| Podzielone na dwie części (1, 2) wspomnienia Feliksa Przysuskiego (były szachista "Gwardii" Warszawa, obecnie mieszka w Szwecji) były drukowane w "Przeglądzie Szachowym" w 2003 r., a następnie przedrukowane w "Szachowej Vistuli". Obecnie podajemy garść oderwanych wspomnień, które nigdy dotąd nie były publikowane. | |
| Redaktorzy "Szachowej Vistuli" | |
| 1. O Akibie Rubinsteinie. | |
| Nigdy go nie widziałem. Kazimierz Makarczyk opowiadał, że Rubinstein miał pewne fobie - nie wiem, czy używam tu odpowiedniego słowa. Otóż mógł sobie nagle wmówić, że przeciwnik go nie lubi. Wtedy prawie wcale nie siedział przy szachownicy i gdy przeciwnik zrobił ruch, "sztafeta polskich szachistów" (wyrażenie mistrza Makarczyka) zawiadamiała Rubinsteina, który podchodził do szachownicy, patrzył chwilę, wykonywał posunięcie ("oczywiście najlepsze" - Makarczyk) i odchodził. | |
| 2. O Najdorfie. | |
| Widziałem go w Warszawie w 1960 roku. Miał wtedy 50 lat i wydawał mi się starcem (ja miałem 25 lat). | |
| Obiektywizm to jednak trudna rzecz, człowiek patrzy codziennie w lustro i nie spostrzega, że się starzeje. | |
| Na spotkaniu z szachistami warszawskich klubów Najdorf pokazał nam partię sprzed wojny z jakimś inżynierem, nazwiska nie pamiętam. Partia zakończyła się pozycją "zugzwangu". Siedzący obok mnie mistrz Andrzej Filipowicz powiedział "taka sobie partyjka, ale zakończenie interesujące". | |
| Z ciekawych myśli Najdorfa zapamiętałem: "jest wielu szachistów, którzy wiedzą znacznie więcej ode mnie o szachach np. Ludek Pachman czy Igor Bondarewski, ale ja mimo tego sobie radzę". | |
| Ciekawe, że nikt nie napisał książki o Najdorfie, a przecież musiał on rozegrać tysiące partii. Zarówno w literaturze radzieckiej, jak i szwedzkiej pisze się o nim - delikatnie mówiąc - krytycznie. Chętnie się pisze o jego "meczu bokserskim" z Reshevskim. | |
| Jak wiadomo, w czasie 2-ej wojny światowej Najdorf i Szwed Gideon Stahlberg konkurowali w turniejach w Mar del Plata i podobno Najdorf wygrywał te turnieje częściej. W 1952 roku wyszła w Szwecji książka Stahlberga pt. "Szachy i mistrzowie szachów". W niej znaleźli się: Lasker, Rubinstein, Capablanca, Aljechin, Nimzowitsch, Spielman, Reti, Bogoljubow, Euwe, Flohr, Botwinnik, Rzeszewski, Fine, Keres, Smysłow, Najdorf, Bolesławski i Bronsztajn. | |
| Opis sylwetki Najdorfa był, może nie tendencyjny, ale trochę nieprzyjemny. Ja odczułem, że Najdorf zajął (niepotrzebnie?) miejsce skromnego Stahlberga. | |
| Kazimierz Makarczyk opowiadał mi - już nie pamiętam kiedy - że spotkał kiedyś Najdorfa, który opowiadał, jak to popił sobie z radziecką czołówką szachową. Wtedy zaczęli grać blitze - pięciominutówki na pieniądze (ruble czy waluty wymienialne??). Gdy Najdorf otrzeźwiał, stwierdził, ze ma w kieszeniach sporo pieniędzy. Wspominając to, Najdorf dodał: "Keres grał jak fuszer". Mistrz Makarczyk powtórzył to zdanie dwa razy i śmiał się. Wydawało mu się to absurdalne, że drugi szachista świata grał blitze jak fuszer. | |
| Jeden z moich znajomych w USA (również szachista-amator z Polski) twierdził, że Najdorf był nie do pokonania w 7-minutówkach i często grywał np. w znanych klubach w USA właśnie 7-minutówki. | |
