Zdolny junior z sąsiedniego miasta, medalista MPJ gromi swych rywali. W jego grze widać talent kombinacyjny i solidne przygotowanie debiutowe; z pewnością trenerzy przesiedzieli z nową nadzieją polskich szachów niejeden wieczór przy komputerze uzbrojonym w najnowszą bazę arcymistrzowskich partii lub przy szachownicy. Przed ostatnią rundą faworyt ma już arytmetycznie zapewnione zwycięstwo.
W rundzie końcowej kojarzący pary przeciwników program Roberta Różyckiego "Swiss Perfect" przydziela naszemu bohaterowi koleżankę klubową. I tu następuje niespodzianka. Po minucie gry faworyt ma przegraną pozycję i kapituluje. Jego szczęśliwa pogromczyni awansuje wysoko w klasyfikacji i zgarnia jedną z nagród, miłą oku, ale wcale nie przesadnie cenną. Na sali wszczyna się tumult, protestują poszkodowani konkurenci i ich rodzice, protest dociera do sędziów, którzy "znając życie" i obserwując całe wydarzenie muszą rozstrzygnąć, czy kodeksowe zasady gry przyspieszonej pozwalają na interwencję z urzędu, niezależnie od uzasadnionego domniemania o rażącym naruszeniu zasad fair play.
Sędzia główny odpytuje bohatera incydentu o przebieg partii, a ten ze spokojem stwierdza: "Przecież wykonałem kilkanaście posunięć, więc o co chodzi?". Na sali się gotuje, wciąż nie można przystąpić do wręczania nagród, a turniej trwa już wiele godzin.
Sędzia mówi medaliście Mistrzostw Polski: "Zapomnimy o wszystkim, a teraz siadaj z koleżanką do szachownicy i powtarzajcie partię". Tak też się dzieje, przyszły mistrz gra szybko, podstawia hetmana i robiąc minę: "Naprawdę nic tu nie poradzę", poddaje się. W międzyczasie sędziowie rozmawiają z opiekunami ekipy przyjezdnej. Delikatnie, by nie naruszyć zasad gościnności, starają się im uzmysłowić, że podobne przypadki stanowią poważną groźbę i dla młodego gracza (jaki sponsor zechce wspierać młodzieńca posądzanego o matactwo...) i dla całej dyscypliny. Argumenty te nie skutkują, w odpowiedzi padają wymijające stwierdzenia typu "myśmy nic nie widzeli" i "nie wiadomo, czy nasz zawodnik zawinił". Sędziowie nie decydują się na zwyryfikowanie rezultatu podejrzanej partii, goście inkasują nagrody i odjeżdżają, a wyniki techniczne turnieju, jak zwykło się pisać, "idą w świat".
W opisanym powyżej incydencie nie podaję nazwisk, dat i miejscowości, bowiem idzie o zjawisko ogólniejsze. Klubowi trenerzy, sędziowie i organizatorzy nie mogą zaprzestać walki z hydrą oszukańczych, umówionych wyników, które podkopują fundamenty szachów. Hydrze odcinamy kolejne głowy, lecz te zuchwale odrastają, często w miejscach dotąd nieskażonych.