Niezamierzam się zbytnio rozpisywać,
bo:
- to znowu Puszcza Kampinoska
- jestem zmęczony, jest późno,
a ja rano muszę wstać
- muszę napisać coś dzisiaj,
bo chcę to zamieścić przed wyjazdem
- mam nadzieję, że moi towarzysze
z wycieczki przyślą mi swoje wrażenie, które tu zamieszczę
Za tym niewinnym
tytułem znowu kryje się Puszcza Kampinoska...:). Ale, że była to dość specyficzna
wycieczka, trzeba by coś o niej skrobnąć.
Zbiórkę wyznaczyłem
o godz. 8.00 pod salonem "Fiata" na pl. Grunwaldzkim. W ostatniej chwili
zdążył dojechać "Aron"- były kurier z X- Press Bikers (btw. pracował w
tym samym czasie co ja, tyle, że on mnie nie pamięta). Ponieważ nie było
chwili do stracenia z "piskiem" opon pognaliśmy w kierunku Truskawia, do
którego dotarliśmy w mgnieniu oka (średnia prędkość ok. 30km/h). Z Truskawia
nasz pierwszy leśny etap wiódł żółtym szlakiem, którym doczłapaliśmy sie
do szlaku czerwonego, czyli do Głównego Szlaku Puszczańskiego. "Doczłapaliśmy",
bo miejscami piach sięgał prawie "po ośki" i musieliśmy prowadzić nasze
rowery. Podziwiam Szymona, który na swoich cieniutkich 28- calowych kołach
jechał prawie jak na "góralu". Przez las też "w miarę" jechaliśmy robiąc
co jakieś 10km (?) krótkie przerwy "techniczne", czy jak kto woli "na papierosa",
tyle, że nikt z nas nie palił... :). Udało nam się nawet zobaczyć po drodze
sarnę sztuk dwie i wiewiórkę sztuk raz, więc śmiało możemy mówić, że w
lesie byliśmy :). W Roztoce, gdzie zatrzymaliśmy się na frytki, tudzież
inni na frytki+piwo, wykorzystała nas jedna dziewczyna. Jednak wykorzystała
nas tylko, żeby naregulować jej przerzutki, po za tym była z chłopakiem
:). Rowerem zajął się "Aron", który wiózł ze sobą cały warsztat. Rozebrał
Grip-Shift'a w drobny mak, przesmarował wszystko- podobno pomogło. Sympatycznych
rowerzystów zaprosiłem na V Piknik Rowerowy na Kępie Potockiej.
Mimo złych wróżb
Michała, pogoda do jazdy była super. Żadnego większego słońca, temperatura
prawie w sam raz. Następny większy postój zrobiliśmy dopiero, gdy już wyjechaliśmy
z kniei (cholera-dobrze napisałem?knieji,kniei...?nie ważne...), czyli
tuż za/przed (zależy z której strony patrzeć) miejscowości Tułowice. Dziura
ta miała swoje "5 minut" w telewizji, kiedy to ze 2 tygodnie temu był napad
na miejscowy bank, który wygląda raczej jak komórka niż budynek.... My
zrobiliśmy napad na sklep spożywczy, gdzie odnowiliśmy już wyczerpane zapasy
picia i jadła. Oczywiście nie obyło się bez wypicia klasycznej oranżady.Orażnada
rulez! :). Na towarzysto też nie narzekaliśmy, nieopodal 3 tutejszych "chlorów"
kończyło 3 butelkę taniego winka, którzy nawet się na nas oburzyli, gdy
nakurzyliśmy przy hamowaniu. Widocznie nie smakuje im wino z kurzem...
Po zregenerowaniu
sił wystartowaliśmy w ostatni etap przed Wyszogrodem. Było łatwo, ale nudno,
bo po asfalcie. Na sławnym, najdłuższym drewnianym moście w Europie stawiliśmy
się punktualnie o godz. 15. Średnia prędkość wynosiła ok. 20km/h. Po zrobieniu
kilku pamiątkowych fotek udaliśmy się do "centrum", gdzie w pobliskiej
"mordowni" chłopcy zamówili sobie po kiełbasce. Ja jakoś nie byłem głodny
i moja rola głównie ograniczała się do pilnowania naszych bike'ów.
Ok. godz. 16
wyruszyliśmy w drogę powrotną. Michał niestety podziękował nam za współpracę
i udał się w kierunku Sochaczewa, skąd miał pociąg do Warszawy. W sumie
dobrze zrobił, bo powrót mógłby go "zabić". My postanowiliśmy wracać mało
uczęszczaną drogą asfaltową biegnącą wzdłuż północnej krawędzi puszczy.
Tempo nadawał Szymon na swoim trekingu. Było imponujące, bo 28- 32 km/h.
Wszyscy jechaliśmy gęsiego, z 15 centymetrowymi odstępami od siebie. Gdyby
Szymon mocniej przyhamował, to byłby z pewnością mały karambol. Przerwy
robiliśmy co 45 minut, które trwały kwadrans. Trzecia przerwa wypadła już
gdzieś w Czosnowie, gdzie pod sklepem spotkaliśmy Marka- byłego najstarszego
stażem kuriera X- Press Bikers i dobrego kumpla Arona. Obaj razem
się zgadali i pojechali załatwiać swoje "biznesy". Mnie i Szymonowi zostało
ostatnie 27 do centrum Warszawy. Zadziwiające, ale mimo przejechanych już
120km spokojnie gnaliśmy te 28-30km/h wzdłuż trasy gdańskiej. Finał
tego ekspresowego tempa był taki, że już o godz. 19.20 zameldowałem się
w domciu. Czyli 3 godz. i 15 minut od momentu wyjazdu z Wyszogrodu! Odliczając
postoje (ok. 40 minut) to trasę 70km przejechaliśmy w ok. dwie i pół godziny.
Jak potem okazało
się, stawiłem się w domciu o tej samej godzinie co Michał pociągiem...
Widzisz- mogłeś jechać z nami- wcale nie byłbyś wcześniej ... :).
W czasie powrótu najbardziej bolała
mnie dupa, prawie jakby robili mi "jesień średniowiecza" :), ale potem
widocznie już tak mnie bolała, że wcale jej nie czułem. Po powrocie do
domku i doprowadzeniu siebie do porządku poszedłem jeszcze na piwko z kumplem.
Ale stało się tak jak sobie przepowiedziałem, wypiłem jedno i to wystarczyło,
że w 5 minut zrobiłem się senny jak cholera. Dawno nie poszedłem tak wcześnie
spać, bo tuż przed godz. 24. Spałem jak zabity 11godzin, dobrze chociaż,
że nie mam żadnych zakwasów. Myślałem też, że będę narzekał na tyłek, jednak
na szczeście mnie nie boli.
Dzięki chłopaki za współpracę-
mam nadzieję, że jeszcze kiedyś gdzieś razem pojedziemy.
No i pamiętajcie o podesłaniu mi swoich wrażeń- może napiszecie więcej?
Sigma BC
700 prawdę Ci powie:
- TRP
152.68 km
- AVS
21.82 km/h
- STP
6h 59 min
- Vmax
51.8 km/h