| 3. Spotkanie z Talem. | |
| Ponieważ w mistrzostwach Warszawy podzieliłem 2-3 miejsce, a według Bergera byłem nawet wicemistrzem W-wy, więc wytypowano mnie do seansu gry jednoczesnej z zegarami z arcymistrzem Talem. Rozegrałem mój wówczas ulubiony debiut (po talowskim 1.d4): 1..f5 2...Sf6 3...d6 4...c6 5..Hc7 i zremisowałem, z czego byłem oczywiście dumny. Parę dni później odbył się turniej błyskawiczny i tam grałem z Talem białymi. Niezbyt długo. Mniej więcej po 20 ruchach w obronie sycylijskiej nie miałem się czym ruszać i poddałem się. Mogłem więc namacalnie stwierdzić, że jest między nami pewna różnica w sile gry. | |
| 4. Spotkanie ze Szpotańskim. | |
| Szpotańskiego znałem z widzenia, ale nigdy z nim nie grałem, chociaż raz byłem bliski rozegrania partii, a było to tak. Gwardia grała z drużyną Szpotańskiego (Drukarz? Hutnik?). Szpotański grał na drugiej szachownicy, a ja na trzeciej. Mistrz Stefan Witkowski był tego wieczoru zajęty, więc logicznym było, abym ja grał ze Szpotańskim. Uznaliśmy jednak, że Przysuski czarnymi ze Szpotańskim nie ma czego szukać i oddaliśmy walkowera na pierwszej szachownicy. Ja na trzeciej szachownicy zremisowałem z młodym Janem Eberle, grając białymi wariant 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 a6 4.Ga4 Sf6 5.d4 (teorię tego wariantu wyłożył mi mistrz Witkowski). | |
| Po paru godzinach przyszedł mistrz Witkowski i był bardzo zdenerwowany tym walkowerem. Ironicznie zapytał, dlaczego nie oddaliśmy walkowera również na drugiej szachownicy; przecież wtedy drużynie byłoby "jeszcze lżej walczyć". | |
| 5. Zdenerwowany Makarczyk. | |
| Jest rok 1952. Razem z Tadeuszem Łojkiem w poszukiwaniu sponsora na wyjazd na turniej wyjazdowy dotarliśmy do lokalu Polonii na Foksal. W pewnej chwili wchodzi parę osób, w tym zdenerwowani Kazimierz Makarczyk i Stanisław Gawlikowski. Gawlikowskiego znałem bardzo dobrze, a Makarczyka nie. Potem dowiedziałem się, że nie zakwalifikowano ich do drużyny olimpijskiej. Natomiast zakwalifikowano naszych byłych starszych kolegów z rozwiązanej sekcji "Legii". Nie popisali się w Helsinkach: Pytlakowski uzyskał 1/2 punktu z 7, a Litmanowicz 1/2 punktu z 4. Pytlakowski grał na 2-ej szachownicy, a Litmanowicz jako 1. rezerwowy. W kołach szachowych mówiono po cichu, że przy wyborze zawodników decydowały nie tylko względy szachowe, ale i "pewność polityczna". | |
| Piszę o tym dlatego, bo 9 lat później, gdy grałem z Makarczykiem w "Gwardii", widziałem go zawsze pogodnego. Żartował, że poczeka, aż Śliwa się zestarzeje i wtedy znów zacznie grać w indywidualnych mistrzostwach Polski. Zdenerwowanego widziałem go tylko w 1952 roku. | |
| Jako ciekawostkę mogę podać, że do naszej szkoły chodził syn Makarczyka, o tym samym oczywiście nazwisku. Skończył szkołę rok lub dwa po mnie. Rodzice jego byli chyba rozwiedzeni albo żyli w separacji. Syn interesował się wynikami ojca i niekiedy mnie o nich informował. Grał on też w szachy, ale dość przeciętnie. W 1961 roku poinformowałem Makarczyka o tym, ale nie podtrzymał tematu. | |
