
ZAKOPANE '98
100km
Po dwukrotnym odkladaniu terminu wyprawy w koncu
zebrala sie ekipa na wyjazd do Zakopanego. Razem ze mna pojechal brat Marzeny-
Tomek oraz kumpel z osiedla- "Dzugas". Mlody nie dal sie namowic. Uwaza,
ze bez sensu jest wyjezdzanie na jeden dzien zeby sobie pobrykac na rowerach.Coz,
jego strata. Szkoda, ze nie bylo Lukasza- ze tez zawsze musi sobie gdzies
wyjechac. Przygotowan do wyprawy wiekszych nie bylo. Od Krzyska pozyczylem
dla Tomka rower, ale bez tylniego zepsutego kola. W zwiazku z tym kolo
to "nabylem" u Konrada. Dzugas zas pojechal na "bajku" mojej siostry, czyli
na moim poprzednim rumaku.
Wyjazd mielismy w piatkowy wieczor
o 23.05 z Dw. Centralnego. Rowerki zapakowalismy do wagonu bagazowego,
ktory niestety jechal tylko do Krakowa. Oprocz naszych maszyn w bagazowce
na wieszakach wisialo jeszcze z 6 innych rowerow. Od razu rzucil mi sie
w oczy rower jednego kolesia- "Blondi'ego", ktory latwo mozna poznac po
unikalnym amortyzatorze (ci co byli na zlocie pod Kolumna Zygmunta moga
go kojarzyc), ktory oprocz 15 cm skoku ma takze pochylenie, tez z 10- 15
cm. Jeszcze wieksza radosc sprawil fakt, ze obok wisial "Marin" "Kury"-
mojego kumpla z X- Press Bikers.
Pociag byl " z lekka" okupowany
przez weekendowych wyjazdowiczow, w zwiazku z tym dopiero po godzinie namierzylem
kumpli, ktorzy tak jak przypuszczalem takze jechali do Zakopca, ale na
dwa dni. Fart chcial, ze na pierwszej stacji ich przedzial sie uluznil,
wiec sie do nich dosiedlismy. Podroz minela na opowiesciach z zycia kuriera
rowerowego, o filmach, nie obylo sie bez dowcipow itp. itd. Bylo nawet
piwko :). Przydal sie takze moj prywatny konduktorski kluczyk, dzieki ktoremu
zagladalismy we wszystkie panele, gdzie sie da, np. w schowku z napisem
"czesci zapasowe" znalezlismy zakurzone firanki PKP...W czasie drogi nie
bylo wiekszych niespodzianek, tylko na 30 min stracilem dobry humor, po
tym jak pan konstruktor* kazal uiscic
oplate za podrobiona legitymacje....:) Coz, to bylo ryzyko wliczone, bylem
na to przygotowany. Poniewaz nasz pociag pospieszny od Krakowa zamienial
sie w zwykly pociag osobowy, ktory zatrzymuje sie na 6428 stacjach, za
rada moich kumpli przesiedlismy sie do drugiego pociagu, ktory do Zakopanego
dowiozl nas po godz. 7- czyli o cala godzine wczesniej niz bysmy
byli naszym poprzednim "cugiem". Na miejscu rozstalismy sie z warszawskimi
Bikerami, poniewaz oni chcieli odpoczac troche w hotelu, a nas niestety
czas naglil, bo przeciez mielismy tylko jeden dzien na rowerowe szalenstwa.
Po krotkim, 8.5 kilometrowym rozejrzeniu sie po miescie i kupieniu jadla
i picia, jakos przed godz. 10 wyruszylismy w droge w kierunku Morskiego
Oka. Jeszcze w miescie ciezko bylo sie nam przestawic na odchylenie drogi
od poziomu. Nic dziwnego, ze po paru pierwszych kilometrach jazdy pod gorke
w pelnym sloncu bylismy zlani potem. Na odstrzal do plecaka poszly koszulki-
Aj ! Jak teraz "zweglone" od slonca ramiona mnie szczypia... :(. Droga
z Zakopca wiodla przez trzy wieksze gorki, ktore niestety trzeba bylo zdobyc.
Przyznam, ze nie bylo lekko wspinac sie na premie gorskie w klimacie z
lekka afrykanskim. Ale jakos dojechalismy. Te ok. 22- kilometrow pokonalismy
w 1.5 godziny. Podczas zjazdu z ostatniego juz zbocza gory, tuz przed Lysa
Polana, gdzie jest granica panstwa, a na prawo skreca sie na parking u
podnoza Morskiego Oka wprawilem w oslupienie dziadka i babcie jadacych
Tavria, poniewaz udalo mi sie ich wyprzedzic. "Na szafie" mialem wtedy
69.5 km/h...:). W ogole predkosc srednia mielismy calkiem niezla, bo 14.72
km/h. Rzeczywisty czas jazdy od momentu wyjazdu z domu wyniosl 3 h 5 min.
