzytaniu
jego roweru, ktorego to do takiego stanu doprowadzil szatan, nie jezdziec
z naszego rowerowego block'owego crew, a mianowicie Lukasz....:) Poniewaz
zdawalo sie, ze to ostatnie, przedsmiertne popiskiwania Mateuszowego rumaka,
Mati dowlokl sie tylko na druga strone Wisly i postanowil zawrocic. Coz
baba z wozu, koniom lzej ( zartuje .... :))))). I tak oto nie wypalil jego
rowerowy debiut na dluzszej trasie.
Odciazeni od dzwiekow rozkladajacego sie roweru
pomknelismy z Luke'm jak przecinaki w kierunku Choszczowki, gdzie zamierzalismy
rozpoczac jazde zoltym szlakiem w kierunku Nieporetu. Szlak juz byl
stestowany przy okazji naszej wspolnej rekordowej wycieczki. Z przerwa
na zrobienie telefonicznej pobudki Krzyskowi w ten piekny niedzielny ranek
(he he) i zakupy polaczone z pierwszym sniadankiem dotarlismy do Nieporetu
w rowniotka godzinke (liczac od Choszczowki), czyli identycznie jak ostatnim
razem (dobry znak, znaczy, ze kondycja sie trzyma :). W Nieporecie postanowilismy
znowu sie posilic obierajac za stolowke drewniany mostek nad kanalkiem
Zeranskim. Nie wiedzielismy, ze jest to jedna z glowniejszych arterii pieszego
ruchu lokalnego, az do chwili, gdy jakis miejscowy Czesio, ktory nie mogl
sie o dziwo zmiescic na moscie, bo przeszkadzaly mu nasze polozone rowery,
w niezwykle kulturalny sposob zwrocil uwage Lukaszowi : ".... teee, nie
jestes u siebie na wsi !...". Odparlem mu tylko, ze jestesmy wlasnie na
wsi "w odwiedzinach". Heh, rozmieszyl nas ten burak. Doszlismy do wniosku,
ze pewnie ma kompleksy. Tez bym mial jakbym przyjezdzal do MIASTA maluchem
z nr. rej. CNP albo OSM i co skrzyzowanie by na mnie trabili....
No, ale... Dalej przez chwilke jechalismy czerwonym
szlakiem, ktory jednak zgubilismy i jechalismy na czuja przed siebie. Celem
byla pierwsza napotkana asfaltowa droga we wsi Dabkowizna. Aaa, w drodze
do tej dziury niechcacy przejechalem wylegiwujacego sie zaskronca (bo chyba
to byl zaskroniec: czarny, zolte plamki na glowie). Na szczescie biedakowi
nic sie nie stalo, bo sciezka w tym miejscu byla porosnieta mchem i tylko
go "troszke" wcisnalem w glebe. Przezyl na pewno, bo zaraz zmyl sie w "gaszcz".
Po dotarciu do bardziej utwardzonych drog, co wcale
nie znaczy, ze mniej wyboistych skierowalismy sie na Beniaminow. Po drodze
odwiedzilismy na rowerach ruiny jakiejs twierdzy, gdzie spotkalismy inny
rowerowy "element". Okazuje sie, ze moglbym zostac planista szlakow rowerowych,
bo na zaplanowanej przeze mnie w domu trasie pojawily sie nowiutkie oznaczenia
czerwonego szlaku rowerowego, ktory przez kilka ladnych kilometrow pokrywal
sie z moimi planami :) (to takze znak, ze trza nabyc w koncu jakas
aktualna mape...). W Beniaminowie odbilismy na Rynie jadac lesna, ale za
to wylozona plytami betonowymi droga, na ktorej bylo tyle zaparkowanych
samochodow co na Marszalkowskiej. Coz, sezon na grzyby. Staralismy sie
jechac mozliwie najciszej, zeby grzybiarzom nie ploszyc kurek, gasek czy
innych zajacow :)).
W koncu wyladowalismy na wale przeciwpowodziowym.