| Los w pewnym sensie złączył mnie ze Stanisławem Gawlikowskim. O pierwszym spotkaniu już pisałem. W słynnym turnieju błyskawicznym na początku 1951 roku (zwyciężył Andrzej Pytlakowski) wyeliminowałem w półfinale Gawlikowskiego, będąc bez figury; w pięciominutówkach zdarzają się różne cuda. Później zostaliśmy razem zaproszeni do studia radiowego, gdzie Gawlikowski zadał mi pytanie :"Kto Ciebie nauczył grać w szachy", a ja odpowiedziałem: "Pan mnie nauczył" , mając na myśli "Teorię debiutów" pióra właśnie Gawlikowskiego - niewielką książeczkę, z której czerpałem mądrość szachową. | |
| Po nagraniu powstał problem, bo okazało się, że miałem bardziej basowy głos od mistrza. W końcu redaktorzy podstawili zamiast mnie jakieś dziecko. Szczerze mówiąc tej audycji w radio nie słuchałem, ale koledzy w szkole podśmiewali się ze mnie, że nie wszystko w radiu jest prawdziwe. | |
| Później wielokrotnie grywałem z Gawlikowskim i z dobrym wynikiem. Natomiast prawie zawsze przegrywałem z Rafałem Marszałkiem i z Marianem Ziembińskim tzn. z graczami pozycyjnymi. Stefan Witkowski był moim trenerem i graliśmy ze sobą chyba tylko raz w mistrzostwach klubu; z wiadomym wynikiem. Dzięki niemu przeszedłem czarnymi od 1..e5 do 1..c5. W debiutach zamkniętych poradził mi, abym przeszedł z gambitu hetmańskiego do obrony Nimzowicza, ale jakoś mi to nie wyszło. Witkowski był chyba jednym z nielicznych mistrzów, który nie żałował, że poświęcił się szachom. Na półfinałach mistrzostw Polski w Lublinie słyszałem, że "stary" Tarnowski był bardzo rozgoryczony. W 1962 roku na zawodach drużynowych we Wrocławiu siedziałem obok Bogdana Śliwy, który narzekał, że jego koledzy ze studiów awansowali znacznie wyżej od niego. | |
| Romana Grąbczewskiego znałem jeszcze z lat pięćdziesiątych. Zawsze był on conajmniej o klasę ode mnie lepszy. Kiedyś Go zapytałem, kiedy zostanie mistrzem szachowym, a on odpowiedział: "jak tylko będę grał z siłą mistrza". Doskonała odpowiedź i prawdziwa, bo w szachach - mimo że przypadek odgrywa pewną rolę w poszczególnych partiach - to statystycznie chyba nie zdarza się, by ktoś przypadkowo stał się posiadaczem kategorii, na którą nie zasługuje. | |
| Natomiast w Lublinie w 1966 roku, gdzie Grąbczewski "w cuglach" wygrał półfinał, wydarzyła się zabawna historia. Poszliśmy grupą do baru mlecznego i Grąbczewski się zdenerwował, bo otrzymał zimne kakao. Starałem się go uspokoić przekonując, że to nie problem, co nie było takie mądre. Roman zdenerwował się jeszcze bardziej i powiedział: "to przez takich jak ty ten ustrój się rozpadnie. Płacisz za gorące kakao, a dostajesz zimne, a potem będziesz płacił za gorące i nie dostaniesz żadnego". I rzeczywiście ustrój się rozpadł. Ja mawiam tak: "Związku Radzieckiego już nie ma, ale została jeszcze radziecka szkoła szachowa". | |
| Sprawa sponsorowania szachów jest skomplikowana. Najdorf podobno radził sobie finansowo zupełnie dobrze, ale w Szwecji powiedziano mi kiedyś, że był bogaty dlatego, że bogato się ożenił. Kto wie, jak było. | |
| A teraz Najdorf oczyma Stahlberga. | |
| Gideon Stahlberg | |