Przy bramie na Morskie Oko sprawdzily
sie plotki, o ktorych slyszalem, ze od 01.06 br. jest zabroniony wjazd
rowerami na gore. Zakaz ten byl spowodowany przez kilku debili, ktorzy
pare razy rozjechali ludzi pedzac szalenczo na dol. Przy kasie ( placi
sie 1.5 zl) powiedzialem, ze "..coz, bedziemy prowadzic rowery.... ;) ".
He , he ale do pierwszego zakretu...:). Koles powiedzial, ze najwyzej mozna
zaryzykowac zaplacenie mandatu. Phi , tez mi cos.
Niestety odmiennego zdania byl Tomek,
ktory trzasl dupa jak gowno w galarecie, Dzugas przez jego namowy takze
sie wahal. To co sie "wydarzylo" na dole Morskiego Oka pozostanie moja
sprawa. Faktem jest to, ze po wymianie zdan i przedstawieniu mojej propozycji,
ktora zostala odrzucona przez Tomka, ze w razie co zobowiazuje sie pokryc
koszty mandatu, nasze sciezki sie rozeszly...............:(, a moze nawet
to i lepiej ? :).
Ich sprawa, ze sie zfrajerzyli.
Nie bal sie jeden dziadek, ktorego sami wczesniej widzieli jak prowadzi
rower do pierwszego zakretu, a pozniej sam go wyprzedzilem. Sami sie smieli
ze mna z 2 kobiet, ktore na Morskie Oko wybraly sie autentycznie
w szpilkach... Kobiety byly uparte i doszly (widzialem sam, az nie wierzylem
:), oni nie... Sa warci w tej chwili mniej niz te baby na obcasach.
Wiec od tej pory zaczela sie moja
Gorska Odyseja
Jak kazdy rowerzysta, "szanujacy" glupi
przepis, wsiadlem za pierwszym zakretem na rumaka i najzwyczajniej w swiecie,
bez stresowo dojechalem w rowniotkie 60 minut do schroniska na wysokosci
1393 m.n.p.m.
Te 9 km kilometrow od podnoza na gore z poczatku jechalem
za konnym "autobusem". To na wszelki wypadek, jakby sie przyczepil sie
jakis durny sluzbista. Jesli by sie przyczepil, ze powoduje jakiekolwiek
zagrozenie, to musialby by to byc czlowiek niezwykle ograniczony umyslowo
o mentalnosci deski klozetowej. Jednak tak jak myslalem nie bylo zadnych
patroli na trasie ( he he lamusy sie baly...). Na gorze bylem zdaje sie
ok. 13.30, gdzie zaglebilem sie z 50m w sciezke wiadaco wokol wody.
Tam w cieniu zrobilem sobie krolewska uczte i troche sobie
odsapnalem. Przez glowe przeszla mi mysl, ze chlopaki pojechali sobie bez
latek, narzedzi i bez mapy. Po okolo pol godzinie zapakowalem sie na rower
i ruszylem w dol. Ah, co to byla za przyjemnosc zjezdzac z gory na dol!
Zeby sie nie narazac na skargi ludzi, ze na szlaku mimo zakazu jedzie wariat
z warpowa predkoscia, staralem sie nie przekraczac 30 km/h. Oczywiscie,
gdy nikogo nie bylo predkosc momentalnie wzrastala do 50 km/h. Na zakretach
bylem pochylony niczym motocyklista :). Ten w miare spokojny downhill trwal
prawie 25 minut. Az bylo mi troche dziwnie tak jechac i nie pedalowac.
Po zdjezdzie na dol skrecilem na przejscie graniczne w Lysej Polanie z
zamiarem pojechania na Slowacje po kilka butelek piwka. Do Javoriny bylo
zaledwie 3 km, za to pod gorke. Coz , za to powrot byl przyjemniejszy.
Wizyta na obczyznie zajela mi chyba nawet niecale 30 minut. Po powrocie
do kraju (he he) od razu wyruszylem w droge powrotna do Zakopca. Poniewaz
nie mialem juz balastu w postaci dwoch _ _ _ _ .... jechalem bez zadnego
odpoczynku i przerwy. Ogolnie powrotna trasa miala wiecej zjazdow. Jednak
pierwszy podjazd ( na ktorym wczesniej wyprzedzilem staruszkow) byl iscie
kolarski. W co drugim samochodzie ludzie "dziwnie" sie patrzyli na moja
wspinaczke. Po drodze jeszcze byl jeden podjazd niezbyt stromy, za to o
dlugosci najmarniej 5km i to w pelnym sloncu. Eh, nienawidze czegos takiego.