Jak sie okazalo patrzac w mape, troszke odbilismy w gore, bo bylismy niedaleko
mostu we wsi Wolica. Wcale sie tym nie zmartwilem, wrecz przeciwnie- dluzszy
bedzie powrot walem wzdluz Zalewu :). Ale zanim wyruszylismy w droge powrotna
zdazylismy sie najesc, "zostawic niespodzianke" (tylko ja, znalazlem nawet
wychodek ! Jak kultura to tylko przez duze "K", Kurwa...
:), znowu sie najadlem :). Byczac sie na wale w cieniu drzewka (kurka,
slonce dawalo jak na przelomie lipca i sierpnia ...) Lukasz wysmial pare
nieudacznikow walczacych z zywiolem na "Omedze". Zreszta przez 3/4 drogi
dawal mi "korepetycje" z zeglarstwa uzywajac obcej dla mnie terminologii.
Coz, przytakiwalem tylko co pol minuty- rownie dobrze mogl do mnie gadac
w swoim narzeczu jakis Wietnamiec z bazarku- tyle samo bym "zrozumial"
:). I tak odpoczywajac sobie na plaszczyznie pochylej walu :) odwiedzily
nas samotnie wracajace z pastwiska dwie krowy. Jeden koles, ktory akurat
przejezdzal na rowerze, spytal sie, czy wyszlismy na spacer z tym jalowkami
:). Po ok. 40 min laby, ok godz. 13 (?) wdrapalismy sie na rowery i popedzilismy
zadeptanym szczytem walu w kierunku Ryni. Na moment zjechalismy ze sciezki
i jechalismy 30-sto centymetrowa "plaza", zwykle jadac po jej juz "zatopionej"
czesci. Niestety wkrotce na drodze pojawila sie przeszkoda w postaci terenu
zamknietego jakiegos wojskowego osrodka wypoczynkowego. Przez czarnuchow
jednych musielismy sie przedzierac przez piaski do asfaltowej drogi, ktora
to dojechalismy do sklepu w Bialobrzegach. Tam musialem zaplacic haracz
miejscowemu burkowi w postaci swiezo kupionych herbatnikow. Psina prawie
wsadzala mi leb w opakowanie z ciastkami, ale musze powiedziec, ze nie
chwytala lapczywie jak np. moja Aza, tylko delikatnie wyciagala kawalki
z reki.
Po zregenerowaniu sil ruszylismy dalej asfaltem,
az dojechalismy do drogi na Ostroleke, ktora to zwykle jada cale pielgrzymki
samochodow w kierunku Mazur. Potem nastapil jeden z nudniejszych odcinkow
naszej wyprawy, bo jechalismy droga prosta jaku drut. W Legionowie chwile
odsapnelismy na laweczce i pojechalismy w odwiedziny do moich kolezanek.
Wedlug wytycznych mamy mojej kolezanki, skierowalismy sie w kierunku miejscowego
stadionu, gdzie spotkalismy moja kolezanke, ktora sledzila bacznie mecz
swojego 10- letniego siostrzenca. Tam zabalaganilismy z 30 min, Lukasz
znowu sie objadal.
Zeby zbytnio nie ulatwic sobie (nam) zycia tuz za
Jablonna postanowilem skierowac sie w kierunku Wisly, azeby nasza podroz
dalej biegla wislanym walem przeciwpowodziowym. Niestety pierwszy skret
nie byl zbyt udana decyzja... Obsrana przez kierowcow sciezka,szybko sie
skonczyla, przed nami wyroslo ogrodzenie, podrapalem sie akacjami na rekach.