| Schack och schackmästare | |
| 1952 | |
| ("Och" to po szwedzku "i") | |
| NAJDORF | |
| "Wczesną wiosną 1947 roku gazeta argentyńska "El mundo argentino" opublikowała serię artykułów pod zwracającym uwagę tytułem "Ja jestem przyszłym mistrzem świata". Autor, polsko-argentyński mistrz szachowy Miguel Najdorf w sposób chwalący siebie samego i naiwny przedstawiał swoje pretensje do tronu szachowego, pustego po śmierci Alechina. Najdorf porównywał się w tym artykule do Botwinnika, podkreślając swoją oryginalność i niezależność. | |
| Bez wątpienia był i jest Najdorf jednym z najsilniejszych mistrzów naszych czasów. Jego zdecydowany wzlot na arenie międzynarodowej nastąpił stosunkowo późno, ale już w 1935 roku bronił on na olimpiadzie szachowej barw Polski na trzeciej szachownicy, a dwa lata później zajął w twardej konkurencji trzecie miejsce w Juracie przy 22 uczestnikach. Pomimo innych osiągnięć w mniejszych turniejach międzynarodowych nie należał on do prawdziwej elity przed wybuchem II wojny światowej. | |
| Przymusowy pobyt w Argentynie w czasie wojny był jednym z powodów jego dużych osiągnięć w latach 40-tych. Jego sytuacja przypomina sytuację Bogoljubowa internowanego w Tribergu podczas I-ej wojny światowej. | |
| Już miesiąc po Olimpiadzie podzielił on w turnieju w Buenos Aires 1-2 miejsce z Keresem, wygrywając z Estończykiem bezpośredni pojedynek. W 1941 roku w Mar del Plata został wprawdzie wyprzedzony o 1/2 punktu przez autora tej książki (elegancko powiedziane - F. Przysuski), ale następnie wygrywał jeden turniej za drugim, a w 1946 roku wyruszył do Groningen pełen nadziei na spotkanie z europejską elitą. | |
| Wynik Najdorfa w Groningen przyniósł raczej rozczarowanie. Nie był on stanie konkurować z pierwszą trójka ( Botwinnik, Euwe, Smysłow - F. Przysuski) i jedynie dzięki dobremu finiszowi podzielił z Szabo czwarte miejsce. Jego sensacyjne zwycięstwo nad Botwinnikiem w ostatniej rundzie zwróciło oczywiście na niego uwagę, ale dla znawców było oczywistym, że wielki mistrz rosyjski miał czarny dzień w podwójnym tego słowa znaczeniu i grał znacznie poniżej swojego normalnego poziomu. | |
| Po Groningen Najdorf zwyciężył w silnym turnieju w Pradze Czeskiej, a później triumfował w Hiszpanii i wrócił do Argentyny, gdzie podał do publicznej wiadomości, że jest prawowitym spadkobiercą Alechina. Nie przeszkodziło mu to jednak zakomunikować publiczności, że największe szanse w zbliżającym się turnieju w Mar del Plata oraz w Turnieju Sześciu w Buenos Aires należy przyznać gościowi z Europy, byłemu mistrzowi świata Maxowi Euwe. Ten jednak wypadł w obu tych turniejach blado, a główna walka toczyła się między Najdorfem i mną. W Mar del Plata wygrał Najdorf po dramatycznej ostatniej rundzie o 1/2 punktu, natomiast w Buenos Aires został wyprzedzony przeze mnie o 1,5 punktu i zajął 2. miejsce. | |
| Mar del Plata 1948 przyniósł Najdorfowi połowiczny sukces (po szwedzku - połowiczne rozczarowanie - F. Przysuski); zajął on bowiem 4. miejsce. Również w Saltsjöbaden 1948 przyniosło mu rozczarowanie, ale zrehabilitował się wygrywając w Wenecji kilka miesięcy później. Dwa nierozstrzygnięte mecze z Trifunowiczem i z Finem raczej nie przyniosły mu zaszczytu, ale gdy na wiosnę 1950 roku rozpoczynał się turniej pretendentów w Budapeszcie, miał on nadal grupę zwolenników, którzy w niego wierzyli. | |