Zdecydowanie wole podjazdy krotkie i strome. No ale jak to zwykle
bywa, ze gdy sie podjedzie to trzeba zjechac, wkrotce dotarlem do punktu
"zero", gdzie droga pochylila sie w druga strone. Znowu nadszedl odcinek,
gdzie mozna zasnac na rowerze z nudow :). Zjazd juz prowadzil do samego
Zakopca, gdzie od razu prosto Krupowkami dojechalem pod Gubalowke. Na dole
termometr wskazywal 31 stopni. Po wjechaniu na gore kolejka elektryczna
okazalo sie, ze jest tam zaledwie 5 stopni "chlodniej". Po skonsumowaniu
loda wyruszylem na downhill. Juz na poczatku "zgubilem" droge i predkoscia
swiatla przejechalem po trawie po pas do najblizszej drogi. Pozniej zaczela
sie polna droga, z duza iloscia kamieni. Po raz piewrszy w zyciu poczulem
sie jak downhillowiec w tv :). Jechalem na granicy ryzyka - 40 km/h po
czyms co trudno nazwac droga, a raczej wyschnietym korytarzem strumienia.
Mimo iz nie dysponuje profesjonalnym amortyzatorem musze pochwalic swojego
Rock Shox'a. Dostal ostro w dupe a sprawil sie na medal. W polowie gory
dojechalem do asfaltu o szerokosci moze 2 metrow. Tu juz nie hamowalem-
rozwinalem rowniusienkie 70.0 km/h. Uf- byla sytuacja podbramkowa, ledwo
wyhamowalem przed zakretem z tej predkosci.Az sie spocilem. Kraksa przy
tej predkosci to juz nie przelewki.
Gdy juz szczesliwie dojechalem
na dol ponownie udalem sie na Krupowki, gdzie gdzies z boku za domami wyczailem
strumien, w ktorym sie zmoczylem. Krecilem sie jak g. w przereblu po miescie
szukajac czegos ciekawego, ale procz dzikich tlumow nic specjalnego sie
nie dzialo. Na placu Wolnosci znalazlem miejscowke zakopianskich skaterow,
gdzie z godzinke popatrzylem sobie jaki poziom reprezentuja kolesie. W
pewnym momencie zaczely mi sie kleic oczy, wiec przy budynku Urzedu Miasta,
ktory jest troche dalej od drogi, znalazlem wygodna lawke, do ktorej przypialem
rower i sam sie klapnalem na prawie godzinna drzemke. Po zbudzeniu zrobilem
jeszcze zapasy na droge, po czym udalem sie na stacje, aby czekac na pociag,
ktory zwykle podstawiaja na godzine przed odjazdem. Poniewaz mozna bylo
pomazyc o wagonie bagazowym, zajalem przedsionek w 3 wagonie za lokomotywa.
Okazalo sie, wysmienicie obstawilem. Caly wagon byl objety rezerwacja,
wiec ludzie i tak nawet jak doszli do mojego wagonu to ich "wyganialem"
mowiac, ze jest wszystko w rezerwacji. He he, wszysty sie pakowali do dwoch
ostatnich wagonow, gdzie udali sie tez moi pozal sie boze "kompani" podrozy.
Jedna pani, ktora sie przedarla z konca pociagu na poczatek, powiedziala,
ze pociag jest tam tak najebany, ze przejsc z bagazem przez korytarz to
wielka sztuka. A ludzi na kazdej stacji przybywalo. Moj wagon byl sprytnie
"ukryty" za kuszetkami i przed I klasa, wiec nikt go nie zauwazal. Zreszta
kontrolowalem sytuacje. Widzac, ze do mojego wagonu chce sie zapakowac
jakas wycieczka, znow dalem im "cenna" wskazowke :). Zaludnienie w tamtych
wagonach dawno juz przekroczylo ilosc Chinczykow na jednej ulicy w Pekinie.
A u mnie byl totalny luz i blues. Malo tego, zagadalem z konduktorem, i
pozostala czesc drogi spedzilem w przedziale konstruktorskim. Gdy kanary
ruszyly na zer, zostalem sam jak palec w przedziale. Przez 2 godziny podrozowalem
niczym dostojnik krolewski w karecie :). Znowu przydal sie moj kluczyk
konduktorski- dzieki niemu mialem w miare zadbana ubikacje z recznikiem,
mydlem i woda w kranie.
No, jak widac powrot byl o niebo
przyjemniejszy niz dojazd. W Warszawie pociag byl jakos o godz. 6.05. Jeszcze
tylko 4 minutki do domciu, kapiel i lozeczko!!!! Nareszcie uczciwy sen!
Ale warto bylo przemeczyc sie w podrozy. Jednodniowy,
ale wspanialy pobyt w Tatrach odwdzieczyl sie za wszystkie niewygody podrozy.
Oczywiscie jazda pod gorke moze sprawiac przyjemnosc tylko
masochistom, ale warto sie wspiac, zeby potem "poszybowac" przez kilkanascie
minut, pedzac na zlamanie karku z gory. Cala impreza wyszla relatywnie
tanio, 3/4 wydanej kasy poszlo na hektolitry napoju bogow- Coca- Coli,
ktora tankowalem w siebie tak jakbym palil ze 20 na setke :).
pan konstruktor*
- tak nazywalismy konduktora :)