W tym calym kipiszu jeszcze zadzwonil Mlody, oczywiscie nie zdazylem w
pore wyjac telefonu, gdzies z czelusci mojego plecaka pelnego pomyslow
:). Szybko tez zgasl plomyk pomyslu przerzucenia rowerow przez ogrodzenie,
z racji tego, ze znaczacym wzrokiem obserwowal nas pies morderca- Doberman,
ktory nie musial nawet szczekac, bo z daleka, zza siatki wygladal na wysportowanego
i gotowego do skoku ku naszym gardlom... Wkrotce powrocilismy na normalna
droge. Nie na dlugo jednak. Ponownie skrecilismy w kierunku Wisly i tym
razem trafilismy na cywilizowana droge. Po drodze przyuwazylem mini- rampe
dla rolkarzy i skate'ow (kurka, w Warszawie jest ich tylko kilka, a tu
sobie lezy pod lasem w jakiejs dziurze zabitej dechami, eh...). Oczywicie
szatan Lukasz wpadl jak wicher na rampe. Zdazylem tylko powiedziec: "...Lukasz,
uwazaj bo sie przewr....". Za pozno- w smieszny sposob zeslizgnal sie bokiem
po scianie rampy.... :)). Z krzakow obok rozlegl sie smiech miejscowych
obwiesi... Zaraz obok rampy stal tez czolg a la "Rudy 102"- oczywiscie
stary, niesprawny zuzel. A jadac dalej w kierunku Krolowej Polskich Sciekow
obok jednej posesji stalo jeszcze kilka innych bojowych wozow. Pewnie wylowili
je z Wisly. W koncu dotarlismy do walu, wdrapalismy sie nan i tak dojechalismy
na "tyly" Tarchomina. Przepoceni, smierdzacy i spragnieni zwalilismy sie
na glowe Marzence. Wczesniej wypatrzylem na parkingu puste miejsce po aucie
jej rodzicow, wiec spokojnie, bez obaw, ze jej mama da nam walkiem po glowie,
za chodzenie po nowce sztuce wykladzinie w przedpokoju, zaparkowalismy
rowery w mieszkaniu. Oczywiscie butow nie zdejmowalismy, bo szkoda rozregulowywac
ekosystem w mieszkaniu :). Straty moglyby byc ogromne a teren skazony przez
dziesiatki lat :). Tam zjedlismy kanapki, czekolade, cukierki, wypilismy
herbatke i po ponad godzinnym rozleniwieniu po godz. 18 wyruszylismy w
ostatni etap naszej wycieczki- Tarchomin- Muranow. Ale zdrowko i sily nam
dopisywaly, bo Lukasz mial jeszcze sile pobijac swoje osobiste rekordy
predkosci, a ja scigalem sie z autobusem pod gorke wiaduktu.
Gdy dojechalismy do domciu bylo chyba ok. 19 i juz
zaczynala sie na dworzu "szarowka".
Licznik wskazywal:
- 96 przejechanych kilometrow,
- ze srednia predkoscia 16.45 km/h,
- przejechanych w czasie 5 godzin i 50 minut,
- i z predkoscia maksymalna 48.1 km/h.
Moge powiedziec, ze wcale nie odczulem az tak tych
kilometrow (jeszcze dzis z Lukaszem jedziemy ok. 22 na miasto...:). Moze
przez to, ze dawno tak nie jezdzilem? Moze przez to, ze codziennie "trenuje"
jezdzac do pracy na rowerku? Moze przez to, ze zebrala sie we mnie energia,
ktora skumulowalem byczac sie w lozku podczas choroby? Nie wiem. Ale wiem
na pewno to, ze niech zaluje kazdy, kto nie spedzil tej niedzieli "w terenie".
Pogoda byla przesliczna, niczym w srodku lata. Ale pewnie byl to ostatni
podryg cieplych promieni. Tak czy siak, nawet jak od jutra zacznie sie
pora deszczowa, to mnie ( i Lukaszowi pewnie tez) pozostanie satysfakcja,
ze wykorzystalismy w pelni dar ladnej pogody, jakim zostalismy obdarzeni
dnia szostego wrzesnia, roku panskiego tysiac dziewiecset dziewiedziesiatego
osmego.
Amen.
:)
a tak "obrazowo" wygladala nasz trasa:
POWROT