| Przed wyjazdem z Argentyny wypowiadał się Najdorf bardzo optymistycznie i twierdził, że wygra w Budapeszcie i zwycięży Botwinnika w meczu o mistrzostwo świata. Po przyjeździe do Budapesztu jego odwaga i optymizm spadły do tego stopnia, ze wyraził obawę, iż zajmie ostatnie miejsce w potwornej konkurencji. Wynik Najdorfa w Budapeszcie nie był godny przyszłego mistrza świata. Nie wygrał ani jednej partii z graczami pierwszej szóstki i tylko bardzo słabo grający z Najdorfem Szabo i Lilienthal umożliwili mu zajęcie 5. miejsca. Bronstein wygrał łatwo z Najdorfem obie partie, a w wielu przypadkach grał Najdorf białymi na remis od pierwszego do ostatniego posunięcia. Dodatkowym powodem przeciętnej gry Najdorfa w Budapeszcie było dobre i surowe kierowanie turniejem. | |
| Najdorf ma od lat nieprzyjemny zwyczaj w czasie gry zasięgać konsultacji u innych mistrzów przy wszelkich możliwych sytuacjach. Takie zachowanie było w Budapeszcie zabronione, co zwiększyło jego niepewność i osłabiło wiarę we własne siły. | |
| Na turnieju w Amsterdamie w tym samym roku pozwalano na wszystkie jego "narady wojenne" i jego bezwstydne analizowanie odłożonych partii konkurentów. Najdorf był bardzo zadowolony z organizacji turnieju w Amsterdamie, był w doskonałym nastroju do walki i wygrał zdecydowanie. | |
| Styl Najdorfa jest oceniany różnie. Jedni uważają go za genialnego mistrza kombinacji i ataku, który pomimo słabej znajomości teorii radzi sobie. Drudzy uważają go za chytrego taktyka, który nie spieszy się, tylko wyczekuje na rozwój wydarzeń. Według mnie Najdorf jest wielkim talentem szachowym i doskonałym znawcą nowoczesnych debiutów. Dzięki energicznym studiom szachowym osiąga tyle, na ile pozwalają mu jego możliwości. W jego grze brakuje jednak tych wielkich klasycznych linii i brakuje oryginalności oraz bogactwa idei, tak charakterystycznych w debiutach Aljechina i Botwinnika. Nie jest on również urodzonym mistrzem ataku i kombinacji jak Anderssen czy Spielmann, ale jeżeli przeciwnik opuści gardę, to otrzyma potężny cios. Najdorf ma wielką zdolność matematyczno - obliczeniową, jeżeli chodzi o szachy. Jego gra nie robi intelektualnego wrażenia, jak partie Laskera, Aljechina i Botwinnika, ale jest on jednym z najbardziej efektywnych graczy dnia dzisiejszego". | |
| (koniec cytatu ze Stahlberga) | |
| Prywatnie Panu powiem, iż fakt braku książki o Najdorfie jest trochę irytujący. O Rubinsteinie napisali Kmoch, Pytel i Korcz, Tartakower nikogo nie potrzebował do pisania, bo sam to b. dobrze robił. Jak to mówił o Ksawerym Flohr "nakormit ruletku i snowa biez dienieg". Nawet Reshevsky ma książkę, a Najdorf, który grał tak długo - nie ma. Tak wiec aż się prosi, żeby ktoś przyjął wyzwanie. | |
| © Feliks Przysuski | |
| http://www.astercity.net/~vistula/ | |
Copyright Adam Umiastowski & Tomasz Lissowski 2004 Pismo utworzone dnia 26-12-1997 |